Polska w ostatnich latach zaczęła wydawać naprawdę duże kwoty na rozbudowę armii. Efekty rekordowych zbrojeń możemy obserwować już na poligonach, gdzie spotkamy nowe czołgi M1 Abrams i K2, wyrzutnie rakiet Homar-K czy armatohaubice samobieżne K9. Na polskim niebie można zobaczyć także nowoczesne F-35. Rosnący deficyt i wydatki na armię sprawiają jednak, że coraz więcej osób zadaje sobie jedno pytanie – czy na pewno środki te wydajemy mądrze i czy pozwolą one uchronić nasz kraj?
Czytaj więcej
Wymieniłbym trzy najważniejsze kierunki naszych inwestycji. To drony i systemy antydronowe, to niskokosztowe pociski dalekiego zasięgu, na przykład...
Pytania te nie są pozbawione sensu, ponieważ mamy dziś przykłady państw, które mimo naprawdę niebotycznych nakładów nadal nie mają armii zdolnej do efektywnej ochrony interesów państwa. Chyba najbardziej klarownym przykładem jest dziś Arabia Saudyjska. Na całym świecie są tylko trzy państwa, które w ostatnich latach wydawały wyraźnie większe kwoty na obronę – Stany Zjednoczone, Rosja oraz Chiny. Nieco więcej wydają także Indie. Tyle że mówimy o krajach, które liczą (poza Rosją) setki milionów mieszkańców. Tymczasem populacja Arabii Saudyjskiej to zaledwie 30 mln osób.
Pod względem udziału wydatków zarówno w PKB, jak i budżecie państwa, Arabia Saudyjska stale zajmuje czołowe pozycje. Nie ma żadnego państwa na całym świecie, które wydawałoby na armię aż tak dużo. Oczywiście – teraz, gdy trwa wojna w Ukrainie, to Kijów wydaje na ten cel więcej, ale biorąc pod uwagę średnią za ostatnie 20-30 lat, to właśnie Arabia Saudyjska staje się niekwestionowanym liderem. W latach 2000-2025 było to średnio 8,41 proc. PKB rocznie. To więcej niż Ukraina, o Rosji czy Izraelu nawet nie wspominając.
Ofensywa Hutich w Jemenie
Pod względem wydatków per capita Rijad ustępuje miejsca jedynie USA, Danii, Norwegii, Singapurowi oraz Izraelowi. Wszystkie te armie uchodzą za niezwykle sprawne, dobrze wyposażone i nowoczesne. Arabia Saudyjska, mimo posiadania licznej i nafaszerowanej technologią armii, do najlepszych na świecie zaliczana nie jest. Znacznie lepiej pasuje do niej miano „papierowego tygrysa”, ponieważ na papierze jej arsenał wygląda naprawdę imponująco.
Arabia Saudyjska posiada 575 nowoczesnych czołgów M1A2S Abrams (oraz kilkaset M60A3 Patton w jednostkach drugoligowych). W 2025 r. podpisano umowę na zakup kolejnych 300 Abramsów. Ich działania wspiera ok. 400 bojowych wozów piechoty M2A2 Bradley. Imponuje także artyleria. Mówimy m.in. o 130 armatohaubicach samobieżnych CAESAR, 60 AMX-30 z Francji czy 54 PLZ-45 z Chin. Dodać do tego należy jeszcze kilkaset haubic ciągnionych (w tym M777 czy M198), a także liczną artylerię rakietową (77 wyrzutni Astros II z Brazylii, 180 M270 MLRS z USA, 36 K239 Hyunmoo z Korei Płd. czy 34 TOS-1A z Rosji).
Wstydu nie ma również w powietrzu. Szczególnie imponująca jest flota F-15 – mówimy tu o łącznie ponad 200 sztukach, w tym o przeszło 80 fabrycznie nowych F-15SA dostarczonych w ostatnich latach. Dodajmy do tego ponad 70 maszyn Eurofighter Typhoon, ok. 80 sztuk Panavia Tornado oraz bogate lotnictwo wsparcia – 6 dostarczonych (i 4 zamówione) Airbusów A330 MRTT, ponad 30 samolotów C-130H Hercules czy 7 maszyn wczesnego ostrzegania (dwa Saaby 2000 Erieye i 5 Boeingów E-3A Sentry). Rijad zamierza zamówić do tego 48 myśliwców F-35.
F-35 Lightning II
Dla porównania Polska posiada dziś 47 myśliwców F-16 oraz kilka nowych F-35 (w ciągu kilku lat ich liczba wzrośnie do 32 sztuk). I na tym kończy się nasze lotnictwo bojowe, ponieważ szkolnych FA-50GF do tej kategorii zaliczać nie ma sensu (a na 36 w pełni użytecznych FA-50PL nadal czekamy), zaś wiekowe MiG-29 właśnie przechodzą na emeryturę. Latających tankowców mamy zero, a jeśli chodzi o samoloty wczesnego ostrzegania, to posiadamy dwa używane Saaby 340 Erieye. Na papierze Rijad deklasuje większość armii świata. Rzeczywistość jednak nie jest dla Arabii Saudyjskiej tak kolorowa.
Arabia Saudyjska wydała ogromne środki na armię, a mimo to nie obroniła swojej infrastruktury
Dużym wydatkom nie ma co się dziwić. Arabia Saudyjska jest krajem niezwykle bogatym i położonym w bardzo nieciekawym miejscu. To wymusiło na władzach tego państwa masowe zbrojenia, co widać zresztą w zakupach nowoczesnej obrony przeciwlotniczej. Kraj ten zarabia na eksporcie ropy. Bez niej władzy szybko skończyłyby się pieniądze. Tym, co jednak od razu zwraca uwagę, jest fakt, że w samej Arabii Saudyjskiej praktycznie nie produkuje się żadnego uzbrojenia. Kraj ten jest wręcz skazany na wydawanie miliardów dol. za granicą, co sprawia, że Saudowie systematycznie płacą za uzbrojenie więcej, niż inne kraje.
Czytaj więcej
Czarny dym i płomienie pojawiły się w sobotę w pobliżu międzynarodowego lotniska im. Króla Chalida w Rijadzie. Wcześniej w stolicy Arabii Saudyjski...
Tak potężna armia w teorii ma chronić saudyjskie rafinerie i rurociągi. Mamy jednak sytuację, w której państwo to zostało zmuszone do wstrzymania bieżących dostaw ropy do Europy. Problem ten potwierdziło samo Saudi Aramco, otwarcie przyznając, że surowca obecnie nie ma jak przesyłać. Dławi ich podwójna blokada – ze strony Iranu w Zatoce Perskiej oraz bojowników Huti w rejonie cieśniny Bab al-Mandab. W lipcu i wrześniu tego roku bojownikom z Jemenu udało się skutecznie porazić rafinerię w Dżizan oraz obiekty giganta naftowego w mieście portowym Janbu. Co gorsza, zdołali oni uderzyć w strategiczny rurociąg naftowy Wschód–Zachód na tyle dotkliwie, że jego praca została sparaliżowana, a przecież to właśnie ta instalacja pozwalała Arabii Saudyjskiej omijać irańską blokadę cieśniny Ormuz.
Mimo posiadania nowoczesnego lotnictwa, saudyjskie naloty bywają mało precyzyjne, a dodatkowo Hutim udało się zestrzelić zaawansowany samolot F-15SA – maszynę naszpikowaną systemami, które w teorii powinny chronić myśliwiec przed obroną przeciwlotniczą wroga. Zdjęcia satelitarne z saudyjskich baz sugerują wręcz, że Huti zdołali porazić hangary dla samolotów bojowych. Saudyjczycy, mimo gigantycznej przewagi technologicznej, nie są w stanie uchronić własnych instalacji ani wygrać kampanii lądowej z rebeliantami, którzy nie posiadają własnego lotnictwa. Lekcja z tego płynąca jest brutalna, ale logiczna: Huti nie idą na otwarte zwarcie z saudyjskimi czołgami, bo doskonale wiedzą, że tam przeciwnik jest silny. Walczą w sposób asymetryczny, organizując pole walki tak, aby Saudyjczycy w ogóle nie mogli skorzystać ze swoich największych atutów.
Arabia Saudyjska ma sprzęt, ale trawią ją strukturalne choroby
Problemem nie są więc rakiety, czołgi i samoloty, lecz ogólna niewydolność sił zbrojnych. Saudyjską armię trawi obecnie cały szereg strukturalnych chorób. Pierwszą, szczególnie widoczną, jest tzw. syndrom „Turn-key military”. Polega on na kupowaniu najnowocześniejszego uzbrojenia przy jednoczesnym braku własnego zaplecza logistyczno-przemysłowego, przez co Rijad przy każdym kryzysie uzależniony jest od dostaw z zewnątrz.
Drugim gigantycznym kłopotem jest polityka zabezpieczania się przed zamachem stanu. Rodzina królewska nie skupia się wyłącznie na zewnętrznych rywalach – musi dbać o to, by armia nie stała się zbyt silna i zjednoczona, co mogłoby umożliwić pucz. Dlatego, podobnie jak w Iranie, funkcjonuje tam rozbudowana, krajowa Gwardia Narodowa, która jest skrajnie lojalna wobec władzy i bezlitośnie konkuruje z resztą sił zbrojnych o zasoby.
Czytaj więcej
Koncern Saudi Aramco wznowił we wtorek przesył ropy naftowej strategicznym rurociągiem Wschód-Zachód łączącym wschód kraju z portem Janbu. Eksport...
Wreszcie mamy fundamentalny problem kultury wojskowej. Zachodnie armie bazują na profesjonalistach. W Arabii Saudyjskiej bycie oficerem to często ciepły i świetnie opłacany stołek na rządowym garnuszku. Brakuje tam dyscypliny, realnego doświadczenia i – co najważniejsze – silnego korpusu podoficerskiego, który jest kręgosłupem każdej sprawnej armii.
Nie pomaga też sama kultura bliskowschodnia. Przykładowo, izraelska armia jest silna w dużej mierze dzięki skrajnie niewielkiemu dystansowi między dowódcami a żołnierzami. Tam czymś normalnym, a wręcz pożądanym jest, by szeregowy zwrócił uwagę przełożonemu, jeśli widzi, że ten popełnia taktyczny błąd. W Arabii Saudyjskiej jest dokładnie na odwrót. Dowódca z definicji jest najmądrzejszy, a jakiekolwiek uwagi z dołu traktowane są jako ciężka zniewaga. Dochodzi wręcz do absurdalnych sytuacji, w których dowódca celowo nie przekazuje swoim żołnierzom najnowszych materiałów szkoleniowych, bo utrzymując monopol na wiedzę, zabezpiecza swój autorytet. Jeśli dodamy do tego fakt, że w walce po saudyjskiej stronie często biorą udział opłacani najemnicy, otrzymujemy armię doskonale wyposażoną, ale tragicznie zarządzaną, marnie wyszkoloną i pozbawioną ducha walki. To najkrótsza droga do porażki.
Warto przy tym oddać sprawiedliwość samym Huti – są oni znakomicie zmotywowani i wręcz fanatycznie zaangażowani. Genialnie prowadzą wojnę asymetryczną, z aptekarską precyzją celując w najsłabsze punkty potężniejszego wroga. Warto przypomnieć, że nawet amerykańska US Navy miała potężne problemy z zapewnieniem ochrony szlaków żeglugowych na Morzu Czerwonym przed ich atakami, a sama osłona kosztowała amerykańskich podatników miliardy dol.
Czego mogą nauczyć Polskę porażki saudyjskiej armii?
Czego my w Polsce możemy się nauczyć z saudyjskich porażek? Przede wszystkim tego, że wpompowane pieniądze to nie wszystko. Nawet jeśli na defiladzie zaprezentujemy najnowsze śmigłowce i czołgi, na polu walki kluczowy okaże się czynnik ludzki i logistyka. Siły zbrojne to system naczyń połączonych, w którym sprzęt musi iść w parze z jakością szkolenia, kulturą dowodzenia, motywacją i własnym zabezpieczeniem sprzętowym. Huti udowodnili to dobitnie: potencjalny przeciwnik zaatakuje dokładnie tak, abyśmy byli na ten cios absolutnie niegotowi.
Wojsko Polskie z całą pewnością prezentuje poziom kultury organizacyjnej znacznie wyższy od armii Arabii Saudyjskiej. Nie oznacza to jednak, że nie mamy poważnych, systemowych luk. Rządzący co prawda nie obawiają się u nas zamachu stanu, ale armia wciąż pozostaje silnym elementem bieżącej polityki. Nie powinno dochodzić do sytuacji, w których gigantyczne programy modernizacyjne ustalane są bez ponadpartyjnej zgody, ponieważ prowadzi to do braku ciągłości, która w budowie potencjału obronnego jest wręcz kluczowa. Podstawowym problemem wciąż pozostaje również brak zaktualizowanej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, która jasno wyznaczałaby spójne kierunki rozwoju Sił Zbrojnych.
Czytaj więcej
Amerykańskie ambasady na Bliskim Wschodzie wydały w niedzielę ostrzeżenia dotyczące bezpieczeństwa obywateli USA przebywających w regionie. Departa...
Kolejną bolączką jest polityka przemysłowa. Choć zakupy opierają się na założeniach transferu technologii, trudno nazwać nas rynkowym wzorem w negocjacjach offsetowych, a finalny bilans tych działań bywa rozczarowujący. Flagowym przykładem jest program F-35, w ramach którego Polska – w przeciwieństwie do Niemców, Finów czy Czechów – nie ugrała żadnych cennych kompetencji przemysłowych. O ile programy takie jak Narew czy zakup i produkcja czołgów K2 można uznać za udane przykłady współpracy, o tyle negatywnych przykładów możemy dziś znaleźć znacznie więcej. Przykładowo po zamówieniu blisko 300 wyrzutni Homar-K nie zagwarantowaliśmy sobie transferu technologii i produkcji kluczowych komponentów pocisków rakietowych. Nadal trapi nas problem pójścia na skróty, kupowania sprzętu „z półki” i niewykorzystywania historycznej szansy na rozwój własnego przemysłu zbrojeniowego, choć wydaje się, że problem jest dostrzegany i trwają prace nad poprawą sytuacji.
Wyraźnie lepiej na szczęście wypada u nas jakość szkolenia. Polscy oficerowie są bez porównania bardziej kompetentni, a szeregowi lepiej zmotywowani do obrony własnego terytorium. Jednak i na tym polu stajemy przed poważnymi wyzwaniami. Dynamiczny rozrost liczebności Sił Zbrojnych pociągnął za sobą spadek jakości rekruta. Problemem pozostaje fatalne dostosowanie posiadanych kompetencji do przydzielanych w wojsku stanowisk. Sztab Generalny WP deklaruje, że zmienia podejście do zarządzania talentami, pozostaje więc trzymać kciuki, by te procesy realnie zafunkcjonowały w jednostkach.
Mamy wreszcie kwestię naszego miękkiego podbrzusza. To problem, który dotyka wszystkie państwa na świecie. Magicznej rady na to nie ma – rozwój Sił Zbrojnych musi być zrównoważony, a zadaniem polityków i planistów jest ciągłe, wręcz paranoiczne poszukiwanie luk we własnym systemie obronnym. Dziś do takich zaniedbanych obszarów w Polsce należy ochrona kluczowej infrastruktury, brak rozbudowanych i dobrze wyszkolonych rezerw osobowych oraz zbyt niska społeczna odporność na wojnę kognitywną. W naszym przypadku słabym punktem wcale nie musi być fizyczna infrastruktura. Potencjalny przeciwnik mógłby zaatakować asymetrycznie, a brak społecznej odporności na manipulację może skutkować chociażby skuteczną presją polityczną na drastyczne obniżenie wydatków zbrojeniowych lub wewnętrznym podważaniem sensu naszych sojuszy. I to jest najważniejsza lekcja, jaką możemy wyciągnąć z konfliktów na Bliskim Wschodzie: najdroższy sprzęt staje się bezużyteczny, gdy zawodzi system, który nim zarządza, i społeczeństwo, które ma go utrzymać.