To najważniejszy i najmniej eksponowany skutek dotychczasowych naruszeń polskiej przestrzeni powietrznej przez Rosjan. Uwiarygodnili oni w ten sposób zagrożenie. Polska nie może zakładać, że rosyjskie drony i pociski zawsze zatrzymają się na granicy. Nie wie też z wyprzedzeniem, czy kolejny obiekt pozostanie nad Ukrainą, zboczy z kursu, czy też mniej lub bardziej świadomie zostanie skierowany nad nasze terytorium.

Czytaj więcej

Jak patrzeć na działania Rosji? „Zbliża się punkt przesilenia, wrzód pęknie”

Rosja nie musi przy tym planować każdego ataku w taki sposób, aby zmusić Polskę do poderwania myśliwców. Wystarczy, że taki efekt osiąga przy okazji ataków na zachodnią Ukrainę. Niepewność działa na jej korzyść. Brak reakcji oznaczałby ryzyko przeoczenia realnego zagrożenia z wszystkimi tego konsekwencjami. Natomiast każda reakcja generuje po polskiej stronie wymierne koszty.

W ostatnich tygodniach polskie lotnictwo operuje nad naszym krajem niemal codziennie. Większość lotów ma charakter prewencyjny i nie kończy się stwierdzeniem naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej. 

Problem polega na tym, że za utrzymywanie tego stanu niepewności Rosja płaci niewiele. Polska zaś płaci za każdym razem dość słono. Na różnych poziomach. Także ponosząc koszty wzmocnienia (faktycznie ufortyfikowania) przejść granicznych z Ukrainą, po serii wymierzonych w ich pobliże rosyjskich ataków.

Ile kosztują Polskę powietrzne alarmy prowokowane przez Rosję

Najbardziej widocznym elementem polskiej odpowiedzi są startujące samoloty bojowe. Według informacji przekazanych przez Ministerstwo Obrony Narodowej średni koszt godziny lotu F-16 wynosi 76 859 zł. W kwocie tej uwzględniane są paliwo oraz serwis maszyny. Jeżeli w powietrze podrywana jest para myśliwców, każda godzina ich działania oznacza więc ponad 150 tys. zł kosztów. Dłuższa operacja, obejmująca zmianę dyżurujących w powietrzu maszyn, może kosztować odpowiednio więcej.

Foto: PAP

Sam rachunek finansowy nie pokazuje jednak całego problemu. Każdy dodatkowy lot oznacza kolejne godziny nalotu płatowca, zużycie silnika i agregatów, następne cykle startu i lądowania, szybsze zbliżanie się terminów kolejnych obsług oraz rosnące zapotrzebowanie na części zamienne i pracę personelu technicznego. Gdy samolot zaś trafia na przegląd, spada bieżąca dostępność całej floty.

Do tego dochodzi obciążenie ludzi. W gotowości pozostają piloci, technicy, operatorzy radarów, stanowiska dowodzenia oraz obsady naziemnych systemów obrony powietrznej. Każdy alarm uruchamia więc znacznie większą strukturę niż tylko dwa widoczne na niebie samoloty. To z kolei prędzej czy później prowadzi do przemęczenia personelu, na którego nadmiar raczej nie możemy narzekać.

Rosja osiąga w ten sposób klasyczną asymetrię kosztów. Nawet jeżeli podczas konkretnego uderzenia żaden rosyjski obiekt ostatecznie nie wleci do Polski, sama możliwość takiego zdarzenia wymusza uruchomienie zasobów wielokrotnie droższych od potencjalnego celu. 

Modernizacja F-16 potrzebna, ale nadeszła w złym momencie

Częste wykorzystywanie niewielkiej, liczącej obecnie 47 samolotów floty F-16 do działań osłonowych zużywa jej ograniczony zapas gotowości w szczególnie niekorzystnym momencie. Jastrzębie pozostają trzonem polskiego lotnictwa bojowego, a jednocześnie zbliżają się do długotrwałej modernizacji, która będzie stopniowo zmuszać do wycofywania kolejnych maszyn z linii.

Czytaj więcej

159 samolotów bojowych. Tak ma wyglądać polskie lotnictwo za dekadę

Polska modernizuje F-16C/D Block 52+ do standardu F-16V. Program obejmuje między innymi instalację radarów AESA AN/APG-83, nowych komputerów misji, systemu walki elektronicznej Viper Shield oraz zmiany konstrukcyjne przedłużające dopuszczalny okres eksploatacji. Pierwsze dwa samoloty mają przejść prace i testy w Stanach Zjednoczonych, natomiast seryjna modernizacja pozostałych maszyn zostanie przeprowadzona w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 2 w Bydgoszczy. Cały proces potrwa do 2038 r.

Tempo programu wynika między innymi z konieczności utrzymania możliwie dużej liczby samolotów w gotowości. Polska nie może jednocześnie wycofać z linii całej eskadry, tak jak robią to inne modernizujące swoje F-16 państwa, ponieważ pozostała część floty musiałaby przejąć jej dyżury, szkolenie i zadania sojusznicze. Coraz częstsze loty osłonowe dodatkowo zmniejszają ten margines.

Nie oznacza to, że Jastrzębie za chwilę przestaną latać. Oznacza natomiast, że coraz intensywniej wykorzystujemy niewielką flotę, której część już za kilka lat będzie wyłączona ze służby ze względu na konieczność modernizacji. Każdy kolejny przegląd, awaria albo oczekiwanie na części będą wówczas odczuwalne bardziej niż obecnie. 

Resurs polskich samolotów szybko się nie skończy

Na szczęście intensywne używanie F-16 nie powinno szybko wyczerpać czasu, który samoloty mogą łącznie spędzić w powietrzu podczas całego cyklu eksploatacji (to tzw. resurs). W maju 2021 r. flota polskich Jastrzębi przekroczyła 100 tys. godzin nalotu. Dawało to średnio nieco ponad 2 tys. godzin na samolot, a więc około jednej czwartej pierwotnie przewidzianego okresu eksploatacji wynoszącego 8 tys. godzin.

Od tego czasu F-16 są oczywiście wykorzystywane intensywniej. Wykonują dyżury bojowe, uczestniczą w działaniach osłony polskich granic związanych z rosyjskimi atakami na Ukrainę oraz w rosnącej liczbie ćwiczeń prowadzonych przez Polskę i NATO.

Publicznie nie podano jednak aktualnego łącznego nalotu floty. Dostępne dane pozwalają mimo wszystko szacować, że średni nalot polskich F-16 najprawdopodobniej nadal nie przekroczył połowy pierwotnie zakładanego okresu eksploatacji. Przed 2021 r. cała flota wykonywała około 8 tys. godzin lotów rocznie. Nawet wyraźny wzrost intensywności lotów, który nastąpił po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 r., nie powinien więc doprowadzić do szybkiego wyczerpania resursu konstrukcji.

Czytaj więcej

MON chce aby śmigłowce szkolno-bojowe dla wojska powstawały w Polsce

Trzeba też pamiętać, że nie każda godzina lotu obciąża płatowiec w takim samym stopniu. Spokojny patrol na stałej wysokości nie zużywa konstrukcji tak jak intensywny trening walki powietrznej, lot na małej wysokości lub manewry wykonywane przy wysokich przeciążeniach. Dlatego w ocenie stanu samolotów liczy się nie tylko liczba godzin, ale również charakter wykonywanych misji i rzeczywiste obciążenia konstrukcji.

Nie zmienia to faktu, że modernizacja nie wyzeruje dotychczasowego nalotu. Prace konstrukcyjne mają podnieść dopuszczalną żywotność płatowców z 8 tys. do 12 tys. godzin. Godziny już wylatane pozostaną jednak częścią historii eksploatacji każdego egzemplarza. Jeżeli przed modernizacją konkretny samolot zgromadził 4 tys. godzin nalotu (uwaga: to przykład abstrakcyjny), po przedłużeniu resursu będzie miał do dyspozycji 8 tys., a nie pełne 12 tys. godzin.

Problemem nie jest zatem perspektywa natychmiastowego wyczerpania resursu Jastrzębi. Problemem jest kumulacja kosztów, przeglądów i zużycia podzespołów oraz ograniczanie bieżącej dostępności floty. Samolot może mieć jeszcze duży zapas żywotności konstrukcyjnej, a jednocześnie pozostawać czasowo niezdolny do wykonania zadania z powodu obsługi, awarii albo oczekiwania na część zamienną.

Użycie lotnictwa bojowego to droga odpowiedź na zagrożenie ze strony dronów

Polska nadal musi odpowiadać najcenniejszym elementem swojego lotnictwa na zagrożenie, które powinno być wykrywane, śledzone, a w razie potrzeby zwalczane przede wszystkim przez tańszą i stale dyżurującą warstwę systemów naziemnych oraz bezzałogowych. We wrześniu 2025 r. do strącania tanich dronów użyto pocisków powietrze-powietrze wartych po kilkaset tysięcy dolarów. Cel bywał wart tysiąc razy mniej.

Rosyjski dron odrzutowy Gierań-5

Rosyjski dron odrzutowy Gierań-5

Foto: PAP

F-16 są potrzebne, ponieważ zapewniają mobilność, duży zasięg radarowego rozpoznania i możliwość szybkiego przechwycenia obiektu nad rozległym obszarem. Nie powinny jednak pozostawać podstawowym narzędziem odpowiedzi na każdy alarm związany z tanimi rosyjskimi dronami. Szczególnie że większość obecnych lotów ma charakter prewencyjny i kończy się bez konieczności użycia uzbrojenia.

Docelowa odpowiedź powinna obejmować znacznie gęstszą sieć radarów i sensorów pasywnych, systemy walki radioelektronicznej, artyleryjskie zestawy przeciwlotnicze, tanie pociski, drony przechwytujące oraz inne środki przeznaczone specjalnie do zwalczania bezzałogowców. Ich zadaniem byłoby nie tylko niszczenie celów, ale również odciążenie samolotów bojowych w wykrywaniu, identyfikowaniu i śledzeniu zagrożeń.

W powietrzu część mniej wymagających zadań mogłyby w przyszłości przejąć lekkie samoloty bojowe FA-50PL. Nie zastąpią one F-16 w każdej misji, ale mogą uzupełnić system tam, gdzie trudno wykorzystać środki naziemne, a wysyłanie pełnowartościowego myśliwca wielozadaniowego nie jest konieczne.

Argument ekonomiczny jest czytelny już na przykładzie używanych obecnie FA-50GF. Według danych MON godzina ich lotu kosztuje ponad 37 tys. zł, a więc dwukrotnie mniej niż w przypadku F-16. Nie można automatycznie przyjmować, że lot bardziej rozbudowanego FA-50PL będzie kosztował tyle samo, ale i tak samolot ten pozostanie konstrukcją lżejszą, tańszą i przeznaczoną między innymi do wykonywania zadań, dla których użycie F-16 byłoby nieproporcjonalnie kosztowne.

Niestety 36 docelowych FA-50PL nadal nie dotarło do Polski, a ich dostawy opóźniły się już o kilkanaście miesięcy. Pierwszy samolot ma zostać dostarczony dopiero w połowie 2027 r., a zakończenie dostaw przesunięto na początek 2029 r. Do tego czasu główny ciężar lotniczej odpowiedzi nadal będzie spoczywał na F-16 oraz maszynach wystawianych przez sojuszników.

Na koszt operacji lotniczych składa się jednak nie tylko godzina spędzona przez samolot w powietrzu. Dochodzą do tego utrzymywanie dyżuru bojowego, obsługa naziemna, dowodzenie, zabezpieczenie lotniska, wsparcie radarowe, zużycie części i uzbrojenia oraz szkolenie pilotów i personelu technicznego. Część tych wydatków wojsko ponosi niezależnie od tego, czy samolot danego dnia wystartuje, czy nie, ale częste alarmy zwiększają koszty zmienne i obciążenie całego systemu.

Samolot FA-50

Samolot FA-50

Foto: PAP

FA-50PL mogą więc odciążyć F-16 w części zadań, lecz nie rozwiązują podstawowego problemu ekonomicznego. Nadal mówimy o naddźwiękowym samolocie odrzutowym wysyłanym przeciwko zagrożeniu stwarzanemu przez relatywnie tanie bezzałogowce. 

Właściwa kolejność reakcji powinna być odwrotna do wartości wykorzystywanych środków. Najtańsze zagrożenia powinny być wykrywane, śledzone i zwalczane przez możliwie tanie systemy. Samoloty bojowe powinny wchodzić do działania wtedy, gdy zasięg, prędkość lub charakter celu albo niepewność sytuacji nie pozwalają skutecznie wykorzystać środków naziemnych.

Samolot F-35 nie rozwiąże wszystkich naszych problemów

Sytuację polskiego lotnictwa stopniowo poprawiają dostawy F-35A Husarz. Pierwsze trzy maszyny przyleciały do Łasku 22 maja, a 28 sierpnia dołączyło do nich kolejnych pięć. Polska ma więc obecnie osiem F-35 stacjonujących w kraju, a do końca roku ma ich tu być czternaście. Cały system nadal znajduje się jednak na etapie wdrażania, szkolenia załóg i budowania gotowości operacyjnej.

F-35 Lightning II

F-35 Lightning II

Foto: Infografika PAP

F-35 w przyszłości odciążą F-16 w niektórych zadaniach, zwiększą liczbę dostępnych samolotów oraz wniosą nieporównanie większe zdolności rozpoznawcze. Dzięki rozbudowanym sensorom i wymianie danych mogą działać nie tylko jako myśliwce, lecz również jako element rozpoznania i dowodzenia, przekazujący informacje innym uczestnikom systemu obrony (np. koordynując działania kilku FA-50PL). Włączenie ich do krajowego systemu dyżurów bojowych jest jednak planowane dopiero po certyfikacji załóg, przewidywanej na 2027 r. Pełną gotowość operacyjną pierwsza polska eskadra ma osiągnąć później.

Trzeba jednak pamiętać, że F-35 jest najnowocześniejszym i najbardziej wartościowym samolotem polskiego lotnictwa, przeznaczonym do przełamywania obrony powietrznej, zdobywania przewagi informacyjnej i wykonywania najbardziej wymagających zadań. Używanie go jako podstawowego środka reagowania na możliwość wtargnięcia taniego drona jeszcze bardziej pogłębiałoby asymetrię kosztów. Amerykańskie dane pokazują, że koszty eksploatacji F-35A są wyższe niż w przypadku F-16, mimo stopniowego obniżania niezbędnego poziomu wydatków na ich utrzymanie.

Rosja narzuca polskim podatnikom słony rachunek

Podsumowując, trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że Rosja nie musi naruszać polskiej przestrzeni każdej nocy. Wystarczy, że wcześniejszymi incydentami udowodniła, iż może to zrobić ponownie niemal w dowolnej chwili. Każdy kolejny atak na zachodnią Ukrainę stawia więc Polskę przed tym samym wyborem: zaryzykować zbyt późną reakcję albo prewencyjnie uruchomić kosztowny system obronny.

Czytaj więcej

Sondaż dla „Rzeczpospolitej”: Polacy odsuwają wojnę na Wschodzie od siebie

Rząd słusznie wybiera bezpieczeństwo i podrywa samoloty. To decyzja zrozumiała i konieczna. Nie zmienia to jednak faktu, że Rosja osiąga w ten sposób dodatkowy efekt swoich działań. Zużywa nasze paliwo, dostępne godziny lotu, podzespoły i czas personelu. Przyspiesza obsługi sprzętu, komplikuje szkolenie i utrzymuje część systemu obronnego w stałym napięciu, powodując jego „zmęczenie”. Jednocześnie sama nie musi ponosić żadnych dodatkowych kosztów ani prowadzić jakichkolwiek dodatkowych działań poza prowadzeniem ataków na Ukrainę.

Polska potrzebuje więc systemu, w którym tani rosyjski dron spotyka się z równie tanią odpowiedzią, a F-16 czy F-35 pozostaną środkami przeznaczonymi do zadań odpowiadających ich możliwościom i wartości.

Dziś tej „taniej” warstwy nadal brakuje. Choć wiele jej elementów już zakontraktowano (to też po stronie polskiej koszt wygenerowany przez rosyjskie zagrożenie), do pełnego zbudowania systemu jeszcze daleko. Dopóki nie powstanie, Rosja będzie mogła relatywnie tanio utrzymywać presję, a Polska za każdą noc niepewności będzie płaciła prawdziwymi pieniędzmi i realnym zużyciem ograniczonych zasobów.