Program Orka powraca. Co otrzyma Marynarka Wojenna RP

Program Orka cały czas w PMT był, a deklaracja wicepremiera ws. jego dalszych losów jest dla podwodniaków, jak i wszystkich polskich marynarzy bardzo ważna - mówi kmdr Tomasz Witkiewicz, były dowódca ORP Sęp, obecnie służący w Centrum Operacji Morskich – Dowództwie Komponentu Morskiego.

Publikacja: 31.05.2023 19:06

Okręt podwodny ORP Orzeł przygotowuje się do zanurzenia podczas ćwiczeń.

Okręt podwodny ORP Orzeł przygotowuje się do zanurzenia podczas ćwiczeń.

Foto: kmdr ppor. Radosław Pioch/Marynarka Wojenna.

Program nie wraca, gdyż cały czas jest umieszczony w Programie Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych RP (PMT- red.). W tym przypadku jest to bardziej kwestia priorytetów i oczywiste jest, że na bieżąco decydujemy co teraz, a co później.

Sam kiedyś, zapytany co bym wolał najpierw – fregaty czy okręty podwodne – odpowiedziałem trochę niezgodnie z moim pochodzeniem, że fregaty. To dlatego, że w budowie fregat polski przemysł obronny może mieć znacznie większy udział i te inwestycję należy także rozpatrywać jako formę ochrony czy tworzenia miejsc pracy.

Program Orka cały czas w PMT był, a deklaracja wicepremiera ws. jego dalszych losów jest dla podwodniaków, jak i wszystkich polskich marynarzy bardzo ważna. Usłyszeliśmy sporo, ale dokładnych szczegółów jednak brak.

Porozmawiajmy o nich. Czego możemy się spodziewać bazując na tym co usłyszeliśmy?

Nie chciałbym być prorokiem, który coś wieszczy, a potem się okazuje, że się mocno mylił. Wicepremier dość szczegółowo określił, jaki ten okręt ma być. Powiedział m.in., że będzie to okręt zdolny do długotrwałego przebywania pod wodą. To może sugerować albo napęd niezależny od powietrza, w co osobiście wierzę, ale także, przy pewnej dozie fantazji, także okręt z napędem jądrowym. To oczywiście niemal na pewno nie będzie miało miejsca, gdyż jest to rozwiązanie całkowicie niepraktycznie, jeśli popatrzymy przez pryzmat polskiego teatru działań morskich. Dodatkowo koszty są przeogromne.

Mówimy więc o okręcie z napędem niezależnym od powietrza i tutaj na stole jest sporo opcji.

Kolejna rzecz, o której wspomniano, to możliwość rażenia celów położnych głębi lądu. To oznacza jednostkę wyposażoną w pociski dalekiego zasięgu w rodzaju amerykańskiego Tomahawk, ale tylko. Na świecie istnieją konkurencyjne konstrukcje tego typu. Ta deklaracja ogranicza potencjalnych dostawców, gdyż tego typu zdolności wymagają okrętu wykonanego w określonym standardzie.

Co ciekawe i o czym warto pamiętać, to wspomniana zdolność wcale nie oznacza, że potrzebujemy okrętu wyposażonego w specjalne wyrzutnie pionowe. Wystarczy, że posiadamy wyrzutnie torpedowe zdolne do wyrzucenia pocisku, który nie posiada własnego napędu w tej wyrzutni, gdyż torpeda może się sama uruchomić, a rakieta już nie. To oznacza, że nie jesteśmy skazani na okręty, które posiadają wyrzutnie pionowe.

O których konstrukcjach mówimy?

Rozwiązań jest kilka i możemy je podzielić na trzy grupy. Pierwsza z nich to konstrukcje, które z przyczyn politycznych możemy z miejsca skreślić. Mówię tutaj, co chyba oczywiste, o konstrukcjach rosyjskich czy chińskich. Nie wyobrażam sobie także zakupu okrętów japońskich.

Dlaczego japońskie „nie"?

Japonia ma bardzo restrykcyjną politykę eksportu uzbrojenia i to jest główna przyczyna. Starają się to wprawdzie zmienić oraz wejść ze swoimi konstrukcjami na zagraniczne rynki, ale to jeszcze potrwa.

Co do samych konstrukcji. Japońskie okręty podwodne są świetnymi okrętami, ale musimy przy nich pamiętać, że zostały zoptymalizowane do działania w zupełnie innych akwenach, niż działa Marynarka Wojenna RP. W przypadku okrętów podwodnych bardzo ważny jest ich projekt i to do jakich warunków zostały zaprojektowane, bo to wymaga pewnych niezmienialnych później zdolności. Jeśli projektujemy jednostkę oceaniczną to będzie się ona różniła od projektu, który powstanie do działania w cieśninach, na płytkich wodach i morzach zamkniętych takich jak Bałtyk.

To była pierwsza grupa, a pozostałe dwie?

Wymieniliśmy kierunki, które skreśliliśmy z przyczyn politycznych. Druga grupa, to potencjalni partnerzy, którzy teoretycznie mają zdolności do budowy tego typu okrętów, ale ja osobiście mam wątpliwości, by byli je w stanie nam dostarczyć szybko i sprawnie. Mówię tutaj np. o okrętach hiszpańskich, które powstają z dość dużym opóźnieniem i które przez to są dość drogie. Dodatkowo są to jednostki raczej optymalizowane pod kątem działań oceanicznych.

Kolejny kierunek z tej grupy to okręty szwedzkie. Te wprawdzie są optymalizowane pod Bałtyk i z tego powodu są bardzo chwalone, jednak z nimi jest jak z Yeti. Każdy słyszał, nikt nie widział, gdyż od lat pozostają w bardzo wczesnej fazie konstrukcyjnej. Wprawdzie projekt jest, ale cały czas pozostaje w bardzo wczesnej fazie konstrukcyjnej. Z tego powodu nie wyobrażam sobie, by Szwedzi byli w stanie budować okręty dla Polski, nie mając własnych tego typu jednostek we własnej flocie.

To co nam pozostaje?

Trzecia grupa, czyli konstrukcje uważam za najbardziej prawdopodobne. Mówimy tutaj o całej rodzinie okrętów pochodzenia niemieckiego. Mówimy tutaj zarówno o projektach, które buduje się w Niemczech – czyli typ 212, czy 214, ale również o wszelkiej maści hybrydach czy klonach. Mowa tutaj o licencyjnych konstrukcjach budowanych w innych krajach.

Licencję posiadają np. Włosi, którzy są współproducentem typu 212, tak w pierwszej, jak i obecnej wersji. I tutaj pojawia się mój osobisty faworyt, czyli typ 212NFS, który wydaje mi się spełnia wszystkie warunki, jakie stawiamy przed Programem Orka.

I to jest jaki okręt?

To jest okręt właściwie włoski, ale z niemieckim komponentem i wsadem pewnych technologii i elementów.

Włosi sporo robią u siebie i procent ten cały czas rośnie z okrętu na okręt, jednak mimo to wydaje mi się, że w przypadku tej konkretnej konstrukcji dalej potrzebowaliby wyraźniej zgody Niemiec na potencjalną sprzedaż.

To mój faworyt, gdyż jest to konstrukcja, która istnieje, a jej specyfikacja jest bardzo zbliżona do tego, co potrzebujemy. Wydaje mi się, że ten okręt spełniałby nasze warunki bardzo dobrze.

A co z bardzo popularnym kierunkiem, czyli okrętami z Korei Południowej?

Koreańczycy są obecnie potentatem w tej dziedzinie, gdyż posiadają i budują bardzo dużo nowych okrętów. Obecnie budują okręty KSS3, które są bardzo dużymi okrętami i posiadają m.in. pionowe wyrzutnie oraz napęd niezależny od powietrza.

Jest to konstrukcja bardzo ciekawa, choć raczej nie dla nas. Tak jak wspomniałem są do dosyć duże jednostki, a to sprawia, że byłoby nimi trudno operować na Bałtyku.

Mówiąc jednak o ofercie koreańskiej warto jest jednak wspomnieć o pewnym ciekawym, także dla nas, projekcie. Korea Południowa buduje bardzo małe okręty, wielkości naszych wycofanych Kobbenów – 500 ton, optymalizowanych do wojny przybrzeżnej. Mówię o nich, gdy one marzą mi się jako rozwiązanie pomostowe w Programie Orka.

W przypadku Korei trzeba wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Choć tak jak wspomniałem są oni potentatem na rynku, to jednak dalej nie są w 100 proc. właścicielami wszystkich zastosowanych na nich technologii. I tutaj podobnie jak wcześniej trzeba się będzie, najprawdopodobniej, liczyć z potrzebą uzyskania zgód od krajów trzecich, a są to ponownie Niemcy.

Mówimy o rozwiązaniach pomostowych to nie możemy nie zapytać o czas. Kiedy możemy się spodziewać podniesienia bandery na nowych polskich okrętach podwodnych?

Budowa okrętu trwa. Mówimy tutaj przedziale czasowym od sześciu do ośmiu lat samej budowy. Oczywiście słyszymy także, że Koreańczycy są w stanie zbudować okręt w trzy lata. To jest jednak sytuacja, gdy mówimy o składaniu z klocków. Oni mając te klocki, a dokładnie zaplanowane ich dostawy, są w stanie je poskładać w te trzy lata.

Pytanie jest, jak szybko my bylibyśmy w stanie wynegocjować i zakontraktować te klocki i ile czasu będziemy musieli poczekać na ich dostawę. Pod słowem klocki kryją się takie rzeczy jak np. silnik elektryczny, elementy kadłuba itd. Co z tego, że jesteśmy w stanie zmusić stocznię do pracy na trzy zmiany i w efekcie być w stanie zmieścić się w terminie trzech lat, gdy i tak będziemy musieli czekać na komponenty do zamontowania na naszym nowym okręcie.

Czyli mamy trzy kierunki do rozpatrywania?

Wydaje mi się, że tak i że raczej to powinien być okręt pochodzenia Niemieckiego. Żeby być jednak sprawiedliwym trzeba powiedzieć, że istnieje okręt francuski – Scorpene. On jest jednak już dosyć wiekowy i właściwie nie posiada wersji niezależnej dla powietrza.

Czyli cztery potencjalne kierunki?

To jak tak do tego podchodzimy, to jeszcze by wymienił taką inicjatywę, o której swego czasu było u nas dosyć głośno, czyli 212CD. To niemiecko-norweski projekt, kolejny z klonów 212, zrobiony na tej samej zasadzie co Włochami, tylko z Norwegią. Jest to konstrukcja duża, która poszła mocno w stronę okrętu oceanicznego, a co za tym idzie także droga.

Są to okręty, które posiadają bardzo duże zdolności, co z naszego punktu widzenia wcale nie musi być atutem, gdyż w naszym rejonie działań możliwe, że wielu z nich nigdy nie wykorzystamy.

Za duże zdolności?

To jest zawsze duży dylemat. Czy kupić coś, co jest najlepsze w swojej klasie i oferuje bardzo szeroki wachlarz możliwości, czy kupić coś, co wykorzystamy w 100 proc. Pytanie także, czy warto płacić za coś, co najpewniej nie tylko nie przyniesie nam korzyści, a prędzej będzie obciążeniem.

Wspomniane już wcześniej pionowe wyrzutnie są tutaj doskonałym przykładem. W mojej ocenie instalacja ich a tak małym okręcie – do 2 tys. ton – jest bardziej problemem niż zyskiem. Z naszego punktu widzenia, mówię tutaj o przyszłych zadaniach jakie mają wypełniać okręty podwodne – skryte operowanie blisko jednostek wroga, rozpoznanie i zwalczanie jednostek wroga – zadanie rakietowe są dodatkowe. Dodatkowo, o czym również wspomniałem, można je dołożyć bardzo niskim kosztem, gdyż rakiety możemy wystrzeliwać wykorzystując wyrzutnie torpedowe.

Osobiście nie chciałbym, żeby nowe okręty podwodne dla Polski nie stały się pływającymi bateriami tomahawków. To nie o to chodzi. Dobrze, że będą miały taką zdolność, ale niekoniecznie musi być to ich pierwszoplanowe zadanie. Zresztą w czasie pokoju to wiadomo, że takiego uzbrojenia nie trzeba nawet przy sobie wozić. Sama możliwość i potencjał, że takie uzbrojenie i takie zdolności posiadamy, są często wystarczającym środkiem odstraszania.

Pozostańmy przy cyfrach. Dokładna liczba nie padła, ale spekuluje się, że Polska zakupi trzy okręty.

Z tą trójką to jest tak, że to jest taka minimalna liczba w serii, która się opłaca.

Dodatkowo, pod względem operacyjnym, jest takie określenie, którego bardzo nie lubię, tzw. trójpolówka. Chodzi o to, że przyjęło się takie twierdzenie, że jak mamy trzy jednostki, to jedna jest operacyjna, jedna w szkoleniu, a jedna w remoncie. To oczywiście nie znaczy, że w czasie wojny czy kryzysu będziemy mieli dostępny tylko jeden okręt, który będzie walczył. Wystarczy tylko wspomnieć, jak to wyglądało podczas II Wojny Światowej, gdzie Polska posiadała cztery niszczyciele i pięć okrętów podwodnych i wszystkie były sprawne, w morzu i prowadziły działania.

Generalnie, ta wspomniana trójka to liczba stworzona bardziej przez finansistów i logistyków. Wiadomo, że z punktu widzenia operacyjnego każdy chciałby mieć jak najwięcej jednostek. Trzeba być jednak realistą i trzeba pomyśleć, jaka jest minimalna liczba, by spełniać postawione przed nami zadania. W przypadku trzech jednostek możemy śmiało założyć, że tak, choć wiadomo, że Marynarka Wojenna wolałaby mieć ich np. cztery lub pięć, albo nawet sześć. Jak w szkole. Każdy woli szóstki od trójek.

Czyli wnioskowałby pan o sześć jednostek z Programu Orka?

Nie do końca. Wspomniałem wcześniej o małych okrętach budowanych w Korei Południowej i to nie bez przyczyny. Ja jestem zwolennikiem dwóch klas okrętów podwodnych w Polsce.

Pierwsza z nich to jednostki kupowane w ramach Programu Orka, czyli okręty jak na nasze warunki duże, posiadające szeroki wachlarz uzbrojenia i zdolności. Innymi słowy okręty pierwszoliniowe.

Obok nich widziałbym okręty małe, takie jak Kobbeny – około 400/500 ton wyporności, które byłyby tańsze oraz być może dostępne szybciej, niż główne jednostki. Mogłyby być więc swoistym rozwiązaniem pomostowym.

Dodatkowo, kiedy już będziemy mieli w linii wszystkie zamówione okręty, nie byłyby one stratą pieniędzy, gdyż byłyby idealnym narzędziem np. operacji specjalnych. Warto zaznaczyć, że wspieranie działań dywersyjnych czy grup desantowych dużymi okrętami jest raz, że trudniejsze z powodu ich rozmiarów, a dwa ryzykowne, gdyż ryzykujemy drogim okrętem.

Ryzykowanie okrętem mniejszym jest mniej ryzykowne, gdyż jest mniejszy i łatwiej go ukryć, a dwa tańsze, bo sam okręt nie kosztuje tyle, ile jego większe odpowiedniki.

Na koniec chciałbym jeszcze zaznaczyć, że ilość to też jakość. Nie możemy i nie powinniśmy popaść w manię, że musimy posiadać wyłącznie sprzęt z najwyższej półki, którego jednak będzie mniej, bo potem zabraknie tego sprzętu.

Czyli obok Programu Orka potrzebny jeszcze Program Orka... Mini?

Ja to osobiście nazwałem „Program Fereza". Fereza, czyli taka mała orka... tylko 120 kilo.

Ile takich okrętów potrzebujemy?

Gdyby ktoś dołożył do PMT (Plan Modernizacji Technicznej – red.) dwa takie mały okręty po 200 mln zł każdy, to byłbym zadowolony.

Dwa wystarczą?

Tak. Choć jakby były trzy, to też nic by się nie stało.

Modernizacja Sił Zbrojnych
Borsuk zatwierdzony. MON podpisał umowę na nowe bwp dla wojska
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Modernizacja Sił Zbrojnych
Jednak nie koreański? Ciężkiego bwp zbudujemy sami
Biznes
Pancerny drapieżnik z epoki cyfrowej. Borsuki dokonają rewolucji w polskiej armii
Przemysł Obronny
Miliardy dla polskiej zbrojeniówki. Huta Stalowa Wola zwiększa moce produkcyjne
Modernizacja Sił Zbrojnych
Nowe Groty i karabiny wyborowe dla Wojska Polskiego