Kongresowe Biuro Budżetowe (CBO) opublikowało 5 sierpnia analizę, z której wynika, że pierwszy pancernik klasy Trump może kosztować 23,4 miliarda dolarów, a kolejnych 14 pancerników tej klasy ma kosztować średnio po 18 miliardów dolarów każdy. Łącznie daje to kwotę 275 miliardów dolarów w cenach z 2026 roku. USA miałyby ponieść takie wydatki w latach 2027-2056. Gdyby administracja wróciła do wcześniej deklarowanego celu 25 okrętów, rachunek wzrósłby do około 455 miliardów dolarów. Raport CBO powstał na zlecenie senatora Jeffa Merkleya z Partii Demokratycznej, wiceprzewodniczącego senackiej Komisji Budżetowej.

Reklama
Reklama

Marynarka w planie stoczniowym na rok budżetowy 2027 szacowała koszt budowy pierwszego okrętu na 17,47 miliarda dolarów, a wartość całego programu na 217,6 miliarda. CBO dokłada zatem do tego ponad 57 miliardów.

Dla porównania: najnowszy amerykański lotniskowiec atomowy USS Gerald R. Ford kosztował 13,3 miliarda dolarów, a kolejne lotniskowce tej klasy mają kosztować około 22 miliardów, zaś strategiczne okręty podwodne klasy Columbia kosztują po około 10 miliardów za sztukę.

Czytaj więcej

Okręty podwodne USA tracą 616 Tomahawków. Odrobią to za ponad 12 lat

Kongres nie chce budować okrętów, do których nie ma jeszcze uzbrojenia. Dotyczy to pancerników klasy Trump

Spór wokół „pancerników Trumpa” ma jednak nie tylko finansowy, ale także i polityczny wymiar. Zaczął się on jeszcze przed pojawieniem się raportu CBO.

Ustawa o polityce obronnej (NDAA; opisywana już w rp.pl kilka razy ustawa autoryzująca wydatki obronne) na rok budżetowy 2027 zawiera zapis, który może program pogrzebać. Komisja Sił Zbrojnych Izby Reprezentantów postanowiła, że sekretarz Marynarki Wojennej nie będzie mógł zawrzeć kontraktu na budowę „okrętu wiodącego”, dopóki nie poświadczy przed komisjami obrony (są dwie: senacka i Izby Reprezentantów), że planowane systemy uzbrojenia osiągnęły wystarczająco dojrzały poziom gotowości technologicznej. Innymi słowy, że mogą być już używane bojowo.

Czytaj więcej

Pentagon stawia na okręty-drony. Inspiracją były sukcesy Ukrainy na Morzu Czarnym

Kongres nie wymienia konkretnych systemów. Powszechnie wiadomo jednak, że chodzi o działo elektromagnetyczne, lasery dużej mocy i pociski hipersoniczne, które mają znaleźć się na wyposażeniu nowych jednostek. Żaden z tych systemów nie został dotąd w pełni sprawdzony ani wdrożony na szeroką skalę. Tymczasem USA mają kiepskie doświadczenia z budową jednostek dla nieistniejących jeszcze systemów uzbrojenia, czego najlepszym przykładem była porażka programu awangardowych niszczycieli typu Zumwalt w ich pierwotnej konfiguracji. Ich artyleria główna została w praktyce bez amunicji, bo zaprojektowane specjalnie dla niej pociski LRLAP okazały się tak drogie, że zrezygnowano z ich zakupu. Stało się to jednak dopiero po zbudowaniu pierwszych okrętów, które miały być w te pociski uzbrojone.

A jak wygląda stan przygotowań do wdrożenia uzbrojenia, które miałoby stanowić o sile ognia pancerników klasy Trump? Program railguna, działa elektromagnetycznego, prowadzono już w latach 2005-2021, po czym zawieszono go z powodu przeszkód technicznych, a prototyp trafił do magazynu. Nowa runda testów z początku 2025 roku niczego jeszcze nie przesądza.

Podobnie sytuacja wygląda w zakresie broni laserowej. Co prawda marynarka rzeczywiście wdraża już takie systemy, ale są to lasery ODIN i HELIOS o mocy 60 kilowatów i o nieco innym przeznaczeniu, niż ten przewidziany dla jednostek typu Trump. Pancerniki mają otrzymać lasery 300-kilowatowe, z opcją megawatowych.

Również pocisk hipersoniczny Intermediate Range Conventional Prompt Strike (IRCPS, występujący wcześniej pod nazwą CPS) nadal pozostaje w fazie rozwoju, a pierwszy test z pokładu okrętu, czyli niszczyciela USS Zumwalt, którego pocisk ten ma być głównym uzbrojeniem, planowany jest dopiero na przyszły rok.

Gdy pisałem o uzbrojeniu pancernika klasy Trump w maju, wymieniałem wówczas railgun o energii 32 megadżuli, lasery i pociski hipersoniczne jako planowane uzbrojenie, odnotowując za United States Naval Institute, że część z nich pozostaje na etapie potencjalnych dodatków do bazowego projektu. Dziś wiadomo, że nie jest to plan montażu dodatkowych systemów, ale instalacji podstawowego uzbrojenia okrętów, obok rakiet. 

Senat USA nie chce, by budowa nowych pancerników odbyła się kosztem budowy nowych niszczycieli

Demokratka, senator Patty Murray poinformowała z kolei, że finansowanie programu zostało usunięte z projektu ustawy zapewniającej tymczasowe finansowanie administracji federalnej. Ale hamulec zaciągnęli nie tylko demokraci. Senacka komisja Sił Zbrojnych, kontrolowana przez republikanów, nie nałożyła wprawdzie na sam program BBG(X) żadnych ograniczeń, ale odmówiła autoryzacji miliarda dolarów, o który marynarka wystąpiła na wczesne zakupy dla budowanego pancernika. Uznano to za przedwczesne działanie.

Senatorowie zajęli się przy okazji losem niszczycieli. W sprawozdaniu towarzyszącym projektowi ustawy o polityce obronnej zapisali, że projektowanie i budowa BBG(X) nie mogą się odbywać kosztem prac nad DDG(X), które należy kontynuować. Senat oczekuje też od marynarki dotrzymania wcześniej przyjętego harmonogramu tego programu. Kongres nie zamierza zatem pozwolić na likwidację następcy niszczycieli Arleigh Burke i zastąpienie go okrętem, którego projektu technicznego wciąż nie ma.

To ostatnie warto podkreślić, bo zmienia obraz z maja. Pisałem wtedy, że program DDG(X) zostaje w praktyce wchłonięty przez BBG(X). Tak wynikało z planu stoczniowego przygotowanego przez US Navy. Nie mówił on co prawda wprost o likwidacji programu nowego niszczyciela, ale równocześnie informował, że obydwu programów równocześnie nie uda się prowadzić Kongres najwyraźniej nie ma wątpliwości i nie zamierza pozwolić ani na likwidację, ani na wstrzymanie programu następcy niszczycieli Arleigh Burke i zastąpienia go okrętem, o którym tak naprawdę niewiele wiadomo, poza tym, że będzie koszmarnie drogi.

Czytaj więcej

USA przegrywają z Chinami morski wyścig zbrojeń

To istotna różnica w stosunku do planów Marynarki Wojennej USA i ważna z punktu widzenia programu DDG(X), czyli Next-Generation Guided-Missile Destroyer (Niszczyciel rakietowy następnej generacji), który ze zmiennym szczęściem prowadzony jest już od kilku lat. Szacowany przez CBO koszt nowych niszczycieli miałby wynosić około 4,4 miliarda dolarów w cenach stałych z 2024 roku, czyli o około jedną trzecią więcej, niż podawała sama marynarka (3,3 miliarda).

Program budowy nowych niszczycieli DDG(X) zakładał pozyskanie okrętów, które nie tylko zastąpią wspomniane już niszczyciele Arleigh Burke, ale także wycofywane sukcesywnie ze służby krążowniki rakietowe typu Ticonderoga. Dlatego przyjęto, że będą to jednostki znacznie większe od dzisiejszych niszczycieli. Wstępny projekt przewidywał wyporność 13 500 ton, czyli blisko 40 procent więcej niż 9 700 ton niszczyciela Arleigh Burke Flight III. Do stycznia 2025 roku wyporność projektowanej jednostki urosła nawet do 14 500 ton.

O ile naprawdę wzrósł koszt budowy pancerników klasy Trump? Pojawiają się dwie różne liczby

Po upublicznieniu raportu CBO okazało się, że pewien bałagan panuje też w informacjach o kosztach projektu. W części przekazów medialnych pojawiła się informacja, że koszt programu wzrósł o ponad 50 procent. Ta liczba wynika jednak z porównania dwóch różnych okrętów.

Wcześniejszy szacunek marynarki, mówiący o 15,1 miliarda dolarów za okręt wiodący i 10,2 miliarda za kolejne jednostki, dotyczył wersji pancernika z napędem konwencjonalnym. I only odniesienie się do tej wersji daje podstawy do twierdzenia, że koszty wzrosły o wspomniane 50 procent. Tymczasem opisywany przeze mnie plan stoczniowy Marynarki Wojennej USA zawierał już wyższe koszty, bo zakładał, że nowe okręty będą wyposażone w napęd atomowy (co wydaje się sensownym wyborem, biorąc pod uwagę, jak duże zapotrzebowanie na energię będą generowały zaplanowane dla tych jednostek systemy elektroniczne i systemy uzbrojenia).

Wersja z planu stoczniowego zakładała, że okręt prototypowy będzie kosztował 17,47 miliarda, a każdy kolejny 14,5 miliarda. Wzrost kosztów nastąpił zatem już na etapie pomiędzy powstaniem pomysłu a wpisaniem go do planów marynarki. Należałoby zatem porównać koszty z programu stoczniowego marynarki (217,6 miliarda za 15 jednostek) do kosztów szacowanych przez CBO (275 miliardów). Takie porównanie daje wzrost kosztów o mniej więcej 26 procent.

Budowa pancerników to nie koniec kosztów. Cały program może kosztować niemal 800 miliardów dolarów

CBO wyliczyło przy okazji, że wariant z napędem konwencjonalnym byłby w budowie o około 13 procent tańszy, ale jego koszty eksploatacji i utrzymania byłyby wyższe niż okrętu atomowego. Podnoszona gdzieniegdzie teza, że to napęd jądrowy „wysadził” budżet projektu, jest więc prawdziwa tylko w odniesieniu do ceny zakupu. Dla kosztów pełnego cyklu życia, czyli kosztów całego okresu pozostawania jednostek w czynnej służbie, już nie.

I tu dochodzimy do rzeczy najważniejszej. Kwota 275 miliardów dolarów to koszt samej budowy. Nie obejmuje eksploatacji, modernizacji ani infrastruktury. Realne koszty programu, rozłożone na 40 do 50 lat służby tych okrętów, mogą sięgnąć od 500 do 700 miliardów dolarów. Tak szacował je między innymi analityk Jérôme Brahy, stosując typową logikę kosztów cyklu życia, jaką znamy z programów lotniskowców klasy Ford oraz okrętów podwodnych klasy Columbia. Robił to jednak w okresie, w którym znany był koszt założony w planie stoczniowym marynarki.

Czytaj więcej

Atomowe pancerniki Trumpa mają uratować amerykańską flotę. Będą kosztować fortunę

Taki sposób szacowania zakładał, że do bazowej ceny zakupu należy doliczyć średni wzrost kosztów o 25 do 35 procent, typowy dla wielkich programów morskich (Zumwalt z 3,5 do ponad 8 miliardów dolarów, Ford z 10,5 do 13-14 miliardów, Columbia z 6-7 do 9-10 miliardów), od 180 do 250 miliardów dolarów kosztów eksploatacyjnych, od 60 do 100 miliardów na dwie lub trzy modernizacje średniego okresu eksploatacji oraz od 40 do 60 miliardów inwestycji w infrastrukturę i projekty szkoleniowe. Zastosowanie tej samej metodologii do szacunków CBO podniosłoby koszty do poziomu od 620 do 781 miliardów. To jednak szacunek górny, bo część ryzyka kosztowego CBO uwzględniło już w swojej wycenie.

Aby zrozumieć ogrom tych kosztów, wystarczy sobie uświadomić, że za 275 miliardów dolarów można by zbudować np. 27 strategicznych okrętów podwodnych klasy Columbia lub, licząc po 3 miliardy za sztukę, a więc z solidnym zapasem na wzrost kosztów, 91 niszczycieli typu Arleigh Burke. Dziś Amerykanie mają w służbie 75 takich niszczycieli i kolejne 24 zamówione lub w budowie. Trzy polskie fregaty typu Miecznik, z których pierwsza zostanie zwodowana 12 sierpnia, maja kosztować polskiego podatnika około 15 miliardów złotych, czyli maksymalnie 4 miliardy dolarów za wszystkie. Mając 275 miliardów dolarów, Polska mogłaby sobie zamówić takich fregat około 200. 

Fregata Miecznik

Fregata Miecznik

Foto: PAP

Nikt jeszcze nie wie, jak ma wyglądać pancernik Trumpa

Nadal otwarte pozostaje pytanie o to, co w zamian za setki miliardów dolarów zyska amerykańska marynarka. Na obecnym etapie wszystkie szczegóły programu nadal pozostają bowiem założeniami koncepcyjnymi. Szczegółowy projekt okrętu nie został opracowany, a wiele parametrów może się jeszcze zmienić.

Wyporność jednostki klasy Trump szacowana jest na ponad 35 tysięcy ton, czyli około trzy razy więcej niż w przypadku najnowszych niszczycieli Arleigh Burke Flight III i ponad dwukrotnie więcej niż w przypadku i tak dość dużych Zumwaltów. Długość ma wynosić od 256 do 268 metrów. Konstrukcja zakłada pięć dużych stanowisk uzbrojenia, zintegrowany system napędu elektrycznego oraz znaczne rezerwy mocy i miejsca dla systemów, które jeszcze nie weszły do służby.

Planowane uzbrojenie obejmuje pociski hipersoniczne odpalane z dwunastocelowego systemu Conventional Prompt Strike (obecnie IRCPS), 128 komór wyrzutni pionowego startu Mk 41, jądrowe pociski manewrujące SLCM-N, działo elektromagnetyczne o energii 32 megadżuli, lasery dużej mocy (co najmniej 300 kilowatów), dwa działa kalibru 127 milimetrów, rozbudowane systemy walki elektronicznej oraz duże anteny radarowe (zapewne wersję rozwojową systemu AN/SPY-6).

To właśnie jądrowe pociski manewrujące i pociski hipersoniczne czynią z tych okrętów najpotężniejsze jednostki amerykańskiego arsenału po okrętach podwodnych z pociskami balistycznymi.

Najnowszy raport CBO wprost stwierdza, że okręt o zakładanych parametrach byłby największym bojowym okrętem nawodnym na świecie i największym zbudowanym dla US Navy od czasów II wojny światowej. Zaprojektowanie tak dużej jednostki wynika z konkretnej oceny operacyjnej. Marynarka uznała, że program DDG(X) nie zapewni wystarczających rezerw objętości wewnętrznej, mocy elektrycznej i przestrzeni do zasilania oraz chłodzenia systemów uzbrojenia projektowanych z myślą o latach 30. i 40. obecnego stulecia.

Niszczyciele Arleigh Burke w wersji Flight III wyczerpały już możliwości dalszej modernizacji projektu z lat 80. Starszych jednostek tego typu nie da się nawet doposażyć w radary AESA AN/SPY-6, bo wymagają one większego poboru mocy, niż są w stanie dostarczyć siłownie tych okrętów.

Doświadczenia z operacji na Morzu Czerwonym i na wodach wokół Iranu oraz symulacje konfliktu o Tajwan wzmocniły przekonanie, że przyszłe walki morskie będą wymagały większej masy bojowej, czyli zdolności prowadzenia długotrwałych pojedynków rakietowych, przy wysokim tempie zużycia amunicji.

Jeszcze jeden problem z nowymi pancernikami. Amerykanie mają tylko jedną stocznię, w której powstają okręty z napędem jądrowym

Wybór napędu jądrowego ma też konsekwencje przemysłowe, które raport CBO właśnie potwierdził. Uzależnia on cały program od stoczni Newport News Shipbuilding, jedynej amerykańskiej stoczni dysponującej certyfikacją i doświadczeniem w budowie okrętów nawodnych z napędem atomowym.

Czytaj więcej

Wyścig o Arktykę. Rosja wyprzedza USA i resztę świata

Congressional Research Service, czyli służby badawcze Kongresu, wskazywały wprawdzie, że marynarka rozważa udzielenie kontraktów także Bath Iron Works i Ingalls Shipbuilding, ale żadna z nich nie ma dziś ani infrastruktury, ani kadr do obsługi napędu jądrowego.

Wstępny plan budowy zakłada rozproszenie prac między kilka stoczni, z montażem końcowym w Newport News w doku numer 12, czyli tym samym, w którym budowane są lotniskowce klasy Ford. To jest sedno problemu. Newport News poza lotniskowcami obsługuje dziś program okrętów podwodnych klasy Columbia, jednostek klasy Virginia oraz zobowiązania w ramach paktu AUKUS. Dołożenie do tego pancerników oznacza konkurencję o ten sam dok, te same reaktory i tych samych ludzi z uprawnieniami do pracy z napędem atomowym.

Skala wyzwania jest policzalna. Aby dotrzymać harmonogramu, marynarka musiałaby oddawać jeden pancernik mniej więcej co dwa lata w okresie 2028-2056, a do 2058 roku tonaż budowanych dużych okrętów nawodnych musiałby wzrosnąć o 60 procent, co CBO określa jako wyzwanie dla przemysłu stoczniowego.

CBO ostrzega też przed rozpoczynaniem budowy, zanim projekt osiągnie wystarczającą dojrzałość, wskazując, że to powracający problem ostatnich programów morskich, a niedawne kłopoty z fregatami klasy Constellation sugerują poważne ryzyko wykonawcze. Program Constellation marynarka skasowała w listopadzie 2025 roku, decydując się na dokończenie tylko dwóch okrętów będących już w budowie i anulując zamówienie na cztery kolejne.

W konsekwencji program pancerników typu Trump będzie oparty na zdolnościach przemysłu stoczniowego, który już dziś nie wytrzymuje obciążenia bieżącymi zamówieniami. Pisałem o tym na łamach „Rzeczpospolitej” już wcześniej i niewiele się w tej sprawie zmieniło. Amerykański przemysł stoczniowy nie tylko nadal nie jest w stanie konkurować z chińskim tempem budowy okrętów wojennych, ale nie radzi sobie nawet z bieżącym zapotrzebowaniem własnej marynarki.