To już niemal pewne, że rakieta, która spadła w pobliżu miejscowości Tarnawa-Kolonia, to rosyjski pocisk manewrujący Ch-101. Taką wersję jako najbardziej prawdopodobną przekazała prowadząca śledztwo Prokuratura Okręgowa w Lublinie. Jeśli tak jest, to co do właściciela rakiety nie powinno być żadnych wątpliwości. Taki pocisk mogli wystrzelić tylko Rosjanie. Pojawiające się w internecie teorie o ukraińskiej prowokacji można spokojnie włożyć między bajki jako kolejny przejaw antyukraińskiej histerii i powielania rosyjskich narracji. Łatwo to udowodnić.
Pocisk Ch-101
Fizykę całego zdarzenia bardzo celnie opisał już mój redakcyjny kolega, Radosław Ditrich, w szczegółowej analizie. Wiele ciekawych wątków przedstawił zaś Maciej Miłosz. Ja chciałbym wskazać na kilka dość oczywistych faktów, które absolutnie obalają wszelkie internetowe twierdzenia o ukraińskich prowokacjach.
Powód pierwszy. Zdobycie sprawnej rakiety Ch-101 przez Ukraińców jest prawie niemożliwe
Po pierwsze, zupełnie nieprawdopodobne jest, aby Ukraińcom udało się przejąć sprawny pocisk Ch-101. To prawda, Rosja odpala tych rakiet stosunkowo dużo w kierunku Ukrainy. Los takich pocisków jest jednak zawsze taki sam. Albo ulegają zniszczeniu, bo trafiają w cel, albo zostają zestrzelone przez ukraińską obronę przeciwlotniczą, która akurat w tym przypadku ma stosunkowo dużą skuteczność. Na początku maja ukraińskie MON informowało, że od początku 2026 roku ukraińska obrona powietrzna przechwyciła około 88 proc. pocisków manewrujących Ch-101, Ch-55 i Ch-555 wystrzelonych przez Rosję.
Czytaj więcej
Coraz więcej wiadomo na temat rakiet Ch-101, która w czwartek spadła na terytorium Polski; została zbudowana w drugim kwartale tego roku w fabryce...
Nawet jednak gdyby taka rakieta uległa awarii i rozbiła się na terenie Ukrainy bez zestrzelenia, to i tak przywrócenie jej zdolności bojowych byłoby praktycznie niemożliwe. Takie rakiety nie spadają na ziemię w tempie wolno opadającego balonu, ale uderzają w nią z ogromną prędkością. Niektóre źródła szacują, że nawet z prędkością około 700 km/h. Skutek jest taki, że jedyne, czym Ukraińcy dysponują, to szczątki takich pocisków. Ukraińcy rozbierają je na czynniki pierwsze na potrzeby identyfikacji elektroniki i śledzenia ścieżek obchodzenia sankcji przez Rosję. Jedna z rozebranych Ch-101 zawierała co najmniej 16 elementów elektroniki zachodniego pochodzenia, w większości komponenty cywilne. Ośrodek działający przy prezydencie Ukrainy szacował zaś, że pojedyncza rakieta może zawierać nawet ponad 50 różnych zagranicznych części. Ponadto Ukraińcy zabezpieczają szczątki rakiet jako materiał dowodowy w śledztwach o zbrodnie wojenne. Tak było m.in. po uderzeniu w szpital Ochmatdyt, gdzie identyfikacja opierała się na szczątkach silnika rakiety.
Zachodnie ośrodki analityczne twierdzą, że informacje o awaryjności rosyjskich rakiet są co najmniej mocno przesadzone i mogą być częściowo kolportowane przez środowiska nieprzychylne Ukrainie, po to, aby umniejszyć sukcesy jej obrony przeciwlotniczej.
Powód drugi. Ukraina nie ma samolotu, który udźwignie rosyjską rakietę
Po drugie, trzeba sobie zadać pytanie, w jaki sposób Ukraińcy mieliby taki pocisk odpalić. To nie jest rakieta bazowania lądowego, tylko pocisk powietrzny. Do tego dość duży i ciężki.
Ch-101 ma 7,45 metra długości i masę 2200–2400 kg. Od początku pocisk ten projektowano na potrzeby bombowców strategicznych: Tu-95MS/MSM z czterema wysięgnikami AKU-5M i możliwością przenoszenia ośmiu pocisków albo Tu-160/M z dwoma bębnami obrotowymi w wewnętrznych komorach bombowych. Niektóre źródła mówią także o tym, że w Ch-101 można uzbroić bombowce Tu-22M3/M3M.
Co prawda Ukraina odziedziczyła po ZSRR i Tu-95MS, i Tu-160, a nawet Tu-22M3, wraz z zapasem pocisków Ch-55 (to starszy poprzednik Ch-101). Nie zostało z tego jednak nic. Ani samoloty, ani rakiety. Bombowce rozebrano albo przekazano Rosji w ramach porozumień rozbrojeniowych. Rosji przekazano też rakiety przystosowane do przenoszenia ładunków jądrowych. Ostatniego ukraińskiego Tu-22M3 zezłomowano w 2006 roku, a ukraińskie lotnictwo dalekiego zasięgu rozformowano.
Czym zatem dysponuje Ukraina? Dzisiejsze samoloty bojowe to przede wszystkim Su-27, MiG-29, Su-24M oraz Su-25. Z tej grupy tylko Su-24M zostały zaadaptowane przez Zachód do przenoszenia pocisków Storm Shadow/SCALP EG, dzięki specjalnym adapterom i integracji z awioniką. Zachodnie pociski są jednak i mniejsze, i lżejsze od rosyjskich.
Pociski manewrujące
Samoloty Su-27 mogą przenosić na jednym węźle ciężar nie większy niż około 1,5 tony. Podobnie jest w przypadku Su-24M. Dlatego maszyna ta, po modyfikacjach, może odpalać Storm Shadow/SCALP EG, które ważą około 1,3 tony. I to jest praktycznie granica jej rzeczywistych możliwości ukraińskiego lotnictwa. Dla MiG-29 i Su-25 maksymalny ciężar na jednej belce to w praktyce około 700 kg.
Jeśli chodzi o samoloty zachodnie, czyli głównie F-16 w starszych wersjach, to maksymalny udźwig na najmocniejszych węzłach podwieszeń wynosi od 1,2 do 2 ton. Dla francuskich Mirage 2000-5 jest to maksymalnie 1,8 tony. W obydwu przypadkach nadal za mało na Ch-101.
Jest też inny problem, o którym mówi się rzadziej, a który jest nie do obejścia. Rosyjski pocisk jest znacznie dłuższy od rakiet zachodnich stosowanych do uzbrajania myśliwców F-16 czy Mirage 2000-5. Storm Shadow/SCALP EG ma 5,1 metra, Ch-101 – 7,45 metra. Przy prześwicie podwozia myśliwca to spora bariera. Nie da się jej pokonać wyłącznie wzmocnieniem węzła.
Czytaj więcej
Polski MSZ wezwał rosyjskiego ambasadora w związku z rakietą, która wczoraj spadła na polskie terytorium - poinformował w serwisie X premier Donald...
Ukraina nie ma dziś więc samolotu zdolnego do przenoszenia rakiet Ch-101. I to nawet abstrahując od tego, że rakieta ta wymaga specyficznych podwieszeń. Służące do tego rosyjskie AKU-5M i bębny 9A-829K3 to konstrukcje przeznaczone właśnie do tego. Aby użyć Ch-101, Ukraina musiałaby nimi dysponować. Albo dokonać technologicznego cudu, który jest poza zasięgiem nawet tak zdolnych improwizatorów jak Ukraińcy.
Technicznie możliwe byłoby oczywiście zbudowanie naziemnego lub morskiego systemu startowego dla Ch-101, ale wymagałoby to wieloletniego programu integracyjnego, co w warunkach wojny jest nierealne. Jest też pytanie: po co? Po to, by dokonać jednej prowokacji? To argument zupełnie pozbawiony logiki. Nigdzie zresztą takich prób nie odnotowano.
Powód trzeci. Integrowanie rakiet z nowym samolotem nie jest łatwe
Nawet jednak, gdyby Ukraina miała sprawną rakietę i samolot o odpowiednim udźwigu (na belkach, a nie udźwigu całkowitym), potrzebny byłby jeszcze jeden element. Zintegrowanie pocisku z samolotem.
A to nie jest takie proste, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze po zakupie od Koreańczyków samolotów FA-50. Szybko przecież okazało się, że zasób środków bojowych, które maszyny te mogą przenosić, jest stosunkowo mały, a integracja z nowymi typami uzbrojenia wymaga wiele czasu. I to przy pełnym dostępie do dokumentacji producentów, ich współpracy oraz spełnianiu zachodnich standardów.
Czytaj więcej
Decyzja Francji o przekazaniu Ukrainie licencji na produkcję pocisków przeciwlotniczych Aster, rakiet manewrujących SCALP oraz bomb szybujących AAS...
Z Ch-101 problem byłby znacznie, znacznie większy. Rosyjska rakieta wymaga wgrania profilu misji i cyfrowych map trasy do systemu porównania terenu – to w końcu pocisk manewrujący – oraz połączenia z odbiornikiem GLONASS. Ten ostatni to rosyjski satelitarny system nawigacji globalnej, utrzymywany przez Siły Kosmiczne Federacji Rosyjskiej.
Pocisk dostosowany jest też do współpracy z rosyjską awioniką samolotu i ma wbudowane rosyjskie łącza transmisji danych. Próba podłączenia Ch-101 do elektroniki maszyn takich jak F-16 przypominałaby próbę włożenia pendrive'a do stacji dyskietek.
Tym, którzy będą zaraz twierdzić, że przecież Ukrainie udało się zintegrować zachodnie uzbrojenie ze starymi, poradzieckimi samolotami, przypominam, że Ukraińcy nie zrobili tego samodzielnie. Stało się tak wyłącznie dzięki dostępowi do dokumentacji uzbrojenia i pomocy zachodnich inżynierów, którzy pomogli złożyć te elementy w całość, która jakoś działa, ale która nie jest w stu procentach kompatybilna.
Dobrym punktem odniesienia jest tu adaptacja Su-24M do odpalania pocisków Storm Shadow. Wymagała ona specjalnych adapterów, integracji z awioniką i miesięcy pracy. I to, co raz jeszcze należy podkreślić, przy dostępie do pełnej dokumentacji producenta i jego aktywnym wsparciu oraz udziale zachodnich inżynierów. W przypadku Ch-101 trudno to sobie wyobrazić, nawet gdyby Ukraińcom udało się taką dokumentację wykraść. Nie rozwiązuje to bowiem problemu braku odpowiednich belek, masy ani długości rakiety.
Powód czwarty. Logika polityczna wyklucza prowokację Ukrainy
Poza kwestiami technicznymi przeciwko teoriom spiskowym przemawia także logika obecnej sytuacji politycznej w relacjach polsko-ukraińskich. Jaki miałby bowiem być cel tej prowokacji?
Ukraina dobrze wie, że o żadnym wciągnięciu takim incydentem Polski lub NATO do wojny po jej stronie nie może być mowy. Dostała na to liczne dowody już po wcześniejszych incydentach dronowych. Nie tylko tych, których ofiarą stała się Polska. Reakcja za każdym razem była taka sama: podniesienie gotowości, konsultacje, oświadczenia. I na tym koniec.
Po drugie, akurat w relacjach z Polską Ukraina ma dziś znacznie więcej do stracenia niż do zyskania. Przez polskie terytorium przechodzi zasadnicza część zachodniej pomocy wojskowej, w czym kluczową rolę odgrywa węzeł w Jasionce. Ukraina potrzebuje też od Polski i Zachodu kolejnych dostaw amunicji przeciwlotniczej. Kwestia potencjalnej produkcji rakiet do Patriotów może zaś zmusić oba kraje do konstruktywnej współpracy ponad sporami politycznymi i historycznymi.
Czytaj więcej
Prezydent USA Donald Trump powiedział w piątek, że nie zgodził się na produkcję Patriotów przez Ukrainę. Dodał, że są prowadzone w tej sprawie rozm...
Prowokacja wymierzona w kraj, który jest korytarzem zaopatrzeniowym, byłaby działaniem samobójczym. I to w momencie, gdy sympatia polskiej opinii publicznej wobec Ukrainy i jej obywateli – po niezbyt rozsądnych posunięciach ukraińskich polityków – i tak, delikatnie mówiąc, wyraźnie osłabła.
Po trzecie, trzeba by założyć, że Kijów podejmuje ogromne ryzyko dla bliżej nieokreślonych korzyści. Wykrycie takiej operacji oznaczałoby katastrofę wizerunkową i polityczną, przekreślającą cztery lata budowania pozycji państwa napadniętego. W zamian za co? Co miałaby na tym Ukraina zyskać? Bo jak łatwo wizerunkowo stracić na drażnieniu Polaków, Ukraińcy przekonali się już po sporze o UPA.
Podobną lekcję Ukraińcy odebrali zresztą po wydarzeniach, które miały miejsce w Przewodowie. W listopadzie 2022 roku zginęło tam dwóch polskich obywateli, a polskie ustalenia wskazały, że przyczyną był najprawdopodobniej zbłąkany ukraiński pocisk przeciwlotniczy. Próby zaprzeczania przyniosły wtedy skutek odwrotny od zamierzonego. Trudno zakładać, że w Kijowie nie wyciągnięto z tego wniosków. Świadczy o tym choćby to, jak szybko Ukraińcy dzielą się dziś informacjami o celach, które, choć wymierzone w Ukrainę, mogłyby zagrozić także Polsce.