W ubiegłym tygodniu Władimir Putin, stojąc na pokładzie krążownika rakietowego Wariag (jednostki projektu 1164, bliźniaczej do zatopionej przez Ukraińców Moskwy) u wybrzeży Sachalinu zapowiedział, że Rosja odpowie „tym samym”, jeśli państwa europejskie zaczną przejmować rosyjskie statki i sprzedawać ich ładunki. Nazwał to piractwem i rozbojem.

Dowódca Floty Pacyfiku admirał Wiktor Liina dopowiedział, że podległe mu siły są gotowe kontrolować i zatrzymywać jednostki państw nieprzyjaznych. Bezpośrednim powodem tych gróźb miał być 21. pakiet sankcyjny, przyjęty przez Unię Europejską 23 lipca, który po raz pierwszy pozwala konfiskować i sprzedawać towar z zatrzymanych tankowców.

Czytaj więcej

Władimir Putin: Działania UE to piractwo i rozbój, Rosja odpowie tym samym

Czy Rosja ściąga okręty do ochrony „floty cieni”

Prasa zachodnia opisała to jako zapowiedź nowego etapu eskalacji ze strony Rosji. Dowodem tego miały być zaś doniesienia o pojawieniu się na wodach Bałtyku rosyjskich okrętów ze składu Floty Północnej.

Narracja ta nie do końca uwzględnia chronologię wydarzeń. Przemieszczenie się rosyjskich jednostek wyprzedziło bowiem słowa Putina. Rosyjskie okręty zaobserwowano w rejonie niemieckiej wyspy Fehmarn. Gazeta „Kieler Nachrichten” odnotowała obecność fregaty Kasatonow, a tabloid „Bild” napisał wprost, że fregata wraz z Lewczenką ma osłaniać „flotę cieni”, zaznaczając przy tym, że Rosja od miesięcy coraz częściej używa do tego celu okrętów wojennych.

Fregata Admirał Kasatonow

Fregata Admirał Kasatonow to jeden z najnowszych i najbardziej wartościowych okrętów nie tylko Floty Północnej, ale w ogóle floty rosyjskiej jako takiej. Przy tym jednostka ostatnimi czasy bardzo zapracowana.

Należy do typu określanego jako projekt 22350 (nazywanego też typem Admirał Gorszkow) i została wprowadzona do służby w 2020 r. Jest drugą jednostką tego typu po prototypowej fregacie Admirał Gorszkow (w służbie od 2018 r.). W służbie znajduje się jeszcze trzeci okręt tego typu, czyli fregata Admirał Gołowko (w służbie od 2023 r.), zaś kolejne jednostki znajdują się w różnych fazach budowy. Wszystkie trzy będące dziś w linii trafiły do Floty Północnej. Następne mają wzmocnić także Flotę Oceanu Spokojnego.

To okręty nieco mniejsze od polskiego Miecznika. Długość kadłuba to 135 m, szerokość 16 m, wyporność pełna około 5400 ton. Dla porównania, zwodowany niedawno polski ORP Wicher ma mieć długość 139 m przy szerokości około 20 m i pełnej wyporności wynoszącej 7000 ton. Porównanie to jednak dotyczy wyłącznie wielkości, bo Miecznik jest fregatą wielozadaniową o zupełnie innym przeznaczeniu niż rosyjski okręt.

Głównym uzbrojeniem fregaty są wyrzutnie pionowego startu. Dla trzech pierwszych jednostek serii, w tym dla Kasatonowa, jest to 16 komór służących do wystrzeliwania pocisków Kalibr, Oniks i Cyrkon (kolejne jednostki serii mają otrzymać 24 komory, a niektóre źródła mówią nawet o 32) oraz 32 komory pionowych wyrzutni przeciwlotniczych systemu Redut, będącego morskim odpowiednikiem lądowych systemów S-350.

Niszczyciel Admirał Lewczenko przeszedł Bełt Fehmarński (wybrzeże Niemiec) pod koniec lipca. Fregata rakietowa Admirał Kasatonow minęła Wielki Bełt (cieśniny duńskie) 12 sierpnia, czyli w dniu, w którym Putin mówił o odwecie. Okręt musiał wyruszyć z Siewieromorska, gdzie mieści się główna baza Floty Północnej, co najmniej tydzień wcześniej.

Słowa Putina nie uruchomiły zatem ruchu rosyjskich okrętów. Oznacza to, że nie mamy do czynienia z improwizowanym gestem, lecz z operacją prowadzoną od dawna i w wielu miejscach jednocześnie. W styczniu 2026 r. Rosja wysłała okręt wojenny do osłony tankowca Marinera wiozącego wenezuelską ropę. W maju „The Guardian” ujawnił, że fregata Admirał Grigorowicz przez wiele dni pilnowała rosyjskich statków przechodzących przez kanał La Manche. Kasatonow, jak przypomniał „Die Welt”, eskortował rosyjskie jednostki handlowe nie tylko w kanale, ale także na Morzu Śródziemnym.

Fregata Admirał Kasatonow

Fregata Admirał Kasatonow

Foto: Mil.ru, CC BY 4.0 <https://creativecommons.org/licenses/by/4.0>, via Wikimedia Commons

Jak silna jest Flota Bałtycka Rosji

Pojawienie się na Bałtyku jednostek ze składu Floty Północnej może być postrzegane jako demonstracja siły ze strony Rosji – tak do tego tematu podchodzi większość analityków i komentatorów prasowych. Moim zdaniem sprawa świadczy jednak przede wszystkim o słabości rosyjskiej Floty Bałtyckiej. Floty, która jest za słaba, by samodzielnie prowadzić operacje eskortowe potrzebne do ochrony „floty cieni” i jednocześnie dokonywać projekcji siły na tym wyjątkowo ważnym obecnie i dla Rosji, i dla NATO akwenie.

Niszczyciel Admirał Lewczenko

Niszczyciel Admirał Lewczenko

Foto: Mil.ru, CC BY 4.0 <https://creativecommons.org/licenses/by/4.0>, via Wikimedia Commons

Flota Bałtycka, której dowództwo leży w Bałtyjsku (obwód królewiecki) jest z czterech rosyjskich flot operacyjnych najsłabsza pod względem liczby i jakości posiadanych dużych jednostek nawodnych. Pod pewnymi względami jest słabsza nawet od dotkliwie osłabionej przez Ukraińców i wypchniętej z Sewastopola Floty Czarnomorskiej, która mimo strat wciąż dysponuje fregatami projekt 11356, czyli typ Admirał Grigorowicz.

Bałtfłot opiera się w praktyce na czterech korwetach projektu 20380 (typ Stierieguszczij), małych okrętach rakietowych projektu 21631 (typ Bujan-M) i 22800 (typ Karakurt) oraz kutrach rakietowych.

Czytaj więcej

Cień dawnej potęgi. Krążowniki Moskwa, Marszał Ustinow, Wariag i Ukrajina

Czego brakuje rosyjskim korwetom

Jednostek większych jest niewiele. To dwie fregaty projektu 11540, Nieustraszymyj oraz Jarosław Mudryj (ten drugi wcielony dopiero w 2009 r., choć budowany jeszcze w czasach ZSRR), obie z wyłącznie punktowym uzbrojeniem przeciwlotniczym. Do tego formalnie pełniący rolę okrętu flagowego floty niszczyciel Nastojcziwyj projektu 956 (typ Sowriemiennyj), którego realna gotowość bojowa od lat pozostaje pod dużym znakiem zapytania. To zresztą jedna z dwóch ostatnich jednostek tego typu z siedemnastu zbudowanych dla własnej floty, które pozostają jeszcze w służbie. Drugą jest Bystryj ze składu Floty Oceanu Spokojnego.

Skutek jest taki, że Flota Bałtycka nie ma dziś ani jednego okrętu zdolnego osłonić zespół operujący z dala od własnego brzegu; ani jednego pełnomorskiego okrętu zwalczania okrętów podwodnych (ZOP), ani jednego okrętu zdolnego zapewnić obszarową (obejmującą większy obszar niż jeden okręt) obronę przeciwlotniczą.

Rosyjska flota cieni

Rosyjska flota cieni

Foto: PAP

Nie chodzi przy tym o to, że Flota Bałtycka jest słaba w skali Bałtyku. Pod względem potencjału bojowego pozostaje najsilniejszą z flot, dla których Bałtyk jest głównym akwenem operacyjnym, i wyraźnie przewyższa polską marynarkę wojenną. Jest słaba z punktu widzenia zadań oceanicznych i właśnie dlatego spadają one na kogoś innego.

Zdolności Floty Bałtyckiej tylko na papierze wyglądają znośnie. Teoretycznie większość małych jednostek ma zasięg w przedziale od 1500 do 2500 mil morskich, co spokojnie pozwala eskortować jednostki handlowe aż po kanał La Manche, gdzie mogłyby przejąć je okręty Floty Północnej. Ale to tylko teoria. O zdolnościach eskortowych floty nie przesądza bowiem zasięg pływania jej okrętów, lecz dzielność morska i zdolność do obrony czegoś więcej niż tylko własnej jednostki.

Czytaj więcej

Czy Izrael zbudował w Niemczech okręt zagłady? Tajemnica INS Drakon

Większość jednostek z Bałtyjska ma niewielką dzielność morską. A już Bujany-M mają pod tym względem opinię wręcz fatalną. Większość rosyjskich jednostek stacjonujących na Bałtyku może „pochwalić” się autonomicznością liczoną w kilkunastu dobach i fatalnymi warunkami bytowymi załogi. Zaś ich zdolność do samoobrony przed lotnictwem i okrętami podwodnymi jest raczej problematyczna – nie do takich zadań je bowiem zaprojektowano. To nie są okręty zdolne do trwałej obecności w rejonie cieśnin i na wejściu na Morze Północne, do pilnowania tankowców w trwających tygodniami rejsach tym bardziej.

Dlaczego Kreml sięgnął po Flotę Północną

To dlatego Kreml sięgnął do zasobów Floty Północnej, która dla odmiany jest największą i najsilniejszą rosyjską flotą, ze swobodnym dostępem do Oceanu Arktycznego i Atlantyku. To ona dysponuje najlepszymi rosyjskimi okrętami: fregatami projEKTU 22350 (Admirał Gorszkow, Admirał Kasatonow, Admirał Gołowko), dużymi okrętami ZOP projEKTU 1155, na Zachodzie klasyfikowanymi jako niszczyciele, krążownikiem rakietowym Marszał Ustinow, czy wreszcie okrętami podwodnymi z pociskami balistycznymi i manewrującymi. To ona ma też wzbogacić się o przywracany do służby od ćwierćwiecza atomowy krążownik Admirał Nachimow, O ile uda się go w końcu wcielić do służby operacyjnej.

Niszczyciel Admirał Lewczenko

Admirał Lewczenko należy do serii niszczycieli ZOP projektu 1155 (typ Udałoj) i w składzie rosyjskiej floty znajduje się od 1988 r.. To dziewiąta jednostka tego typu z 12 zbudowanych. Obecnie w służbie pozostaje prawdopodobnie już tylko siedem jednostek, z tego trzy w składzie Floty Północnej.

Sami Rosjanie klasyfikują go jako duży okręt zwalczania okrętów podwodnych (ros. bolszoj protiwołodocznyj korabl, BPK). Okręt ma ponad 163 m długości, 19,3 m szerokości i pełną wyporność około 7570 ton.

Główne uzbrojenie przeciwpodwodne to osiem wyrzutni rakietotorped Rastrub-B z ośmioma pociskami oraz dwie poczwórne wyrzutnie torped kalibru 533 mm przeciw okrętom podwodnym. Uzupełniają je dwa dwunastoprowadnicowe miotacze rakietowych bomb głębinowych RBU-6000, takie same jak na polskim dozorowcu ORP Kaszub, a przede wszystkim dwa pokładowe śmigłowce Ka-27, które są najcenniejszym elementem wyposażenia ZOP tego okrętu. I prawdopodobnie głównym powodem, dla którego akurat jego skierowano na Bałtyk. Flota Bałtycka nie dysponuje bowiem żadną jednostką o porównywalnych możliwościach.

Uzbrojenie przeciwlotnicze służy natomiast wyłącznie do obrony własnej okrętu i składa się z dwóch kompleksów pocisków przeciwlotniczych i przeciwrakietowych Kindżał, każdy w składzie czterech bębnowych wyrzutni pionowych (łącznie 64 pociski).

Warto zaznaczyć, że i ten obraz jest mniej imponujący, niż sugerują rosyjskie komunikaty. Sam skład bałtyckiej wyprawy mówi zresztą swoje: jedna fregata z 2020 r. i jeden okręt ZOP wcielony do służby w 1988, z przeciwlotniczym uzbrojeniem punktowym z epoki Gorbaczowa.

Użycie jednostek Floty Północnej do ewentualnego eskortowania „floty cieni” wydaje się dość naturalne i raczej nie powinno wzbudzać sensacji. Eskorta „floty cieni” odbywa się przecież głównie na Morzu Północnym i w kanale La Manche, czyli w macierzystym rejonie operacyjnym Floty Północnej. Tyle tylko, iż teraz okazuje się, że rosyjska flota, która stacjonuje na Bałtyku, nie jest w stanie zabezpieczyć nawet własnego przedpola i doprowadzić rosyjskich tankowców bezpiecznie w rejon operowania Floty Północnej. To właśnie dlatego jednostki z północy musiały pofatygować się aż na Bałtyk, który przy obecnej sytuacji geopolitycznej w tym regionie dla tak dużych jednostek rosyjskich, w przypadku konfliktu z NATO, bezpieczny by nie był.

Niszczyciel Admirał Lewczenko

Niszczyciel Admirał Lewczenko

Foto: Mil.ru, CC BY 4.0 <https://creativecommons.org/licenses/by/4.0>, via Wikimedia Commons

Warto też zwrócić uwagę na inny fakt. Kasatonow to nie okręt wyciągnięty z rezerwy trzymanej przez Rosjan na specjalną okazję. To jednostka, która od 2022 r. ciężko „pracowała” na Morzu Śródziemnym i eskortowała tam rosyjską żeglugę handlową. Rosja nie wysłała na Bałtyk nadwyżek. Przesunęła tam jedną z niewielu sprawnych fregat oceanicznych, co oznacza, że nie będzie jej mogła skierować do wykonywania innych zadań.

Flota Północna nie ma też zapasu, z którego dałoby się wydzielić siły do wsparcia akwenów pobocznych. To zaś wyraźnie pokazuje, że Bałtyk poboczny nie jest, skoro Rosja wzmacnia go kosztem kierunku arktycznego i atlantyckiego.

Czytaj więcej

Panowanie USA na oceanach zagrożone. Problemem są Chiny i lotniskowce

Co robi „flota cieni” u polskich brzegów

Czy to sygnał dla NATO? Bez wątpienia. Użycie najlepszych dostępnych okrętów pokazuje, że Rosja traktuje Bałtyk jako teatr operacyjny o wysokim priorytecie. Pokazuje przy okazji, że temu priorytetowi nie odpowiada żadna realna zdolność sił rozmieszczonych tu na stałe. Demonstracja siły, na którą trzeba „pożyczyć” okręty spod koła podbiegunowego, jest równocześnie deklaracją słabości na samym Bałtyku.

Trzeba też pamiętać, że dla Polski problem nie jest teoretyczny. Zaostrzenie szwedzkich kontroli wypchnęło tankowce „floty cieni” na dłuższą trasę wzdłuż wybrzeży Polski i Niemiec, a incydent z rosyjskim okrętem wojennym z 30 czerwca pokazał, że Moskwa jest gotowa te transporty osłaniać. Jeśli rosyjska eskorta ruszy tą samą trasą, ewentualna kontrola tankowca przez nasz kraj (zakładając, że do takiej by doszło) przestanie być sprawą Straży Granicznej, a stanie się sprawą Marynarki Wojennej.

Czytaj więcej

Wyścig o Arktykę. Rosja wyprzedza USA i resztę świata

Trzeba też jasno sobie powiedzieć, że pytanie „co Rosja chce nam pokazać” jest dziś mniej istotne od pytania, jak długo jest w stanie swoją zwiększoną obecność utrzymać i co przez ten czas będzie działo się na Morzu Barentsa.