Marynarka Wojenna USA 11 maja opublikowała dokument zatytułowany „Plan stoczniowy na rok budżetowy 2027”, w którym formalnie ujęła program nowych pancerników z napędem atomowym o roboczej nazwie Trump-class BBG(X), określanych również akronimem BBGN (nuclear-powered guided-missile battleship).

Reklama
Reklama

Dokument firmują p.o. sekretarza Marynarki Wojennej USA Hung Cao, szef operacji morskich adm. Daryl Caudle oraz Jason Potter, p.o. asystenta sekretarza ds. badań, rozwoju i akwizycji (ASN RDA). Decyzja ta równocześnie sprawia, że program niszczycieli następnej generacji DDG(X), uznawanych dotychczas za naturalnego następcę niszczycieli klasy Arleigh Burke (czyli podstawowych i najliczniejszych obecnie niszczycieli amerykańskich), zostaje w praktyce wchłonięty przez program BBG(X). Departament Obrony stwierdza wprost, że nowy pancernik przejmie technologie i zdolności rozwijane w ramach DDG(X), choć formalnie pojęcie DDG(X) wciąż pojawia się w niektórych dokumentach planistycznych.

Czytaj więcej

USA będą budować pancerniki „klasy Trump”. „100 razy potężniejsze” od dzisiejszych okrętów

Warto przy tym od razu zastrzec, że na obecnym etapie wszystkie szczegóły programu pozostają jedynie założeniami koncepcyjnymi. Szczegółowy projekt okrętu nie został jeszcze opracowany, a wiele parametrów technicznych może ulec znaczącym zmianom w toku prac projektowych.

Okręty klasy Trump wchodzą do struktury sił amerykańskiej marynarki jako odrębna kategoria okrętu nawodnego „najwyższej klasy” (ang. high-end surface combatant), zoptymalizowanego pod uderzenia dalekiego zasięgu, dowodzenie na poziomie zespołu okrętów, obronę przeciwrakietową oraz prowadzenie długotrwałych operacji bojowych w spornych rejonach Indo-Pacyfiku.

Pancerniki Donalda Trumpa droższe niż lotniskowce klasy Gerald Ford

To zmiana o znaczeniu fundamentalnym, ponieważ przesuwa amerykańską myśl operacyjną z paradygmatu floty zbudowanej w oparciu o liczne wielozadaniowe niszczyciele w stronę koncentracji siły bojowej w niewielkiej liczbie bardzo dużych, ciężko uzbrojonych okrętów. Decyzja ta potwierdza tezę, którą stawiałem już wcześniej, że program „pancerników Trumpa” to wyraz głębokiej desperacji amerykańskich elit politycznych, które zaczynają sobie zdawać sprawę, że właśnie przegrywają z Chinami wyścig o panowanie na światowych oceanach.

Czytaj więcej

Chińska flota wygrywa hipersoniczny wyścig z USA

Plan przewiduje pozyskanie 15 pancerników z napędem atomowym do roku budżetowego 2055. Pierwszy z nich, oznaczony jako BBG(X)-1 i wstępnie nazwany USS Defiant, ma być zakontraktowany w roku budżetowym 2028, a do służby miałby trafić w roku budżetowym 2036. Oczywiście, o ile program nie złapie tradycyjnego w przypadku amerykańskich stoczni opóźnienia.

Koszt jednostkowy pierwszego okrętu klasy Trump Marynarka Wojenna USA szacuje obecnie na 17,47 miliarda dolarów, a średnia cena pierwszych trzech jednostek to 14,5 miliarda dolarów za sztukę. To wariant optymistyczny i, jak podkreślał były już sekretarz marynarki John Phelan, „wstępne, początkowe oszacowanie”. Wynika z niego, że pierwsze trzy pancerniki klasy Trump będą kosztować 43,5 miliarda dolarów, co stanowi 16,2 procent całego pięcioletniego budżetu stoczniowego marynarki na lata budżetowe 2027 do 2031 (268 miliardów dolarów). Warto też dodać, że niezależne szacunki Biura budżetowego Kongresu USA sugerują, że pierwszy okręt, przy wyporności około 35 tysięcy ton, może realnie kosztować od 17,6 do 18,9 miliarda dolarów.

Dla porównania, trzy pierwsze lotniskowce klasy Gerald Ford kosztowały amerykańskich podatników odpowiednio: USS Gerald R. Ford (CVN-78), pierwsza jednostka klasy, 13,3 miliarda dolarów, USS John F. Kennedy (CVN-79) 13,2 miliarda dolarów, a USS Enterprise (CVN-80) 14,2 miliarda dolarów. Dostawa tego ostatniego planowana jest obecnie na marzec 2031 roku i jest opóźniona już o około 36 miesięcy w stosunku do pierwotnych planów zakładających dostawę w marcu 2028, po trzech kolejnych przesunięciach harmonogramu (najpierw na wrzesień 2029, potem na lipiec 2030, a wreszcie na marzec 2031). Natomiast trzy niszczyciele Zumwalt przebudowywane obecnie na nosicieli rakiet hipersonicznych, kosztowały od 7,5 do 8 miliardów dolarów.

Ile naprawdę będzie kosztować USA 15 pancerników klasy Trump

Warto też zauważyć, że choć oficjalna szacunkowa cena pozyskania planowanych 15 pancerników klasy Trump to 217,6 miliarda dolarów w cenach z roku 2027, realne koszty programu rozłożone na 40 do 50 lat służby tych okrętów mogą sięgnąć od 500 do 700 miliardów dolarów. Tak koszty te szacuje np. analityk Army Recognition Jérôme Brahy, stosując typową logikę kosztów cyklu życia, jaką znamy z programów lotniskowców klasy Ford oraz okrętów podwodnych klasy Columbia.

17,47 mld dol.

Tyle ma kosztować pierwszy pancernik klasy Trump

Do bazowej ceny zakupu należy bowiem doliczyć: średni wzrost kosztów o 25 do 35 proc., typowy dla wielkich programów morskich (np. Zumwalt z 3,5 do ponad 8 miliardów dolarów, Ford z 10,5 do 13-14 miliardów, Columbia z 6 do 7 do 9 do 10 miliardów), 180 do 250 miliardów dolarów kosztów eksploatacyjnych w ciągu 40 do 50 lat służby, 60 do 100 miliardów dolarów na dwie lub trzy modernizacje średniego okresu eksploatacji, a także 40 do 60 miliardów dolarów inwestycji w infrastrukturę i projekty szkoleniowe.

Aby zrozumieć finansową skalę programu powiedzmy sobie, że taka kwota, w zależności od scenariusza, pozwoliłaby pozyskać od 33 do 53 lotniskowców klasy Ford, od 180 do 315 niszczycieli Arleigh Burke Flight III, od 357 do 583 fregat klasy Constellation lub od 104 do 162 okrętów podwodnych klasy Virginia. Innymi słowy, 15 atomowych pancerników może kosztować tyle, ile pełna wymiana kilku innych kategorii okrętów jednocześnie.

Co trzeba wiedzieć o pancernikach klasy Trump? Będą uzbrojone w pociski hipersoniczne i działo elektromagnetyczne

Według założeń koncepcyjnych wyporność jednostki klasy Trump szacowana jest na ponad 35 tysięcy ton, czyli około trzy razy więcej niż w przypadku najnowszych niszczycieli Arleigh Burke Flight III oraz ponad dwukrotnie więcej niż w przypadku niszczycieli klasy Zumwalt. Długość okrętu ma wynosić od 256 do 268 metrów (840 do 880 stóp). Pełne wymiary kadłuba – szerokość i zanurzenie – nie zostały jeszcze publicznie określone, a w dokumentach koncepcyjnych pojawiają się różne warianty.

Konstrukcja zakłada pięć dużych stanowisk uzbrojenia, zintegrowany system napędu elektrycznego oraz znaczne rezerwy mocy i miejsca dla systemów, które jeszcze nie wchodzą do służby. Planowana jest zatem duża tzw. rezerwa modernizacyjna.

Planowane uzbrojenie i wyposażenie, zgodnie z opublikowanymi przez marynarkę założeniami, obejmują pociski hipersoniczne odpalane z dwunastocelowego systemu Conventional Prompt Strike (CPS), 128 wyrzutni pionowego startu Mk 41, jądrowe pociski manewrujące SLCM-N (Sea-Launched Cruise Missile Nuclear), działo elektromagnetyczne typu railgun o energii 32 megadżuli, lasery dużej mocy (300 do 600 kilowatów, z możliwością instalacji systemów megawatowych), dwa działa kalibru 127 milimetrów, rozbudowane systemy walki elektronicznej oraz duże anteny radarowe.

Czytaj więcej

Lasery i pociski hipersoniczne. Amerykańskie niszczyciele zmieniają oblicze

Integracja z pociskami SLCM-N stanowi istotne rozszerzenie amerykańskich zdolności odstraszania poza dotychczasową triadę, czyli pociski rozmieszczone w wyrzutniach w silosach lądowych, na bombowcach strategicznych i atomowych okrętach podwodnych. Jednocześnie United States Naval Institute zauważa, że część zaawansowanego wyposażenia, w tym lasery, jądrowe pociski manewrujące i railgun, pozostaje na etapie potencjalnych dodatków do bazowego projektu, którego ostateczny kształt nie został jeszcze zatwierdzony.

Zaprojektowanie tak dużej jednostki wynika z konkretnej oceny operacyjnej. Marynarka USA uznała, że program DDG(X) nie zapewni wystarczających rezerw objętości wewnętrznej, mocy elektrycznej i przestrzeni do zasilania i chłodzenia systemów uzbrojenia projektowanych z myślą o latach 30. i 40. obecnego stulecia.

Wpływ na to ma także fakt, że obecnie eksploatowane i budowane niszczyciele typu Arleigh Burke w najnowszej wersji Flight III wyczerpały już możliwości dalszej modernizacji projektu pochodzącego z lat 80. ubiegłego wieku. Starszych jednostek tego typu nie da się nawet doposażyć w nowoczesne radary AESA AN/SPY-6, z uwagi na to, że wymagają większego poboru mocy, niż są w stanie dostarczyć ich siłownie. Co więcej, doświadczenia z operacji obronnych nad Morzem Czerwonym i na wodach otaczających Iran oraz symulacje dotyczące potencjalnego konfliktu o Tajwan dodatkowo wzmocniły przekonanie, że przyszłe walki morskie będą wymagały „masy bojowej”, czyli zdolności prowadzenia długotrwałych pojedynków rakietowych przy wysokim tempie zużycia amunicji oraz utrzymania węzłów dowodzenia odpornych na zakłócenia łączności satelitarnej.

Pancernik klasy Trump to pierwszy atomowy okręt nawodny USA od trzydziestu lat

Pancerniki klasy Trump będą pierwszymi amerykańskimi okrętami nawodnymi z napędem atomowym, jakie mają wejść do służby od czasu wycofania w latach 90. ubiegłego wieku krążowników USS Long Beach, USS Truxtun, fregaty USS Bainbridge oraz krążowników klas California i Virginia (tych ostatnich nie należy mylić z późniejszymi atomowymi okrętami podwodnymi klasy Virginia).

Decyzja o wyborze napędu jądrowego oznacza rezygnację z wcześniejszych założeń zakładających zastosowanie napędu hybrydowego (turbiny gazowe, generatory diesla, silniki elektryczne). Wynika ona z oceny, że tylko reaktor atomowy zapewni wystarczający, ciągły strumień energii dla działa elektromagnetycznego, laserów dużej mocy i wielkopowierzchniowych anten radarowych.

Wybór ten ma jednak istotne konsekwencje przemysłowe. W praktyce oznacza on uzależnienie programu od stoczni Newport News Shipbuilding, która jest obecnie jedyną amerykańską stocznią dysponującą certyfikacją i doświadczeniem w budowie okrętów nawodnych z napędem atomowym. To ona prowadzi obecnie program lotniskowców klasy Ford. Wprawdzie raport Congressional Research Service wskazuje, że Marynarka Wojenna USA rozważa udzielenie kontraktów na klasę Trump także innym stoczniom, takim jak Bath Iron Works i Ingalls Shipbuilding, mającym wieloletnie doświadczenie w budowie krążowników i niszczycieli amerykańskich, to jednak, żadna z nich nie posiada obecnie infrastruktury i kadr do obsługi napędu jądrowego. Budowa w tych stoczniach nowych jednostek wymagałaby zatem ogromnych inwestycji i wieloletnich przygotowań.

Problemem jest też obciążenie Newport News, która poza lotniskowcami obsługuje dziś program budowy okrętów podwodnych klasy Columbia, jednostek klasy Virginia oraz zobowiązania w ramach paktu AUKUS (czyli dostawy trzech do pięciu jednostek klasy Virginia dla Australii w latach 2032 do 2040). To zwiększa presję na produkcję reaktorów, dostępność doków oraz wykwalifikowanej kadry o uprawnieniach do pracy z napędem atomowym.

W konsekwencji program pancerników typu Trump będzie oparty na zdolnościach przemysłu stoczniowego, który już dziś nie wytrzymuje obciążenia bieżącymi zamówieniami, co potwierdza tezę, o której pisałem wcześniej, że amerykański przemysł stoczniowy nie jest w stanie konkurować z chińskim tempem budowy okrętów wojennych ani nawet, sprostać obecnemu zapotrzebowaniu amerykańskiej marynarki. Namacalnym dowodem na to są rosnące opóźnienia w budowie jednostek w już obecnie prowadzonych przez USA programach morskich.

Nie wszyscy są przekonani, czy warto budować pancerniki klasy Trump

Program pancerników Trumpa to jednak tylko jeden z elementów znacznie szerszej rozbudowy floty, jaką Marynarka Wojenna USA ogłosiła we wspomnianym planie stoczniowym. Zakłada on też wzrost ogólnej liczby jednostek z 395 w roku budżetowym 2027 do 450 w roku 2031. W tej liczbie ma się znaleźć 299 okrętów bojowych, 68 jednostek pomocniczych oraz 83 systemy bezzałogowe. To pierwsza w historii amerykańskiej marynarki tak duża formalna integracja jednostek autonomicznych w długoterminowej strukturze sił morskich.

Filozofia rozbudowy opiera się na koncepcji „high-low mix”, czyli mieszanego portfela jednostek wysokiej i niższej klasy. Docelowo w górnym segmencie znajdują się lotniskowce, atomowe okręty podwodne klasy Columbia i Virginia, niszczyciele Arleigh Burke oraz nowe pancerniki Trumpa. W dolnym segmencie fregaty, okręty desantowe, średnie okręty desantowe oraz coraz liczniejsza flota bezzałogowych jednostek nawodnych i podwodnych. Plan zakłada wydatki na okręty bojowe w wysokości 305 miliardów dolarów w latach 2027-2031, z czego 62 miliardy dolarów przeznaczono wyłącznie na pięć kolejnych jednostek klasy Columbia, a 63 miliardy dolarów na dziesięć okrętów klasy Virginia.

Należy podkreślić, że program pancerników typu Trump budzi uzasadnione wątpliwości nawet w samej Marynarce Wojennej USA. Były sekretarz marynarki John Phelan publicznie zakwestionował realność założeń dotyczących napędu jądrowego, kosztów oraz harmonogramu. W kwietniu 2026 roku, tuż przed swoim odwołaniem z zajmowanego stanowiska, nazywał napęd jądrowy „mało prawdopodobnym” rozwiązaniem.

Z kolei sam adm. Daryl Caudle, obecny szef operacji morskich (CNO), jeszcze w styczniu 2026 roku publicznie wyrażał wątpliwości co do napędu jądrowego, argumentując, że jego wybór „spycha pancernik w ramy czasowe, które nie odpowiadają operacyjnym potrzebom okrętu”. Ostatecznie jednak to właśnie pod kierownictwem Caudle'a marynarka podpisała plan z maja 2026 roku, akceptujący napęd atomowy.

Pytanie o to, czy taka koncentracja siły bojowej w pojedynczych, niezwykle drogich platformach jest racjonalną odpowiedzią na chińską strategię antydostępową, opartą na masowym użyciu balistycznych i hipersonicznych pocisków przeciwokrętowych, pozostaje przedmiotem ostrej debaty zarówno w Pentagonie, jak i w środowiskach analitycznych. Najbliższe dwa do trzech lat, w których program musi przejść z fazy koncepcyjnej do kontraktu na pierwszą jednostkę, pokażą, czy założenia z maja 2026 roku przetrwają zderzenie z realiami budżetowymi i przemysłowymi.