Jak wynika z deklaracji Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej, wiceminister obrony narodowej i pełnomocnika rządu ds. wzmacniania odporności państwa, resort obrony chce, aby w Polsce już w tym roku zostały uruchomione specjalne klasy kształcące przyszłych pracowników przemysłu obronnego. Naturalnym skojarzeniem są klasy wojskowe. O ile jednak miały one przygotować młodzież do służby w armii, o tyle nowe profile powinny być wsparciem dla przemysłu obronnego. Chodzi o przygotowaniu pracowników dla sektora zbrojeniowego.

Reklama
Reklama

Moment zmiany nie wydaje się przypadkowy. W maju Agencja Uzbrojenia podpisała warte ponad 100 mld zł kontrakty na dostawy sprzętu dla Wojska Polskiego. Większość tej kwoty trafi do polskich firm. Wyprodukujemy Borsuki, Jelcze, Raki, Kraby, Baobaby czy Warany.

Czytaj więcej

Zbrojeniówka łapie zadyszkę na giełdach

Produkcja w kraju wiąże się jednak z wyzwaniem, jakiego sektor zbrojeniowy nie widział od dekad. Aby powstało tak wiele sprzętu, potrzebni są pracownicy. I to nie byle jacy, bo muszą mieć oni kompetencje, które uchodzą dziś na rynku za deficytowe.

Trwa renesans polskiego przemysłu zbrojeniowego

Ostatnie lata można nazwać czasem prawdziwego renesansu w polskim przemyśle zbrojeniowym. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów może być Stocznia Wojenna w Gdyni. W 2009 r. (jeszcze pod nazwą Stocznia Marynarki Wojennej SA) ogłosiła upadłość. Jednym z gwoździ do trumny była przedłużająca się budowa ORP Ślązak – pierwszej z siedmiu planowanych korwet typu Gawron. Budowę rozpoczęto w 2001 r., a okręt trafił w ręce marynarzy dopiero w 2019 r. Nastąpiło to dwa lata po przejęciu przedsiębiorstwa przez Polską Grupę Zbrojeniową (i zmianie nazwy na PGZ Stocznia Wojenna).

Czytaj więcej

18 miliardów złotych za trzy okręty podwodne. Jest umowa

Od tamtego czasu sytuacja zaczęła się poprawiać. Najważniejszym wydarzeniem było podpisanie 27 lipca 2021 r. umowy na trzy fregaty typu Miecznik. Należy pamiętać, że mowa tu o budowie nie byle jakich jednostek, bo będą to największe bojowe okręty w historii naszej Marynarki Wojennej. Niewiele stoczni na świecie ma dzisiaj zdolność do budowy tak dużych jednostek. Także gdyńska stocznia nie była na to gotowa, dlatego konieczne było przeprowadzenie wielu inwestycji (w szczególności budowy za 300 mln zł nowej hali kadłubowej). 27 grudnia 2024 r. Marynarka Wojenna zamówiła w stoczni kolejny duży okręt. Tym razem chodzi o okręt ratowniczy Ratownik.

Nowe zamówienia dały stoczni wiatr w żagle. Jeszcze dwa i pół roku temu w Stoczni Wojennej pracowało blisko 500 osób. Teraz jest ich już 1,1 tys., a planowane jest zwiększenie zatrudnienia do 1,3 tys. Fregaty i okręt ratowniczy to zaawansowane projekty, które wymagają zaangażowania setek wykwalifikowanych pracowników. I tutaj pojawia się duże wyzwanie. Firma przez wiele lat mierzyła się z poważnymi problemami finansowymi, więc nie było w Trójmieście tak dużego popytu na stoczniowców.

Dzisiaj duża część pracowników Stoczni Wojennej to osoby, które na rynek pracy wchodziły ponad 30 lat temu. Zapytaliśmy o sytuację samą stocznię. Odpowiedź jasno wskazuje skalę wyzwania – w ciągu dziesięciu lat prawa emerytalne nabędzie 30 proc. załogi. Oznacza to, że choć zakład planuje dodatkowe miejsca pracy, to konieczne będzie także znalezienie zastępstwa za starszych pracowników. Potrzebni są nie tylko spawacze czy rurarze, ale także inżynierowie. W biurze konstrukcyjnym PGZ Stoczni Wojennej pracuje dzisiaj ponad 100 osób.

Klęska urodzaju w polskiej zbrojeniówce

Zamówienia dla przemysłu są tak duże, że nie wszystkie zakłady radzą sobie z ich realizacją. Klęska urodzaju – tak można nazwać sytuację polskiego producenta pojazdów ciężarowych Jelcz. Zakłady przez lata produkowały wozy dla armii, ale sytuację diametralnie zmienił wybuch wojny w Ukrainie. Polska kupiła wyrzutnie rakiet, armatohaubice, systemy obrony przeciwlotniczej oraz sprzęt dla inżynierów. Co łączy wszystkie te zamówienia? Polska firma – Jelcz.

Oto bowiem amunicję dla armatohaubic i wyrzutni rakiet dostarczą wozy amunicyjne produkowane właśnie przez to przedsiębiorstwo. Także na Jelczu osadzone będą radary, moduły wyrzutni rakiet Homar-K, mosty pontonowe i towarzyszące, wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych, mobilne agregaty prądotwórcze czy wozy dowodzenia. Dla samych tylko wyrzutni rakiet Homar-K (Polska zamówiła ich blisko 300 na podwoziu Jelcza) potrzeba aż 1000 wozów towarzyszących. Oczywiście nie wszystkie to pojazdy ciężarowe, ale skala zamówień przytłoczyła dolnośląskiego producenta.

Zakłady Jelcz-Laskowice nie nadążały z produkcją, więc uruchomiono drugą linię w Sanoku (na linii należącej do Autosanu). To jednak nie wystarczyło. W Wałbrzyskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej powstać ma nowa hala produkcyjna. Obecnie firma produkuje ok. 400–600 ciężarówek rocznie. W 2029 r., dzięki nowym zakładom, ma to być ponad 2000 pojazdów. Już dzisiaj Jelcz zatrudnia 1150 osób, a planowane jest zaangażowanie co najmniej kolejnych 200.

Dobrze radzi sobie także Fabryka Broni Łucznik Radom. W ciągu dekady zakłady wyprodukowany ok. 50 tys. pistoletów VIS-100 oraz ponad 200 tys. karabinków MSBS GROT na potrzeby samych tylko Sił Zbrojnych RP, a zamówienia składała także policja, Straż Graniczna i zagraniczni użytkownicy.

Takich przedsiębiorstw można wymieniać naprawdę wiele. Położone niedaleko Radomia zakłady Mesko każdego roku eksportują do wielu państw świata swoje pociski przeciwlotnicze Piorun.

W podwarszawskiej Kobyłce zakłady PIT-RADWAR produkują dla naszych przeciwlotników nowoczesne radary. Czy boją się o zamówienia? Cóż, sam za siebie mówić powinien harmonogram dostaw. Dla radarów P-18PL przewidziano lata 2027–2035. Z kolei pasywne SPL mają zostać dostarczone do 2038 r. Nadal czekamy na zamówienie radarów kierowania ogniem Sajna.

Jakich fachowców brakuje polskim firmom zbrojeniowym?

Polskie zakłady przemysłowe mają różne wymagania. W Stoczni Wojennej szczególnie duże braki dotyczą takich specjalności, jak spawacz i rurarz. Z kolei w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 2 w Bydgoszczy brakuje mechaników lotniczych. – Obecnie brakuje mechaników w większości specjalności. Nie ma ich na rynku pracy, zgłasza się bardzo mało osób – przekazali w odpowiedzi na nasze pytania przedstawiciele bydgoskiej spółki.

Beneficjenci programu SAFE w Polsce

Beneficjenci programu SAFE w Polsce

Foto: polskasafe.gov.pl

W Fabryce Broni Radom nie ma wystarczająco wielu pracowników, którzy potrafiliby obsłużyć nowoczesne urządzenia przemysłowe. – Dynamiczny rozwój automatyzacji i robotyzacji procesów produkcyjnych sprawia, że zapotrzebowanie na pracowników o takich kwalifikacjach rośnie znacznie szybciej niż liczba kandydatów dostępnych na rynku pracy. Szczególnie poszukiwani są operatorzy robotów przemysłowych, automatycy, mechatronicy oraz osoby posiadające doświadczenie w obsłudze i programowaniu zaawansowanych systemów produkcyjnych oraz zautomatyzowanych linii technologicznych – czytamy w oświadczeniu radomskiej fabryki.

W Wojskowych Zakładach Motoryzacyjnych w Poznaniu szczególnie trudno jest pozyskać pracowników wydziałów produkcyjnych, w szczególności ślusarzy, monterów konstrukcji stalowych, spawaczy. Przedstawiciele spółki PIT-RADWAR przekazali z kolei, że najbardziej odczuwalny jest brak ślusarzy, spawaczy, osób potrafiących obsługiwać tokarki i frezarki oraz specjaliśstów z zaawansowaną wiedzą i umiejętnościami z zakresu elektroniki, radiolokacji, przetwarzania sygnałów, rozpoznania radioelektronicznego, kierowania środkami walki czy układów mikrofalowych i antenowych.

Rozwiązać problemy przemysłu obronnego, przyciągnąć młodych do szkół i warsztatów

Jak przekazali nam przedstawiciele Fabryki Broni w Radomiu, problem nie jest łatwy do rozwiązania, ponieważ ze względu na unikalny charakter działalności firmy wiele kompetencji specjalistycznych nie jest dostępnych na rynku pracy i musi być budowanych wewnątrz organizacji poprzez szkolenia oraz wielomiesięczny proces wdrożenia. Dlatego większe znaczenie niż sam niedobór kandydatów ma zdolność do ich odpowiedniego przygotowania i rozwoju zawodowego.

Część firm radzi sobie także poprzez współpracę z lokalnymi szkołami. Tak robi Stocznia Wojenna, która uruchomiła warsztat z 50 miejscami szkoleniowymi, z których korzystać mogą uczniowie lokalnych szkół średnich. Takie działania podjęły także firmy spoza PGZ. Zakłady PZL-Świdnik (należące do włoskiego koncernu Leonardo) we współpracy z Powiatowym Centrum Edukacji Zawodowej uruchomiły szkółkę warsztatową, która w pierwszym miesiącu przygotowuje nowych pracowników do pracy na stanowisku montera śmigłowców.

Czytaj więcej

Sobkowiak-Czarnecka: PiS przez 8 lat nie wydał tyle w polskiej zbrojeniówce, co my przez 3 dni

Podobna szkoła działa dziś na terenie zakładów Pratt & Whitney Rzeszów, które należą do amerykańskiej korporacji RTX. To tam dokształcani są pracownicy, których kwalifikacje wymagają „aktualizacji” do wykonywania pracy w obszarze zaawansowanej produkcji komponentów silników lotniczych. Kandydaci uczą się m.in. obsługi narzędzi oraz przyrządów pomiarowych używanych w przemyśle lotniczym.

Potrzebę tworzenia specjalnych placówek dostrzega także zarząd Fabryki Broni w Radomiu, który twierdzi, że dodatkowe kursy oraz klasy patronackie realizowane we współpracy z przemysłem pozwoliłyby lepiej przygotować przyszłe kadry do wykonywania konkretnych zawodów i skrócić proces ich wdrażania. Producent karabinków MSBS GROT zaznacza, że sama idea klas przemysłowych jest bardzo dobrym pomysłem, który odpowiada zarówno na potrzeby rynku pracy, jak i wyzwania stojące przed współczesnym przemysłem.

Czytaj więcej

Polska chce produkować pociski Barracuda. Ale najpierw musi je zamówić

Kluczową wartością tej inicjatywy jest zbliżenie systemu edukacji do realiów nowoczesnego środowiska produkcyjnego oraz umożliwienie młodym ludziom świadomego wyboru ścieżki zawodowej. – Idea klas przemysłowych może w znaczącym stopniu zwiększyć potencjał produkcyjny w branży zbrojeniowej i uzupełnić braki kadrowe – podsumowują przedstawiciele Fabryki Broni w Radomiu.

Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 nie prowadzą co prawda własnych szkoleń, ale ściśle współpracują z Zespołem Szkół Mechanicznych nr 1 w Bydgoszczy. Pracownicy zakładów uczą części przedmiotów zawodowych, a uczniowie na kierunkach technik mechanik lotniczy oraz technik awionik uczestniczą w praktykach na terenie przedsiębiorstwa. Jak jednak zaznaczają przedstawiciele spółki, choć WZL nr 2 zatrudniają absolwentów tej szkoły, to nie jest to znaczący odsetek. Dzieje się tak, ponieważ takie osoby w większości decydują się na kontynuację nauki na studiach, i to najczęściej na kierunkach niezwiązanych z lotnictwem.

Inicjatywa utworzenia klas przemysłowych to logiczna odpowiedź na „klęskę urodzaju”, z jaką mierzy się dzisiaj polska zbrojeniówka. Choć krajowe zakłady mają zabezpieczone zamówienia na lata, to deficyt rąk do pracy – od spawaczy po inżynierów – a także nadchodząca fala emerytalna, stanowią realne wyzwanie. Powiązanie systemu edukacji z konkretnymi potrzebami fabryk obronnych może okazać się zatem ważnym elementem systemu bezpieczeństwa kraju.