W trzecim kwartale 2026 r. ma być przyjęta Strategia Rozwoju Przemysłu Obronnego na lata 2026–2030 – wynika z projektu uchwały Rady Ministrów. Czego najbardziej brakuje polskiemu przemysłowi obronnemu? Problemem są zbyt małe moce produkcyjne, brak nowoczesnych technologii, luka kadrowa, czy może uzależnienie od zagranicznych łańcuchów dostaw?

Brakuje wszystkiego, o czym pan wspomniał, i nie jest to dla nikogo w branży tajemnicą. Jednak gdybym miał zidentyfikować jeden kluczowy deficyt z perspektywy makro, wskazałbym właśnie na brak spójnej strategii. Z tego bezpośrednio wynikają wszystkie pozostałe luki. Gdybyśmy dokładnie wiedzieli, do czego dążymy, łatwiej byłoby określić priorytety. Jeśli potrzebujemy większych mocy produkcyjnych, to musimy zadbać o rozwój kadr i automatyzację. To wszystko jest pochodną wizji tego, jaki przemysł chcielibyśmy budować. Naszym najpoważniejszym problemem pozostaje to, że przez ostatnie 30 lat strategii z prawdziwego zdarzenia po prostu nie mieliśmy.

Ekspert: Polska bez kompleksowej strategii bezpieczeństwa narodowego

Sugeruje pan, że państwo do dziś nie wie, jakiego przemysłu obronnego oczekuje?

Myślę, że nie wie. Funkcjonują bardzo różne, często sprzeczne wizje. Problem jest jednak o wiele szerszy, ponieważ brakuje dobrze zweryfikowanej, długofalowej strategii dla całego państwa. Mamy wprawdzie strategie bezpieczeństwa narodowego, ale są one wycinkowe i na ogół ulegają gruntownej zmianie wraz z każdą nową ekipą rządzącą. Polityka wobec przemysłu to tego pochodna. Spójrzmy choćby na restrukturyzację zbrojeniówki – mieliśmy co najmniej kilka jej koncepcji, zanim doszliśmy do obecnego układu.

Czytaj więcej

Czy polska nauka skorzysta na potężnych wydatkach obronnych

Czyli nadal nie odpowiedzieliśmy sobie na podstawowe pytania?

Wciąż nie wiemy, czego chcemy: czy aby polski przemysł zbrojeniowy był w dominującej mierze państwowy, czy może zależy nam na dopuszczeniu podmiotów prywatnych i wzmacnianiu ich komponentu? Czy zagraniczne koncerny funkcjonujące w Polsce uznajemy za część potencjału krajowego i ułatwiamy im rozwój? Brakuje nam podstawowej wizji, jak ten przemysł powinien funkcjonować w perspektywie kilkudziesięciu lat.

Mam nadzieję, że zapowiadana Strategia Rozwoju Przemysłu Obronnego będzie rzetelną próbą odpowiedzi. Ale żeby to zadziałało, wymagałoby wypracowania ponadpolitycznego konsensusu ze wszystkimi stronami sceny. Dialog niby się toczy, ale trzeci kwartał 2026 r. to już okres bezpośrednio przedwyborczy. Wątpię, aby wtedy ktokolwiek podjął się poważnej i często bolesnej implementacji takich założeń. Koncepcja jest słuszna, ale do szans jej wprowadzenia w tym terminie podchodzę z ostrożnym optymizmem.

Czy państwo musi być właścicielem firm zbrojeniowych?

Co jest bardziej użyteczne z perspektywy zbrojeniówki – „idealny” plan na czteroletnią kadencję rządu czy plan gorszy, ale oparty na konsensusie i realizowany konsekwentnie przez kilkanaście lat?

Zdecydowanie to drugie. Przemysł z definicji opiera się na planach długofalowych i stałości. To nie jest założenie i prowadzenie zwykłego sklepu. Postawienie nowoczesnej linii produkcyjnej trwa lata, a zwrot z takiej inwestycji następuje po kilkunastu, a czasem kilkudziesięciu latach. Jeśli myślimy o opracowaniu własnych technologii, to same procesy badawczo-rozwojowe (B+R) zajmują często dekadę. Należy planować politykę bezpieczeństwa i kształt Sił Zbrojnych na 30 lat do przodu, określając jednocześnie, w co musimy inwestować już dziś, by za dekadę lub dwie dysponować odpowiednim sprzętem. W tej gałęzi gospodarki nie można co cztery lata zaczynać wszystkiego od nowa.

Jaką rolę powinno zatem pełnić państwo w przemyśle obronnym?

Zastanawiam się w ogóle, czy państwo musi być tu główną siłą sprawczą – to teza, którą warto poddać dyskusji. Najpierw musimy odpowiedzieć, czy państwowa własność w zbrojeniówce jest mechanizmem niezbędnym do sukcesu. W większości rozwiniętych państw Zachodu przemysł zbrojeniowy jest w przeważającej mierze prywatny. Tak to działa w Stanach Zjednoczonych, we Francji czy w Wielkiej Brytanii, a przecież to one produkują dziś najlepszy sprzęt na świecie.

Należy postawić pytanie, czy państwo polskie nie powinno występować raczej w roli zręcznego koordynatora, ustawodawcy i strategicznego klienta, a nie właściciela fabryk. Najważniejsze, aby rząd wiedział precyzyjnie, czego oczekuje od uzbrojenia, i potrafił tę wiedzę przekazać przemysłowi w odpowiednim czasie.

Komunikacja na osi rząd – przemysł kuleje?

To żadna tajemnica. Nasze plany w zakresie modernizacji Sił Zbrojnych są wyjątkowo płynne, co chwilę zmieniają się koncepcje. Niespodziewanie zapadają decyzje, że w trybie pilnej potrzeby operacyjnej kupujemy taki, a nie inny sprzęt. Firmy obronne są o tym informowane na szarym końcu, co rodzi ogromne wyzwania. Znakomitym przykładem jest Huta Stalowa Wola. Zakład na własne ryzyko uruchomił wcześniej produkcję bojowych wozów piechoty. Dzięki temu pierwsze wozy już służą w 15. Brygadzie Zmechanizowanej.

Nie może być tak, że zarząd jest zobligowany do gigantycznego ryzyka – musi pozyskać setki wykwalifikowanych pracowników, zamówić części zamienne i rozbudować linie z wielomiesięcznym wyprzedzeniem – często zanim formalnie zapadnie ostateczna decyzja polityczna.

Jeśli rozwój polskiej zbrojeniówki nagle nabierze tempa, co okaże się naszym wąskim gardłem? Zablokuje nas luka kadrowa, bariery technologiczne czy niewystarczające moce produkcyjne?

Wszystko naraz. Powtórzę – kluczowa jest wizja. Dopiero wiedząc, gdzie chcemy dotrzeć za 10 lat, możemy prawidłowo zdiagnozować i przygotować zasoby. Jeśli postanowimy radykalnie zwiększyć moce produkcyjne, niemal natychmiast uderzy w nas brak kadr, wymagający interwencji uczelni wyższych i szkół technicznych. Jeśli priorytetem staną się przełomowe polskie technologie, okaże się, że najpierw musimy wybudować laboratoria i wykształcić naukowców. Z kolei ambitne plany eksportowe wymagać będą mocnego włączenia machiny dyplomatycznej i wsparcia polskiego państwa na światowych rynkach i targach zbrojeniowych.

Czytaj więcej

USA stawiają mocniej na drony morskie. Pentagon ma do wydania 100 mln dolarów

Czy moglibyśmy produkować wszystko sami, na miejscu?

Absolutnie nie i nie ma w tym grama sensu. Gdybyśmy zechcieli z dnia na dzień stać się największym producentem np. okrętów wojennych, musielibyśmy wylewać beton pod stocznie i masowo sprowadzać ludzi. Tymczasem w Europie istnieje już kilku zaawansowanych i świetnie prosperujących graczy w tej dziedzinie i rywalizacja z nimi byłaby bardzo trudna. Naszym celem powinno być znalezienie własnych nisz – identyfikacja mocnych stron polskiej zbrojeniówki. Zadaniem Strategii Rozwoju Przemysłu Obronnego powinno być intelektualne opracowanie tych priorytetów. Należy wskazać, w jakich domenach polski potencjał jest obiecujący, jak możemy jeszcze urosnąć oraz zaspokoić własne zapotrzebowanie.

W produkcji jakiej broni mogłaby się specjalizować Polska?

Skoro mowa o potencjale – dlaczego przez lata lwią część środków i zamówień polskiego MON transferowano do wielkich graczy z zagranicy? Polska nie była w stanie wyprodukować odpowiedniego uzbrojenia, czy uznano to za nieopłacalne?

Prawda jest złożona. Po pierwsze, nie łudźmy się – nie wszystko będziemy produkować. W pełni racjonalne jest to, że nie próbujemy tworzyć polskiego myśliwca piątej generacji od zera. Dzisiaj nawet USA zbudowały wokół F-35 międzynarodowe konsorcjum partnerów technologicznych. Jednego państwa dziś nie stać na sfinansowanie wszystkich gałęzi. Z drugiej jednak strony mieliśmy i wciąż mamy doskonałe kompetencje w konkretnych dziedzinach.

O zaniedbania na przestrzeni dekad należałoby zapytać byłych decydentów w Ministerstwie Obrony Narodowej. Polski sektor zbrojeniowy był długotrwale niedoinwestowany. Pieniędzy nie było dużo, a te, które się pojawiały, nie zawsze wydatkowano mądrze. Po zimnej wojnie redukowaliśmy stan armii, przez co upadały zakłady. Niskie nakłady na badania sprawiły, że nasze rozwiązania przestawały być nowoczesne i jedynym ratunkiem okazywały się zakupy zagranicznych licencji lub sprzętu „z półki”.

A jak pan ocenia środki, które MON inwestuje obecnie w badania i rozwój? Czy możemy omijać ten proces, kupując patenty? Czy bez własnego zaplecza naukowego utkniemy w miejscu?

Finansowanie B+R to wręcz podręcznikowe zadanie państwa. O ile z samego zarządzania zakładami produkcyjnymi rząd mógłby się wycofać, o tyle sektor prywatny nie udźwignie miliardowego ryzyka badań nad sprzętem wojskowym na wczesnym etapie. Opracowanie jednej innowacyjnej technologii potrafi kosztować ogromne pieniądze i zazwyczaj wiąże się ze znacznym ryzykiem porażki. Dlatego dobrze, że państwowe nakłady na ten cel wreszcie się pojawiły. Tyle że nadal jest to kropla w morzu potrzeb. Wystarczy spojrzeć na Koreę Południową, która na innowacyjność przeznacza naprawdę solidne środki, co błyskawicznie wywindowało ich zbrojeniówkę do światowej pierwszej ligi.

Czytaj więcej

Pentagon bierze na celownik humanoidy. Stawka jest ogromna

Nawet gdybyśmy dziś odkręcili kurek z gigantycznymi pieniędzmi, polska nauka mogłaby mieć kłopot z ich sensownym wykorzystaniem. Od lat brakuje nam silnego zaplecza instytutów i elitarnych naukowców na etatach w zbrojeniówce. Żeby te wydatki zaprocentowały, musimy znów cofnąć się do podstaw, czyli gruntownej strategii szkolnictwa technicznego.

W jakich obszarach – od dronów, przez cyberbezpieczeństwo, amunicję, aż po radary – Polska ma szansę stać się potentatem technologicznym, a gdzie jesteśmy skazani na bycie naśladowcami?

Te niszowe kompetencje są dość jasno zarysowane. Z racji uwarunkowań zimnowojennych Polska zawsze miała silną tradycję w tworzeniu sprzętu lądowego. Przetrwało to do dziś: budujemy w HSW znakomite haubice Krab, wprowadzamy do uzbrojenia wysoce perspektywiczny bojowy wóz piechoty Borsuk. Mamy też doskonały ośrodek techniki radiolokacyjnej. Należący do PGZ PIT-RADWAR wytwarza świetne radary, w tym zaawansowane systemy pasywne.

Radary, czyli mądrym ruchem byłby nacisk na własną obronę przeciwlotniczą?

Tak, obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa jest kluczowa, co pokazują lekcje z Ukrainy. To bardzo dobry kierunek, że systemy krótkiego zasięgu, czyli Narew, polski przemysł w dużej mierze integruje własnymi siłami, jedynie w oparciu o transfer brytyjskich efektorów (pocisków przechwytujących).

Mamy spółkę Mesko w Skarżysku-Kamiennej, która na produkcji zestawów MANPADS zjadła zęby – ich Pioruny mają światową renomę. Naturalnym i logicznym krokiem jest ewolucja tych kompetencji w kierunku budowy własnego, cięższego rakietowego systemu przeciwlotniczego krótkiego zasięgu. Takie przyczółki polskiej myśli technicznej musimy wspierać stabilnym budżetem, by za dekadę cieszyć się gotowymi, polskimi produktami.

Jakie twarde, mierzalne wskaźniki powinna narzucić Strategia Rozwoju Przemysłu Obronnego, żebyśmy za rok nie obudzili się z kolejną papierową, nic nieznaczącą deklaracją?

Wskaźnikiem bezlitosnym, a zarazem najbardziej sprawiedliwym jest udział w światowym eksporcie. Wolumen tego, ile sprzętu udaje nam się sprzedać innym suwerennym rządom, to doskonały barometr innowacyjności. Jeśli wygrywasz globalne przetargi i kontraktujesz dostawy dla sił zbrojnych wymagających państw, jest to ostateczny dowód na to, że twój produkt jest zaawansowany i kosztowo atrakcyjny.

Drugim fundamentem przyszłościowej przewagi jest szeroko rozumiana automatyzacja i mechanizacja fabryk. W obliczu globalnych problemów demograficznych przewagę wypracują te kraje, które dzięki robotyzacji będą w stanie przy minimalnym zaangażowaniu personelu wytwarzać na masową skalę niezbędne zasoby dla wojska.

Tomasz Smura z Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.

Tomasz Smura z Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.

Foto: materiały prasowe

O rozmówcy

Tomasz Smura jest członkiem zarządu oraz dyrektorem w Programie Bezpieczeństwo i Obronność w Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego