Liban – rewolucja przez Whatsapp

Protesty w Libanie. Fot./AFP

Od 17 października Liban – kraj będący unikalną mieszanką cywilizacji arabskiej i zachodniej (łacińskiej) – jest pogrążony w wielkich protestach.

Na Placu Męczenników w Bejrucie zbierają się demonstracje liczące setki tysięcy osób. To największy wybuch społecznego gniewu od Rewolucji Cedrów z 2005 r. (serii demonstracji po zabójstwie byłego premiera Rafika Haririego). O ile jednak w ówczesnych protestach uczestniczyli głównie sunnici, chrześcijanie i druzowie, to obecne przyciągnęły również część szyitów. Mamy więc do czynienia z protestem ogólnonarodowym i ponadkonfesyjnym. Demonstrantów jednoczy niezadowolenie z niemal całej klasy politycznej oraz sprawy socjalne.

Czytaj także: Czemu Trump pozwolił na turecką inwazję?

Bezpośrednią iskrą do rozpoczęcia protestów były rządowe plany podwyżek podatków na benzynę i papierosy. Władze planowały także opodatkować rozmowy prowadzonych przez komunikatory internetowe takie jak Whatsapp. Z Whatsapp w Libanie korzystają praktycznie wszyscy posiadacze smartfonów. To opcja tańsza i bezpieczniejsza od zwykłych rozmów przez komórkę. Z tego powodu plany nałożenia podatku szczególnie mocno oburzyły Libańczyków. Doszło do zamieszek pod parlamentem, a rząd zaczął chwiać się w posadach.

Trudna sytuacja Libanu

Liban wielokrotnie był poszkodowany przez to, że Syria, Izrael oraz ich sojusznicy zmieniali go w swoje pole bitwy. Dwukrotnie był rozrywany przez wojny domowe (w 1958 r. i w latach 1975-1990). Wojny domowe wybuchały o tyle łatwo, że kraj ten jest niezwykłą mozaiką wyznaniową i polityczną. Zamieszkują go: chrześcijanie (większość z nich lokalnego, katolickiego obrządku maronickiego, ale są też prawosławni różnych kościołów), sunnici, szyici, druzowie (wyznawcy ezoterycznej wersji islamu) oraz alawici (konfesja pokrewna druzom).

Przez ostatnie kilka lat kraj miał „chwilę spokoju”, gdyż Izrael jest zajęty głównie sytuacją w Syrii i Strefie Gazy, a Syria zajęta samą sobą. Władzę sprawował więc dotychczas „rząd jedności narodowej” łączący wszystkie liczące się opcje polityczne od chrześcijańskiej prawicy poprzez sunnitów i druzów po Hezbollah. Pakt Narodowy z 1943 r. dzieli najwyższe stanowiska pomiędzy przedstawicieli głównych wyznań. W fotelu prezydenta zasiada chrześcijanin, weteran wojny domowej, gen. Michel Aoun. Premierem jest sunnita Saad Harriri, a przewodniczącym parlamentu Nabih Berri z szyickiej partii Amal.

Podziały wyznaniowe pokrywają się w dużej mierze z podziałami politycznymi, bo polityka w Libanie ma wciąż sporo z feudalnego posmaku. Np. ród Dżunblattów rządził libańskimi druzami już w XVII w. i politycznie przewodzi mu do dzisiaj. Jedną z oznak tego, że znaleźliśmy się na terenach druzyjskich jest to, że widzimy portrety Kamala Dżunblatta, feudała-komunisty, który przewodził rodowi i druzyjskiej partii aż w 1977 r. zabili go Syryjczycy.

To, że jesteśmy na terenach sunnickich poznajemy widząc przy drodze bilboardy z premierem Saadem Harririm, jego ojcem lub nimi oboma.

Na terenach szyickich od razu zaś widać albo portrety sekretarza generalnego Hezbollahu Hassana Nasrallaha, albo przewodniczącego parlamentu Nabiha Berriego. Czasem zdarza się tam też zobaczyć irańskie flagi i wizerunki ajatollaha Chomeiniego.

Oznaką wjazdu na tereny chrześcijańskie jest zaś zazwyczaj to, że widzimy przydrożne kapliczki z Matką Boską i wizerunki św. Charbela, mającego sławę wielkiego cudotwórcy. O wiele rzadziej można tam napotkać portrety prezydenta gen. Michela Aouna lub Samira Dżadży, przywódcy partii Siły Libańskie i zarazem znanego dowódcy z czasów wojny domowej.

Gospodarcze podłoże problemów

Obraz demograficzny kraju bardzo mocno się jednak zmienia. W Libanie mieszka nieco ponad 6 mln ludzi, ale 2 mln z nich stanowią uchodźcy oraz imigranci z Syrii. Wykonują oni głównie gorzej płatne prace. Spora część Libańczyków traktuje ich nieufnie. Już raz bowiem w historii  uchodźcy z „bratniego narodu” (Palestyńczycy) nadużyli u nich gościnności i wpędzili kraj w wojnę domową.

Spokojowi politycznemu zagroziła jednak kiepska sytuacja gospodarcza. O ile w zeszłej dekadzie wzrost PKB dochodził w tym kraju do 10 proc., to w 2018 r. wyniósł zaledwie 0,2 proc. W tym roku ma sięgnąć, według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, też 0,2 proc.

Liban to kraj bardzo dobry i przyjazny dla inwestorów. W ostatnich latach niepewność polityczna i wojna w Syrii sprawiały, że wielu z nich trzymało się na uboczu. Pamiętajmy, że negatywnie na libański eksport wpłynęło choćby to, że tranzyt towarów przez Syrię do innych krajów Bliskiego Wschodu został poważnie ograniczony w wyniku wojny– mówił mi kilka miesięcy temu Georges Nasraoui, prezes firmy Sonaco Al-Rabih, wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Libańskich Przemysłowców.

Dług publiczny Libanu sięgnął w zeszłym roku 151 proc. PKB, co zmusiło rząd Harririego do wprowadzenia pakietu oszczędności fiskalnych. Liban jest przy tym krajem stosunkowo „drogim”, a na dodatek nieoficjalnie znajduje się w „strefie dolara”. (Kurs funta libańskiego jest sztywno powiązany z dolarem amerykańskim na poziomie 1500 LBP za 1 dol. W sklepach i restauracjach można płacić dolarami, a bankomaty wydają zarówno libańską jak i amerykańską walutę.) Gdy Fed zacieśniał więc politykę pieniężną, przełożyło się to na niedobór dolarów na lokalnym rynku.  Zapowiedź wprowadzenia podatku od komunikatorów internetowych okazała się jednak kroplą, która przelała czarę i doprowadziła do wybuchu niezadowolenia społecznego.

Reakcja na protesty

Po rozpoczęciu protestów z „rządu jedności narodowej” wyszła partia Siły Libańskie Samira Dżadży. Jej lider był jednym z najsławniejszych chrześcijańskich dowódców w wojnie domowej. Po jej zakończeniu był represjonowany i przez kilkanaście lat siedział w więzieniu. Dwukrotnie przeprowadzano na niego zamachy.

Druzyjska partia rodu Dżunblattów jak na razie została w rządzie, choć jej politycy wypowiadają się pozytywnie na temat postulatów protestujących.

Prezydent Michel Aoun próbuje łagodzić sytuację wzywając do spokoju.

Najbardziej nerwowo reagują stronnictwa szyckie. Przywódca Hezbollahu Hassan Nasrallah mówi o groźbie nowej wojny domowej i potępia protesty. W weekend w Bejrucie zamaskowani napastnicy (prawdopodobnie powiązani z Hezbollahem) zaatakowali demonstrantów. Hezbollah to jedyna partia polityczna w Libanie, która zachowała jawnie działającą milicję. Milicję, która jest uzbrojona lepiej niż niektóre europejskie armie. Ludzie Nasrallaha byliby więc w stanie krwawo stłumić protesty, ale konsekwencje takich działań byłyby nieobliczalne. Sprowokowałoby to inne grupy polityczne i wyznaniowe do zbrojenia się, co byłoby groźne dla kraju, który już dwukrotnie przechodził przez wojnę domową.

Tags:

Mogą Ci się również spodobać

F-16 coraz bliżej Bułgarii

Parlament Republiki Bułgarii zatwierdził umowę LoA ze Stanami Zjednoczonymi dotyczącą zakupu ośmiu wielozadaniowych samolotów ...

Amerykański wahadłowiec powrócił po rekordowo długiej misji

Na lotnisku Centrum Kosmicznego Johna F. Kennedy’ego na Florydzie wylądował wahadłowiec bezzałogowy X-37B. Należący ...

Rosja modernizuje obronę przeciwrakietową Moskwy

Rosyjskie ministerstwo obrony opublikowało klip wideo z wystrzelania rakiety z poligonu Sary-Szagan, wynajmowanego przez ...