Pierwszym dronem-bohaterem wojny obronnej Ukrainy przeciw Rosji był turecki Bayraktar TB2 – duży (jego rozpiętość skrzydeł to 12 metrów) bezzałogowy statek rozpoznawczo-bojowy, który okazał się bardzo skuteczną bronią przeciwko rosyjskim kolumnom pancernym w tej fazie wojny, w której Rosjanie liczyli, że rozstrzygną ją jednym, potężnym uderzeniem z użyciem ciężkiego sprzętu.
Bayraktar bohaterem pieśni
Bayraktary spisywały się tak dobrze, że Ukraińcy ułożyli piosenkę na ich cześć, a na Litwie czy w Polsce uruchomiono cieszące się dużym zainteresowaniem oddolne zbiórki, których celem było gromadzenie środków na zakup kolejnych maszyn tego typu dla ukraińskiej armii (w Polsce taką zbiórkę zorganizował Sławomir Sierakowski).
W rzeczywistości jednak Bayraktary nie mają wiele wspólnego z rewolucją dronową, której świadkami byliśmy w kolejnych latach wojny Rosji z Ukrainą. Były raczej nieco tańszym substytutem śmigłowców czy myśliwców – i w środowisku bardziej nasyconym środkami obrony przeciwlotniczej traciły wiele ze swojej skuteczności. Na dodatek to maszyny wolne i stosunkowo drogie (koszt jednej to kilka milionów dolarów), dlatego w dalszej fazie wojny, która zmieniła się w wojnę na wyniszczenie i wyczerpanie zapasów walczących stron, zeszły na drugi plan.
Jak drony odmieniły pole walki
Gdy minęło pięć minut Bayraktarów, na scenę weszły drony FPV i drony-kamikadze. I te rzeczywiście odmieniły pole walki. Małe drony FPV, będące de facto dronami cywilnymi, zaczęły być wykorzystywane – najpierw przez Rosjan, a potem Ukraińców – jako coś w rodzaju „granatów dalekiego zasięgu”, a więc środek, za pomocą którego można było z bezpiecznej odległości precyzyjnie razić pojawiającego się na otwartej przestrzeni wroga. Wyszkoleni operatorzy dronów FPV, po „podwieszeniu” pod taki dron granatu lub pocisku moździerzowego, byli w stanie praktycznie sparaliżować możliwości manewru drugiej strony w pasie szerokim na wiele kilometrów.
Dziś takie zdominowane przez drony tereny frontowe i przyfrontowe określa się mianem „pasów śmierci”. Strefy takie występują przede wszystkim w Donbasie i są jednym z powodów, dla których z pola walki zniknął ciężki sprzęt (drony są w stanie błyskawicznie go wytropić i zniszczyć samodzielnie lub wskazać jako cel ataku np. artylerii), a rosyjskie ataki przeprowadzane są często w niewielkich grupach, liczących po kilku żołnierzy. Według dowódcy ukraińskich Sił Systemów Bezzałogowych Roberta Browdiego „Madziara” wojska dronowe stanowią zaledwie 2,5 proc. całości ukraińskich sił zbrojnych, ale odpowiadają za ponad jedną trzecią rosyjskich strat.
Drony przeznaczone do ataków w „strefie śmierci” są przy tym cały czas modyfikowane. Gdy pole walki zostało nasycone środkami walki radioelektronicznej, pojawiły się drony światłowodowe, które dzięki cienkiemu kablowi, długiemu nawet na kilkadziesiąt kilometrów, pozostają cały czas pod kontrolą operatora. W ostatnim czasie pojawiają się też drony, które dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji w końcowej fazie ataku są całkowicie autonomiczne, w związku z czym nie sposób zakłócić ich działania z ziemi.
Z kolei drony-kamikadze – najpierw pozyskane z Iranu przez Rosję Shahedy, potem ich rosyjskie odpowiedniki Geranie oraz ukraińskie drony dalekiego zasięgu – stały się ważnym elementem wojny na wyczerpanie zasobów drugiej strony, co bardzo wyraźnie widać w ostatnich miesiącach. Znacznie tańsze od pocisków manewrujących i balistycznych (Shaheda można pozyskać za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, podczas gdy np. pocisk manewrujący Ch-101 to koszt rzędu 10 mln dolarów), mogą być wykorzystywane do zmasowanych ataków, w czasie których wiążą obronę powietrzną przeciwnika i robią „miejsce” dla przenoszących większe ładunki rakiet – tak np. Rosjanie często atakują Kijów. Można ich też używać do ataku na obiekty strategiczne na głębokim zapleczu frontu, których na terytorium państwa tak dużego jak Rosja nie sposób nasycić środkami obrony przeciwlotniczej, zwłaszcza gdy te potrzebne są na froncie. Stąd sukcesy ukraińskich ataków na rosyjskie rafinerie czy centra logistyczne.
Być może najbardziej rewolucyjną zmianą, jaką wprowadziło masowe wykorzystanie dronów, jest uzyskanie – dzięki połączeniu ich z systemami zarządzania polem walki, wspieranymi często przez sztuczną inteligencję – przekazywanej w zasadzie w czasie rzeczywistym wiedzy o tym, co dzieje się na froncie, i to nie tylko na poziomie strategicznym, ale też taktycznym. Tysiące małych dronów latających nad frontem to tysiące „oczu”, które nieustannie ślą na stanowiska dowodzenia sygnały o tym, co widzą. Ten, kto potrafi tym strumieniem danych zarządzać, uzyskuje przewagę nad przeciwnikiem, a przede wszystkim odbiera mu atut, jakim jest zaskoczenie. Jak bowiem zaskoczyć kogoś, kto obserwuje każdy najmniejszy ruch przez 24 godziny na dobę?
Wojsko Polskie od dawna wykorzystuje drony do misji rozpoznawczych. Wśród nich polski dron FlyEye. grupa wb
MON stawia na drony
Nic dziwnego, że w Polsce – kraju frontowym, który od początku wojny pełni rolę bezpośredniego zaplecza logistycznego ukraińskiej armii – rosnące znaczenie dronów nie mogło ujść uwadze wojska i resortu obrony narodowej. Rok 2026 zapowiada się jako pierwszy rok forsownej dronizacji. Wiceszef MON Cezary Tomczyk kilkakrotnie wyliczał już, że o ile w 2023 roku Polska wydała na systemy dronowe 100 mln zł, o tyle w 2026 roku będzie to aż 25 mld zł – przy czym kwota ta obejmuje zarówno systemy dronowe, jak i antydronowe. Rząd podkreśla, że to dzięki instrumentowi SAFE po raz pierwszy przeznaczy na drony miliardy złotych.
Z punktu widzenia polskich producentów istotne jest to, że MON chce te pieniądze w miarę możliwości kierować w pierwszej kolejności do krajowych dostawców. – Jeżeli (…) będziemy kupowali różnego rodzaju technologie przełomowe i najnowocześniejsze systemy rakietowe, to zawsze, gdy będzie istniał polski odpowiednik, polska kooperacja albo polska firma posiadająca takie zdolności, będziemy kierowali się polskim interesem i starali się wybierać polską firmę – deklarował Tomczyk podczas konferencji INSECON w Poznaniu.
Atutem polskich firm jako dostawców dronów dla sił zbrojnych jest również to, że dziś dominującym dostawcą bezzałogowców na światowe rynki – zwłaszcza w segmencie mniejszych maszyn – są Chiny. Tymczasem ze względów bezpieczeństwa państwa Sojuszu preferują systemy oparte na technologiach krajów członkowskich, odporne np. na zakłócenia łańcuchów dostaw. Gwałtowny wzrost liczby dronów na polu walki sprawił więc, że w przemyśle zbrojeniowym pojawił się ogromny kawałek tortu, po który warto sięgnąć.
Co ciekawe, Polska już dziś jest liderem eksportu dronów w Unii Europejskiej, choć w dużej mierze zawdzięczamy to temu, że – jak zostało wspomniane – jesteśmy hubem logistycznym i reeksportujemy na Ukrainę dużą liczbę dronów, które wcale nie są produkowane w Polsce. Ponadto część swojej produkcji przenieśli do nas ze względów bezpieczeństwa Ukraińcy, którzy składają drony w naszym kraju, a następnie wysyłają je do walczącej z Rosją ojczyzny – w statystykach to również jest eksport. Nawet jednak przy tych zastrzeżeniach skala wzrostu robi wrażenie: na początku 2022 roku wartość polskiego eksportu dronów wynosiła 100 tys. euro miesięcznie, a w lutym tego roku było to już 100 mln euro miesięcznie (wyliczenia za „Pulsem Biznesu”). Wiele wskazuje na to, że w 2026 roku wartość eksportu dronów z Polski przekroczy miliard dolarów.
Małe drony FPV stały się w czasie wojny w Ukrainie podstawowym środkiem walki dla obydwu stron konfliktu.
Perła w koronie na rynku dronów
Co ważne, polskie firmy nie były biernymi obserwatorami dronowej rewolucji, lecz aktywnie w niej uczestniczyły. Dzięki temu mamy w kraju jednego z czołowych producentów dronów wojskowych – WB Electronics. O tym, że to europejska czołówka, świadczy decyzja Komisji Europejskiej: powołując EU-Ukraine Drone Alliance, platformę mającą połączyć potencjał przemysłowy sojuszników Ukrainy z jej doświadczeniami bojowymi, Bruksela zaprosiła do niej dziewięć firm z Unii Europejskiej, a wśród nich polską spółkę. Nic dziwnego – produkty WB Electronics od 2014 roku sprawdzają się w walkach, jakie Ukraińcy prowadzą z Rosjanami.
Dwa flagowe produkty firmy to dron rozpoznawczy FlyEye i dron Warmate, który może pełnić funkcję drona-kamikadze (amunicji krążącej), ale bywa też wykorzystywany do rozpoznania.
FlyEye, który do Sił Zbrojnych RP zaczął trafiać w 2010 roku, to co do zasady dron rozpoznawczy, zdolny jednak również np. do transportowania niewielkich ładunków. Został od A do Z zaprojektowany w Polsce i w całości jest w Polsce produkowany. Dzięki temu, a także dzięki modułowej budowie, może być łatwo modernizowany. Jest to o tyle ważne, że – jak pokazała wojna na Ukrainie – współczesna wojna dronowa jest dynamicznym starciem między dronami a środkami do ich zwalczania, a bezzałogowce trzeba modyfikować dosłownie z tygodnia na tydzień, by nadążały za zmieniającymi się realiami pola walki.
Atutem FlyEye jest to, że do startu można go przygotować w ok. 10 minut i tyle samo zajmuje jego złożenie po lądowaniu. Nie potrzeba przy tym żadnej platformy – dron startuje „z ręki” operatora. Co więcej, w czasie misji może poruszać się autonomicznie, zgodnie z wyznaczonym planem, np. w trybie krążenia nad określoną pozycją, co jest ważne w środowisku, w którym ze względu na duże nasycenie środkami walki radioelektronicznej może dojść do zerwania kontaktu drona z operatorem. FlyEye może też lądować w dowolnym terenie, w tym w miejscu wskazanym wcześniej.
Jest bezcennym „sojusznikiem” artylerzystów, którym wskazuje cele, oraz źródłem informacji o sytuacji na polu walki. Na dodatek nie jest to dron cywilny adaptowany do działań wojskowych – FlyEye jest kompatybilny z systemem zarządzania walką Topaz, innym produktem WB Electronics, a także z pozostałymi systemami oferowanymi wojsku przez Grupę WB. Ukraińcy używają tych dronów od 2015 roku i bardzo je sobie chwalą.
Z kolei Warmate to dron przeznaczony do atakowania celów na krótkim i średnim dystansie (zasięg to ok. 40 km), który sama Grupa WB reklamuje jako alternatywę dla pocisków Spike. W odróżnieniu od nich jest w stanie razić cele w większym promieniu. Warmate może być też wykorzystywany do obserwacji – wówczas jest dronem wielokrotnego użytku. Ukraińcy korzystają z niego od 2017 roku, a MON zamówił niedawno w WB Electronics 10 tys. dronów tego typu.
WB Electronics jest też dostawcą systemu rozpoznawczo-uderzeniowego Gladius, czyli platformy współdziałania różnego rodzaju bezzałogowych statków powietrznych – np. dronów rozpoznawczych FT-5 i amunicji krążącej Warmate. W ramach systemu drony startują z wozów wyposażonych w specjalną wyrzutnię: maszyny rozpoznawcze namierzają cel, a Warmate go niszczą.
Już po wybuchu wojny Rosji z Ukrainą WB Electronics uruchomiła fabrykę dronów na Ukrainie, co pomaga przedstawicielom spółki obserwować z bliska, jak zmienia się wykorzystanie bezzałogowców w warunkach bojowych. O tym, że jej produkty przeszły „próbę ognia”, niech świadczy fakt, że – jak mówił w 2025 roku Marcin Kubica, dyrektor zarządzający Grupy WB – liczba produkowanych przez firmę dronów wzrosła po wybuchu wojny o kilka tysięcy procent. Firma nie ogranicza się zresztą do bezzałogowców powietrznych – ma w ofercie również dron morski Stormrider.
WB Electronics Warmate 1 to obecnie najpopularniejszy dron uderzeniowy wykorzystywany przez wojsko
Polska ma swojego Shaheda
Ale na WB Electronics polska oferta na rynku dronów się nie kończy. Na uwagę zasługuje też warszawska spółka FlyFocus, która początkowo koncentrowała się na produkcji dronów cywilnych, ale z czasem zaczęła kierować się ku technologiom podwójnego zastosowania. FlyFocus to producent dronów obserwacyjnych Polaris, z których korzysta ukraińska Straż Graniczna, objętego amerykańskim patentem drona światłowodowego CableGuard (który ma możliwość przejścia w lot autonomiczny po odcięciu kabla) oraz dronów uderzeniowych dalekiego zasięgu Striker, mogących przenieść ładunek o masie do 40 kg na odległość do 1000 km. Spółka produkuje również mniejsze drony FPV.
Z ciekawą ofertą próbuje wejść na rynek firma THK, która rozwija turboodrzutowe drony MTJD, przeznaczone zarówno do celów rozpoznawczych, jak i uderzeniowych. W ten sposób szuka dla siebie miejsca na rosnącym rynku dronów dalekiego zasięgu. MTJD ma być docelowo dostępny w trzech wariantach – MTJD 15, MTJD 70 i MTJD 100 (liczba w nazwie odnosi się do maksymalnej masy przenoszonego ładunku) – a największy z nich ma według deklaracji producenta osiągać prędkość nawet 2,3 Macha, czyli ponad dwukrotnie większą niż prędkość dźwięku. Na razie próbny lot odbył tylko najmniejszy z dronów, MTJD 15, który ma osiągać prędkość ponad 600 km/h i oferować zasięg do 1000 km przy maksymalnym pułapie 13 tys. metrów. Co ważne, producent podkreśla, że drony MTJD powstają niemal w całości w oparciu o krajowe kompetencje.
Z kolei w wyniku współpracy polskiej MBF Group i tureckiej Shark Aviation Dynamics powstaje Iryda+X1, który ma być dronem przechwytującym. Jest już po pierwszych próbach poligonowych i ma być odpowiedzią na potrzebę znalezienia środków zwalczania dronów tańszych niż klasyczne zestawy przeciwlotnicze, uzbrajane w rakiety wielokrotnie droższe od samych bezzałogowców. Tymczasem Iryda+X1 ma kosztować ok. 20 tys. dolarów, poruszać się z prędkością pościgową sięgającą 300 km/h, a drony niszczyć za pomocą podczepionego karabinka kal. 7,62 mm.
Polska doczekała się też swojego Shaheda – i to w ciekawej formule. Na rynek dronów weszła ze swoimi możliwościami produkcyjnymi Grupa Boryszew, działająca dotąd w produkcji komponentów dla motoryzacji, materiałów chemicznych i obróbki metali, która wraz z Instytutem Technicznym Wojsk Lotniczych utworzyła spółkę celową Hornet – Polskie Drony. Efektem współpracy jest powstały w ramach programu PLargonia dron Hornet, określany już jako „polski Shahed”. Ma 2,6 metra długości, 2,2 metra rozpiętości skrzydeł, rozwija prędkość ponad 200 km/h i – co najważniejsze – ma zasięg operacyjny sięgający nawet 1200 km. Boryszew wnosi do przedsięwzięcia bazę przemysłową i produkcyjną, a ITWL – dronowe know-how. Efekty przyszły bardzo szybko: wystarczyło pół roku, by w Sochaczewie ruszyła linia produkcyjna bezzałogowców Hornet, z której zjechało już 15 maszyn. Wkrótce mają je testować wojskowi.
Jest miecz, musi być i tarcza
Rozwojowi przemysłu dronowego towarzyszy wzrost popytu na środki wykrywania i zwalczania bezzałogowców, które dla krajów niezaangażowanych w aktywny konflikt zbrojny są nawet ważniejsze niż drony bojowe. Na tym polu wyróżnia się spółka APS, producent systemu SKYctrl, opartego na radarach FIELDctrl 3D MIMO, potrafiących wykrywać niewielkie, lecące bardzo nisko obiekty – ze względu na rozmiary i niski pułap lotu umykają one często innym radarom. Zasięg radaru to 8 km, a dzięki uczeniu maszynowemu urządzenia mogą „nauczyć się” automatycznego klasyfikowania różnych typów dronów i odróżniania ich np. od ptaków. Gdy do tego czujnika dodamy oprogramowanie dowodzenia i kierowania CyView C2, również opracowane przez APS, oraz efektor w postaci np. systemu walki radioelektronicznej – mamy kompleksowe rozwiązanie, które może chronić pojedyncze obiekty albo, po zintegrowaniu większej liczby czujników i efektorów, zapewnić ochronę przeciwdronową określonej powierzchni.
Radary FIELDctrl są też ważnym elementem systemu San, przy okazji którego głośno było o tzw. potworze z Tarnowa – wielolufowym karabinie maszynowym ZM Tarnów, zdolnym wystrzelić 3600 pocisków na minutę. System San, składający się z gotowych już komponentów integrowanych przez konsorcjum z udziałem PGZ i norweskiego Kongsberg Defence & Aerospace, uzupełni – przy dużym udziale polskiego przemysłu obronnego – lukę w warstwowym systemie obrony przeciwlotniczej, jaką stanowił brak zestawu przeciwdronowego.
Cały czas trwa też szukanie nowych rozwiązań. W ramach programu Tarcza Wschód ponad 700 podmiotów zgłosiło innowacyjne produkty, wśród których były m.in. sensory akustyczne do wykrywania dronów. Trzy z siedmiu rozwiązań tego typu testowanych na Centralnym Poligonie Sił Powietrznych w Ustce osiągnęły wyniki istotnie lepsze od pozostałych. Teraz testowane mają być kompletne systemy wykrywające drony za pomocą dźwięku.
A jakby tego było mało, jest jeszcze nabierający coraz większego znaczenia segment dronów lądowych. Na Ukrainie miała już miejsce potyczka, w czasie której – według informacji przekazywanych przez stronę ukraińską – całkowicie zastąpiły one podczas udanego natarcia „ludzką” piechotę. Tu również mamy się powoli czym pochwalić: Kuna, bezzałogowy lądowy system uzbrojenia opracowany przez Wojskowy Instytut Techniki Pancernej i Samochodowej we współpracy m.in. z Chemą DS, miał – jak informował Tomczyk – trafić na „zieloną listę” Pentagonu, co oznacza, że dowódcy jednostek mogą go pozyskiwać „bez żadnych testów wstępnych”.
Na koniec warto zwrócić uwagę, że z perspektywy Polski nie jest problemem to, iż nie produkujemy na masową skalę dronów FPV ani innych niewielkich bezzałogowców uderzeniowych, przeznaczonych do ataków na krótkim dystansie. Po pierwsze, budowanie ich w warunkach pokoju „na przyszłość” mija się z celem, bo wymagania wobec tego typu maszyn zmieniają się na froncie z tygodnia na tydzień: to, co byłoby cennym rozwiązaniem dziś, za miesiąc może być przestarzałe, nie mówiąc o dłuższej perspektywie. Po drugie, wykorzystanie akurat tych dronów do paraliżowania manewru jest charakterystyczne dla pozycyjnej wojny w Donbasie, a przy ewentualnej konfrontacji Rosji z NATO – dysponującym zupełnie innym potencjałem, zwłaszcza jeśli chodzi o lotnictwo – mogłoby się okazać, że robiąc ich zapasy, przygotowujemy się do wojny, w której nigdy nie będziemy uczestniczyć.