Skala problemu jest ogromna. – Od 2022 do 2025 r.. Agencja Uzbrojenia naliczyła firmom zbrojeniowym ponad 420 milionów zł kar umownych – mówi na początku Marzena Tabor-Olszewska. Jednocześnie zagraniczni kontrahenci zapłacili znacznie mniej, co rodzi pytania o równe traktowanie i skuteczność całego systemu zakupów.

Reklama
Reklama

Maciej Miłosz wskazuje, że różnice wynikają nie tylko z zapisów umownych, ale też z realiów rynku. – Zagraniczni kontrahenci zazwyczaj są bardziej solidni w tym sensie, że jak się umawiają, że coś dostarczą w terminie X, to zazwyczaj im się to udaje – podkreśla. Jednocześnie zaznacza, że w przypadku sprzętu amerykańskiego Polska nie ma pola manewru: – Albo bierzemy wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, czyli godzimy się na taki sposób kupowania tego sprzętu, albo go po prostu nie kupujemy.

Czytaj więcej

Setki milionów kar dla zbrojeniówki. Nie wszystkie trafiają do budżetu

Dlaczego polskie spółki się spóźniają?

Problem opóźnień w krajowym przemyśle zbrojeniowym ma głębsze przyczyny. – Trafiają tam czasem ludzie kompetentni, bardzo często ludzie niekompetentni, którzy po prostu są powiązani z partią akurat rządzącą – mówi Miłosz o zarządzaniu spółkami. Brak ciągłości i polityczne rotacje wpływają bezpośrednio na realizację kontraktów.

Dziennikarz zwraca uwagę na mechanizm, który sprzyja podpisywaniu nierealnych umów: – Widzimy podejście: „ja mogę podpisać wszystko, bo i tak wiem, że to nie ja będę realizował ten kontrakt”. W efekcie firmy podejmują zobowiązania bez realnych zdolności produkcyjnych, a konsekwencje są ograniczone.

Do tego dochodzi specyfika rynku, którą często pomijają kontrolerzy. – To nie jest tak, że sobie pójdziemy do sklepu z samolotami, z czołgami i wybierzemy sobie czołg – tłumaczy Miłosz. Ograniczona liczba dostawców sprawia, że państwo i tak musi kupować sprzęt, nawet jeśli pojawiają się opóźnienia.

Czytaj więcej

Polska chce 180 mld zł z SAFE. Problem z VAT może podbić ceny

System, który sam się blokuje

Paradoks polega na tym, że państwo może ukarać własne spółki. – Czyli MON ma samo od siebie egzekwować kary umowne – zauważa rozmówca. Zbyt wysokie kary mogłyby z kolei doprowadzić do destabilizacji finansowej firm.

Dodatkowo pojawia się ryzyko ukrytego wzrostu kosztów. – Dostawca wie, że nie będzie w stanie spełnić warunków, więc godzi się na jakieś kary umowne i po prostu wkalkulowuje to do finalnej ceny – wyjaśnia Miłosz. W efekcie państwo i tak płaci więcej.

Czytaj więcej

F-35 jeszcze nie dotarły do Polski. Ale już musimy szukać ich następcy

Jednym z potencjalnych rozwiązań mogłaby być reforma systemu lub nawet częściowa prywatyzacja. – Wydaje mi się, że warto zacząć o tym rozmawiać – mówi, choć przyznaje, że politycznie to dziś mało realne.

W drugiej części rozmowy pojawia się temat programu SAFE i miliardów z Unii Europejskiej. – Zostało mniej niż 50 dni, a przypomnijmy, że te umowy jeszcze nie zaczęły być podpisywane – alarmuje Miłosz. Problemy proceduralne i spory między resortami mogą sprawić, że część środków nie trafi do polskiego przemysłu.

Na koniec dziennikarz nie pozostawia złudzeń: – Istnieje ryzyko, że duża część tych umów [...] do tego przemysłu nie trafi. Jednocześnie podkreśla, że mimo problemów wydatki na obronność rosną, a modernizacja armii trwa – choć nie tak szybko, jak mogłaby.