200 mld zł. Zaokrąglając, właśnie tyle mamy wydać na obronność w 2026 r. Ma to stanowić ok. 4,8 proc. naszego PKB. Jeśli spojrzeć na ubiegłe lata, kwota ta będzie zapewne nieco mniejsza.
W 2025 r. było to niecałe 170 mld zł, co stanowiło ok. 4,3 proc. PKB. Wcześniejsze plany rządu mówiły o 4,7 proc. Jak informował wiceminister obrony narodowej Stanisław Wziątek podczas posiedzenia sejmowej Komisji Obrony Narodowej, wydatki budżetowe MON, które po zmianach wyniosły 118,6 mld zł, udało się zrealizować w 99,98 proc.
Z kolei w opublikowanym przez Bank Gospodarstwa Krajowego sprawozdaniu z realizacji planu wydatków Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych (FWSZ) w 2025 r. czytamy, że wydano 57,8 mld zł. To stanowiło 79,1 proc. planu. Z tego organizacja i obsługa finansowania dłużnego kosztowała podatnika 6,4 mld zł – w tym 3,3 mld zł przeznaczono już na spłatę kapitału zobowiązań zaciągniętych wcześniej poprzez FWSZ. Odsetki wyniosły natomiast ponad 2 mld zł.
Choć proste zsumowanie wydatków z budżetu MON i FWSZ w 2025 r. daje ponad 176 mld zł, trzeba zaznaczyć, że ponad 12 mld zł ministerstwo po prostu „wpłaciło” do Funduszu. A jak wskazuje na łamach „Dziennika Zbrojnego” Tomasz Dmitruk, doskonały analityk zajmujący się finansowaniem obronności, do tego trzeba dodać jeszcze prawie 5 mld zł, które budżet państwa wydaje na obronność w innych miejscach niż część 29 „Obrona narodowa”. Dlatego nasze wydatki na obronność w 2025 r. to niecałe 170 mld zł.
Środki wydawane na siły zbrojne mają ważny wpływ na planowaną przez ministra finansów Andrzeja Domańskiego wysokość deficytu budżetowego
Na co przeznaczamy środki z budżetu państwa, którymi dysponuje resort obrony, czyli z głównego źródła wydatków państwa na obronność? W 2025 r. ponad 40 proc. tej kwoty stanowiły wydatki majątkowe. Niewiele więcej procentowo, czyli prawie 50 mld zł nominalnie, resort przeznaczył na wydatki bieżące. To m.in. uposażenia żołnierzy i pracowników cywilnych resortu, realizacja Planu Zakupów Środków Materiałowych, czyli choćby paliw, oraz zakup energii i żywności. Ponad 10 proc. budżetu resortu obrony to świadczenia na rzecz osób fizycznych, czyli m.in. emerytury.
Na ten podział można też spojrzeć przez inny pryzmat. Według szacunków NATO aż 50 proc. polskich wydatków na obronność – wliczając także FWSZ – przypada na kategorię „sprzęt” (ang. equipment). W takim ujęciu na ludzi przeznaczyliśmy ok. 30 proc. tych środków, na infrastrukturę 4 proc., a na „inne” ponad 15 proc.
Jeśli z kolei spojrzymy na całościowe wydatki 32 państw członkowskich Sojuszu Północnoatlantyckiego w relacji do produktu krajowego brutto, to w 2025 r. Polska była pod tym względem liderem, a w 2026 r. najpewniej przekażemy pałeczkę sąsiadom z Litwy. Widać jasno, że najszybciej rosną wydatki państw północno-wschodniej flanki Sojuszu, natomiast do maruderów należą m.in. Czesi, Hiszpanie czy Belgowie.
Najpierw pożyczaliśmy w Korei i USA. Teraz w UE
Warto bliżej przyjrzeć się Funduszowi Wsparcia Sił Zbrojnych, który stanowi drugie główne źródło finansowania naszej obronności. FWSZ został powołany w 2022 r. ustawą o obronie ojczyzny. Jego operatorem jest Bank Gospodarstwa Krajowego i jak informuje ta instytucja, „fundusz zapewnia finansowanie lub dofinansowanie zadań wynikających z programu rozwoju Sił Zbrojnych, ustanawianego przez Ministra Obrony Narodowej”. Mocno upraszczając: to właśnie z tego źródła kupujemy nowe uzbrojenie.
Skąd wpływy do FWSZ? Choć ustawa wymienia kilkanaście różnych źródeł, m.in. kary umowne płacone przez firmy zbrojeniowe, które nie realizują swoich zobowiązań, to kluczowe są dwa: wpływy z MON oraz kredyty, pożyczki i wyemitowane obligacje.
Gdzie się zadłużamy? Zazwyczaj tam, gdzie kupujemy uzbrojenie. Najnowszym przykładem jest Szwecja, która – jak wyjaśnia zastępca szefa Agencji Uzbrojenia gen. bryg. Michał Marciniak (str. XX) – przy okazji zakupu okrętów podwodnych w programie Orka złożyła nam atrakcyjną ofertę finansowania. Także wcześniej, np. przy zakupie okrętów Delfin, korzystaliśmy ze szwedzkiego wsparcia w tym zakresie. Z kolei kupując sprzęt w Korei Południowej – m.in. armatohaubice K9 czy czołgi K2 – pożyczaliśmy w tym kraju, a pozyskując uzbrojenie w Stanach Zjednoczonych, korzystamy z amerykańskiego programu Foreign Military Financing. To w jego ramach np. w lipcu 2025 r. i czerwcu 2026 r. otrzymaliśmy gwarancje kredytowe na łącznie 8 mld dolarów. Licząc wcześniejsze gwarancje, obniżyliśmy w ten sposób koszty kredytów na ponad 10 mld dolarów.
Oczywiście w ostatnich miesiącach najwięcej środków na uzbrojenie pożyczamy z unijnego instrumentu SAFE. Założenie rządu jest takie, że do 2030 r. pożyczymy z tego źródła ponad 43 mld euro, czyli ponad 180 mld zł, z których większość ma trafić do polskiego przemysłu obronnego. Finansujemy stamtąd m.in. zakup bojowych wozów piechoty Borsuk, które wyprodukuje należąca do Polskiej Grupy Zbrojeniowej Huta Stalowa Wola, zestawów przeciwlotniczych Piorun (Mesko) czy zestawów rozpoznawczo-uderzeniowych Gladius (Grupa WB). Przez pierwsze 10 lat będziemy spłacali tylko odsetki, a przez kolejnych 35 lat kapitał. Te środki także trafią do FWSZ, ponieważ prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o Finansowym Instrumencie Zwiększenia Bezpieczeństwa SAFE, za pośrednictwem którego – zgodnie z założeniem rządu – miały być obsługiwane pożyczki z SAFE.
Na nasze wzmożone zakupy zbrojeniowe w ostatnich pięciu latach można też spojrzeć przez pryzmat krajów, w których organizujemy finansowanie. Nieco upraszczając: na początku była to Korea Południowa, cały czas są to Stany Zjednoczone, w pewnym stopniu Wielka Brytania i wspomniana Szwecja, a od 2026 r. jest to także Unia Europejska. Naturalnie zmieniają się także beneficjenci tych wydatków. Najpierw korzystał głównie przemysł południowokoreański i amerykański, teraz kontrakty azjatyckie są już mocno zaawansowane w realizacji, za to coraz więcej środków płynie do polskiej zbrojeniówki – m.in. dlatego, że to właśnie ona będzie w dużej mierze odpowiedzialna za utrzymanie pozyskiwanego sprzętu.
Łatwo pożyczyć, trudniej oddać
Choć nasze obecne wydatki na obronność są kilkukrotnie wyższe niż jeszcze pięć, sześć lat temu, sytuacja międzynarodowa jasno wskazuje, że poziom 4–5 proc. PKB powinniśmy utrzymać przez kilkanaście najbliższych lat.
Ustawowo mamy zapisane, że co roku budżet resortu obrony musi wynosić co najmniej 3 proc. PKB. Według szacunków Ministerstwa Finansów w 2027 r. będzie to ponad 130 mld zł. Trzeba jednak pamiętać, że takie rozwiązanie kryje mechanizmy, które automatycznie zmniejszają kwotę przeznaczaną na rozwój Sił Zbrojnych i stanowią pewne ryzyko.
Po pierwsze, z tych 3 proc. PKB ustawowo zagwarantowanych MON 0,15 proc. PKB ma – zgodnie z ustawą o ochronie ludności i obronie cywilnej – trafiać m.in. na budowę schronów dla ludności cywilnej. Po drugie, jak wskazuje prof. Paweł Wojciechowski w raporcie „Inwestycje w polski przemysł obronny”, wydanym przez Fundację Liberté!, w najbliższych latach będzie się zmieniać struktura wydatków resortu obrony. Coraz więcej będziemy wydawać na ludzi – przyczynia się do tego m.in. fakt, że armia jest coraz liczniejsza – a także na utrzymanie sprzętu, który teraz pozyskujemy.
Jak wielokrotnie informowaliśmy na łamach „Rzeczpospolitej”, w całym cyklu życia produktu cena zakupu to ok. 30 proc. całości wydatków. I tak jeśli za 96 śmigłowców AH-64E Apache Guardian zapłacimy ok. 40 mld zł, to co najmniej dwa razy tyle, czyli 80 mld zł, będzie nas kosztowało ich utrzymanie przez kolejnych 40 lat. To oznacza 2 mld zł rocznie tylko na te statki powietrzne. A kosztownych programów jest znacznie więcej. Powoli kończy się więc czas wielkich zakupów, a zacznie się mozolne utrzymywanie sprzętu.
Pisząc o ryzykach związanych z finansowaniem polskich wydatków na obronność, nie wolno też zapomnieć, że jesteśmy w fazie intensywnego zaciągania kredytów, których część już, a większość wkrótce, będziemy musieli zacząć spłacać. Kluczowe pytanie brzmi: w jakim stopniu te spłaty będą pochodzić z budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej? I nie chodzi tu tylko o pożyczki z instrumentu SAFE, których dotyczyła niedawna debata publiczna, ale też o te zaciągnięte wcześniej w Korei Południowej, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Szwecji.
Na razie rządzący unikają tego problemu – wyjątkiem jest uchwała rządu wskazująca, że pożyczki z SAFE nie będą zwracane z budżetu MON. Nie ma jednak do tego odpowiedniej ustawy. Istnieje więc ryzyko, że za kilka lat – w mało prawdopodobnym scenariuszu, w którym Federacja Rosyjska zmieni swoją agresywną politykę, a nasze zbrojeniowe „wzmożenie” opadnie – gros budżetu MON będzie przeznaczane na spłatę kredytów, które obecnie zaciągamy. A to spowoduje, że rozwój naszych Sił Zbrojnych znów zostanie zahamowany.
Ciesząc się więc z tego, że na razie jesteśmy liderem NATO i mamy dwa filary finansowania wydatków obronnych, trzeba pamiętać, że jeden z nich to po prostu kredyt, który kiedyś trzeba będzie spłacić. Na razie nie ma jasno sprecyzowanej wizji, jak to zrobić. W negatywnym scenariuszu za kilka lat z obecnych dwóch źródeł finansowania nie będziemy mieli żadnych środków na zakup nowego sprzętu, a wszystko pochłonie utrzymanie zdolności, które już stworzyliśmy.