Materiał powstał we wspólpracy z PGZ
W debacie wzięli udział: Cezary Tomczyk, sekretarz stanu w MON, gen. bryg. Janusz Misiak, zastępca szefa Zarządu Planowania Operacyjnego P3 Sztabu Generalnego WP, Paweł „Naval” Mateńczuk, pełnomocnik ministra obrony narodowej ds. warunków służby wojskowej, Piotr Zawieja, wiceprezes zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej (PGZ), Seweryn Figurski, prezes zarządu Fabryki Broni „Łucznik” – Radom oraz Marek Adamiak, prezes zarządu PCO S.A.
Punktem wyjścia było spostrzeżenie, że w przekazie o modernizacji sił zbrojnych dominują czołgi, wozy bojowe i artyleria. Wyposażenie indywidualne żołnierza pozostaje w cieniu, choć to ono decyduje o przeżywalności i skuteczności na polu walki.
Cezary Tomczyk zaczął od genezy operacji Szpej. Impulsem miało być ustalenie rzeczywistych stanów magazynowych.
– Jest tak, że jak gdzieś przyjeżdża minister czy wiceminister (to samo zresztą dotyczy generałów), to, co nam czasami jest pokazywane, niekoniecznie jest tym, co faktycznie jest prawdą na dole, wśród podoficerów czy żołnierzy – mówił wiceminister Tomczyk.
Przegląd magazynów wypadł, jak przyznał, fatalnie. Wiceszef MON posłużył się obrazem, który powracał przez całą debatę. Sprzęt prezentowany na targach wygląda imponująco i łatwo zrobić na jego tle konferencję prasową, ale na końcu łańcucha stoi żołnierz. Przywołał przykład z granicy: żołnierz na Podlasiu przy 25 stopniach mrozu nie miał kurtki zimowej, bo nie przewidywała jej jego norma wyposażenia. Takie kurtki mieli tylko żołnierze wojsk specjalnych. Padła też związana z tym anegdota o materiałach. Na kurtkę, która miała być z goreteksu, w wojsku mówiło się „cerateks” – i nie ze względu na wzór, lecz na jakość tkaniny.
Osiem warstw operacji Szpej
Gen. bryg. Janusz Misiak przedstawił architekturę programu. Przedsięwzięcie ruszyło na początku 2024 r. i składało się z dwóch etapów. Pierwszy obejmował zaspokojenie najpilniejszych potrzeb operacji Bezpieczne Podlasie, drugi – uzupełnienie pozostałych braków.
– Wzięło się to oczywiście stąd, że inicjatywa była zarówno oddolna, jak i odgórna – wyjaśniał generał. – Oddolna, bo żołnierze przekazywali informacje, że nie są właściwie wyposażani. Odgórna, bo taka była decyzja ministra.
Formalną podstawą był rozkaz szefa Sztabu Generalnego o powołaniu zespołu zadaniowego do identyfikacji nowych potrzeb operacyjnych. Całość podzielono na sześć warstw – od mundurowej po te związane z przetrwaniem, ochroną wojsk i rażeniem.
Najważniejsza informacja z tej części debaty dotyczyła rozszerzenia operacji. Decyzją szefa SG WP przed miesiącem doszły dwie kolejne warstwy. Siódma, dronowa, obejmuje drony osobiste oraz systemy ostrzegające żołnierza, że nad jego głową krąży nieprzyjacielski dron. Ósma to warstwa medyczna.
Pytany o najbardziej zaniedbany element wyposażenia, gen. Misiak wymienił kamizelki kuloodporne.
– To jest przetrwanie żołnierza na polu walki. W tych kamizelkach poczyniliśmy największy postęp. Zaczynaliśmy od zaspokojenia 28 proc. naszych potrzeb. W tej chwili mamy – nie jest jeszcze najlepiej – ponad 60 proc. – powiedział, zaznaczając, że docelowe plany sięgają kilkuset tysięcy sztuk.
Drugim takim obszarem jest według generała optoelektronika, bez której karabinek Grot nie jest właściwie wykorzystywany.
Od 80 do 350 tys. hełmów
Cezary Tomczyk przywołał dane wyjściowe. Gdy rozpoczynano operację Szpej, armia miała ok. 80 tys. hełmów kompozytowych, a potrzeby w zakresie kamizelek kuloodpornych były zabezpieczone de facto w 20–30 proc.
– My pod koniec tego roku będziemy mieli ok. 170 tys. kamizelek kuloodpornych i ok. 350 tys. hełmów kompozytowych – zapowiedział wiceminister.
Odniósł się też do krytyki finansowania takich zakupów z programu SAFE. Wystąpili z nią m.in. przedstawiciele poprzedniego rządu.
– Kupujemy, bo ich nie było, bo to, co zastaliśmy, jeżeli chodzi o kwestie wyposażenia indywidualnego, to naprawdę był dramat – odparł.
Pchła przy pasie taktycznym
Najbardziej efektownym momentem debaty było pojawienie się na scenie nanodrona nazywanego pchłą. Wiceminister Tomczyk przyniósł go ze stoiska Wojskowego Instytutu Technicznego Uzbrojenia (WITU).
– Tak jak żołnierz przy swoim pasie taktycznym, przy kamizelce ma broń osobistą, ma ładownicę, tak w przyszłości będzie również miał małego drona, który pozwoli mu odnaleźć się w tym środowisku – przekonywał wiceszef MON.
Wiceminister opisał parametry drona: zasięg 5 km, przeznaczenie rozpoznawcze, odporność na zagłuszanie i warunki atmosferyczne, cena od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Podkreślił, że mimo niepozornego wyglądu nie jest to zabawka, a podobne konstrukcje wprowadza dziś armia amerykańska. Przyznał zarazem, że część kadry dowódczej wciąż traktuje takie rozwiązania jako fanaberię.
Na pytanie o producenta odpowiedział Piotr Zawieja. Wyjaśnił, że dzień wcześniej Wojskowe Zakłady Lotnicze podpisały umowę o współpracy z WITU oraz dotychczasowym producentem drona.
– Mam nadzieję, że to PGZ będzie produkowała tę pchłę – powiedział wiceprezesg, dodając, że dron jest już prezentowany na wystawie wraz z goglami VR.
Karabinek jako narzędzie pracy
Paweł „Naval” Mateńczuk, pytany o najważniejszy element wyposażenia, postawił na broń. – Podstawowym narzędziem pracy jest karabin – stwierdził.
Jego zdaniem Grot w wersji A3 nie ustępuje porównywalnym konstrukcjom na światowym rynku, a po latach chorób wieku dziecięcego broń wreszcie dojrzała.
Pełnomocnik ministra mówił też o zmianie filozofii resortu. Współczesny żołnierz, niezależnie od stopnia, jest w jego ocenie ekspertem obsługującym sprzęt wart ogromne pieniądze. Operacja Szpej to więc nie tylko dostawy, lecz także sposób myślenia o każdym człowieku w mundurze. Skalę wyzwania sprowadził do prostego rachunku: przy armii liczącej 220 tys. żołnierzy potrzeba po 220 tys. hełmów, kamizelek i kurtek.
Seweryn Figurski opowiedział o rozwoju karabinka. A3 to czwarta wersja, licząc od A0. Kluczem – jak mówił – był kontakt z użytkownikiem końcowym. Poligonem doświadczalnym okazały się Wojska Obrony Terytorialnej, do których trafiły duże partie broni.
– Ja na początku byłem sceptyczny co do tego pomysłu. Natomiast okazuje się z biegiem czasu, że to było bardzo dobre posunięcie, bo Grot przeszedł tam naprawdę poważny test – przyznał prezes Łucznika.
Za atuty uznał brak opłat licencyjnych, polskie patenty i opracowanie konstrukcji we współpracy z Wojskową Akademią Techniczną. Dodał, że broń sprawdziła się w boju: 100 tys. Grotów trafiło do Ukrainy, a uwagi z frontu uwzględniono już w wersji A3.
Figurski skierował też postulat do zamawiającego: chciałby dostarczać wojsku komplet, a nie samą platformę.
– W moim idealnym świecie po otwarciu skrzyni z bronią [karabinek] powinien być wyposażony w takie dodatkowe urządzenia jak kolimatory, red doty, holografy – opisywał, zgłaszając gotowość fabryki do roli integratora.
Ujawnił również, że trwają prace nad wersją A4. Koncepcje już powstają, a konkretne założenia mają zostać przedstawione w przyszłym roku.
– Heckler & Koch ma już siódmą czy ósmą wersję swojego HK416. Dogonimy Heckler & Koch – dodał.
Pod koniec debaty Cezary Tomczyk ogłosił, że w całym wojsku karabinki Grot w wersji A2 zostaną zastąpione wersją A3. Oficerowie dostaną z kolei nowy pistolet produkcji radomskiej fabryki.
Przewaga w nocy
Marek Adamiak zwrócił uwagę, że wojna na Ukrainie pokazała nie tylko rosnącą rolę dronów, lecz także znaczenie działań nocnych. PCO koncentruje się na monokularach i goglach noktowizyjnych, które umożliwiają obserwację i namierzanie celu, oraz na celownikach nocnych.
Prezes PCO zapowiedział rozwiązanie, które nazwał rewolucyjnym. Chodzi o przystawki przekształcające celowniki dzienne w noktowizyjne i termowizyjne, tak by jeden przyrząd spełniał wszystkie trzy funkcje. Ocenił, że PCO jest jedyną firmą w Polsce zdolną wyposażyć żołnierza w pełną optoelektronikę.
Paweł Mateńczuk porównał znaczenie tego wyposażenia do sytuacji w salonie samochodowym. Model na ekspozycji ma wszystkie dodatki, a przy zakupie okazuje się, że za każdy trzeba dopłacić. Przytoczył też liczby pokazujące, jak zmienił się charakter walki. W Powstaniu Warszawskim przeciwnika dzieliło od żołnierza 15–30 m, w Iraku i Afganistanie 600–700 m, a na Ukrainie dystans sięga 1–2,5 km.
Nowa domena i moce produkcyjne
Piotr Zawieja poinformował, że od lipca w PGZ działa domena indywidualnego wyposażenia żołnierza, skupiająca Fabrykę Broni „Łucznik”, Maskpol i PCO. Jej celem jest wypracowanie kompleksowych i kompatybilnych rozwiązań.
Wiceprezes wyliczył bieżące zamówienia: 300 tys. hełmów HBT-02 w ramach SAFE, 100 tys. karabinków Grot, prawie 70 tys. kamizelek oraz sprzęt optoelektroniczny, w tym termowizyjny. Zapewnił, że moce produkcyjne nie są w pełni wykorzystane i istnieje „bufor” pozwalający na realizację dodatkowych zamówień. Dzięki sieci kooperantów możliwe jest skokowe zwiększenie produkcji.
Receptą na ryzyko spadku zamówień po zakończeniu obecnych kontraktów ma być według niego eksport. Dotyczy to zarówno karabinka, jak i optoelektroniki, dla której rynkiem jest cały świat.
Cezary Tomczyk nadał temu wątkowi wymiar polityczny, przywołując rozmowę z premierem. Jej wniosek brzmiał: warto inwestować w polskie rozwiązania nawet wtedy, gdy są dziś o 5 proc. droższe i o 5 proc. gorsze, bo jutro będą tańsze i lepsze. Dodał, że resort wraz z dyplomacją wojskową będzie przekonywał partnerów Polski do wspólnych zakupów w drugiej fazie SAFE w polskim przemyśle obronnym.
Testy zamiast deklaracji
Najostrzejszy fragment debaty należał do gen. Misiaka, który bezpośrednio odniósł się do słów wiceministra.
– Pan minister powiedział: 5 proc. droższy i 5 proc. gorszy sprzęt. Jeżeli ten sprzęt będzie droższy o 50 proc., to już jest problem – zwrócił się do prezesów.
Generał zastrzegł, że wojsko nie będzie wierzyć producentom na słowo. Jako przykład podał trwające badania kamizelek kuloodpornych. Zgłosiło się osiem firm, których produkty przechodzą rygorystyczne testy w Toruniu, a cztery z nich trafią do testów zniszczeniowych.
– Przewaga to najważniejsza zasada sztuki wojennej. Bez przewagi się nie zwycięża – podsumował.
Stanowisko przemysłu było jednoznaczne. Prezes Zawieja oświadczył w imieniu całej domeny, że jest ona gotowa na konkurencję i testy. Zaznaczył, że wojsko nigdy nie traktowało sprzętu PGZ ulgowo – i słusznie, bo to sprzęt, który ma chronić żołnierza.
Własny sprzęt na służbie
Debata zakończyła się zapowiedzią decyzji ministra obrony narodowej w sprawie tzw. zielonej listy. Jej szczegóły Cezary Tomczyk i Paweł Mateńczuk przedstawili na konferencji prasowej w trakcie targów. To mechanizm, który pozwala żołnierzom używać w służbie prywatnie kupionych elementów wyposażenia, jeśli wcześniej zweryfikują je wojskowi specjaliści. Wzorem były rozwiązania stosowane m.in. w armii amerykańskiej i francuskiej.
Tomczyk tłumaczył, że każdy żołnierz nadal będzie otrzymywał przy obejmowaniu służby komplet wyposażenia oraz środki na jego uzupełnienie. Część żołnierzy chce jednak z różnych powodów sięgać po inne rozwiązania.
Na początek lista ma objąć proste elementy wyposażenia używane na co dzień, takie jak gogle, rękawice czy słuchawki. Wyłączony z niej jest mundur, który – jak podkreślił Tomczyk – pozostaje świętością. Mateńczuk tłumaczył, że chodzi o to, by żołnierz mógł przyjść na zajęcia z własnymi okularami balistycznymi, słuchawkami czy rękawicami i nie obawiać się, że któryś z dowódców uzna je za nieregulaminowe.
– To nie politycy będą decydowali, czym żołnierz ma walczyć, czego ma używać. Ja jestem od tego, żeby stworzyć ramy prawne, zapewnić finansowanie, a żołnierze niech przeprowadzają testy i niech wybierają to, co jest dla nich najlepsze – zapewniał wiceminister.
Materiał powstał we wspólpracy z PGZ