Jest siedemnasty września, dochodzi południe. Dowództwo Operacyjne informuje o poderwaniu polskich myśliwców, a mieszkańcy części powiatów w województwach lubelskim i podkarpackim dostają alert RCB o zagrożeniu atakiem z powietrza. W Lublinie i Rzeszowie wyją syreny, lotniska cywilne w tych miastach wstrzymują działanie, zawieszone zostają odprawy na przejściach granicznych. W szkołach uczniowie schodzą do piwnic i wychodzą na korytarze. Tak wygląda codzienność przyfrontowego państwa NATO.

Reklama
Reklama

Tego dnia przestrzeń powietrzna Polski nie została naruszona. Kiedy sytuacja wróciła do normy, rzecznik Dowództwa Operacyjnego ppłk Jacek Goryszewski przekazał, że dron zbliżający się do Polski spadł lub został zestrzelony cztery kilometry od granicy, prawdopodobnie w okolicach Jagodzina. Dodał przy tym zdanie, które warto zapamiętać: myśliwce poderwano dlatego, że był to szybko zbliżający się do granicy dron odrzutowy. Dzień wcześniej wojsko robiło dokładnie to samo.

Czytaj więcej

Atak Rosji przy granicy z Polską. W Rzeszowie i Lublinie zawyły syreny

Procedura zadziałała. Pytanie brzmi, czy zadziała tak samo wtedy, gdy zamiast jednego drona nadleci ich kilkadziesiąt, z kilku kierunków i na różnych wysokościach. Odpowiedź zależy od skuteczności sprzętu, który co prawda zamówiono, ale którego Polska w większości jeszcze nie ma.

Rosyjskie drony odrzutowe coraz częściej spadają przy polskiej granicy

W nocy z 12 na 13 września dwa rosyjskie drony odrzutowe uderzyły w bezpośrednim sąsiedztwie polskiej granicy. Jeden trafił w stację benzynową kilkaset metrów od przejścia Dorohusk–Jagodzin, drugi w lokomotywę pociągu relacji Kijów–Warszawa, stojącego na stacji Jagodzin, ok. dwóch kilometrów od granicy Polski. 14 września w morzu przy plaży w Rusinowie koło Jarosławca zlokalizowano kolejną maszynę. Wstępne oględziny wykazały, że była to rosyjska Gerbera-2 ze sprawną głowicą odłamkowo-burzącą. Nieco wcześniej, w lipcu, rosyjski pocisk manewrujący Ch-101 spadł na pole na Lubelszczyźnie.

Pocisk Ch-101

Pocisk Ch-101

Foto: PAP

Na te wydarzenia warto spojrzeć nie tylko jak na ciąg niebezpiecznych incydentów. Od stycznia Rosjanie wprowadzają do masowego użycia nową klasę dronów, która może wkrótce zdezaktualizować część tego, czego nauczyliśmy się dotąd na podstawie doświadczeń z wojny dronowej na Ukrainie.

Wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz ocenił uderzenie z 12 na 13 września jako celowe i stwierdził, że rosyjski dron odrzutowy Gierań-5 jest na tyle zaawansowany, iż praktycznie do chwili uderzenia operator zachowuje nad nim kontrolę. To ocena prawdopodobnie nieco przesadzona, ale niestety nie jest zbyt daleka od prawdy.

Czym Gierań-5 różni się od innych dronów atakujących dotychczas Ukrainę

O ile Gierań-2 to rosyjska wersja irańskiego Shaheda-136, maszyna z silnikiem tłokowym i śmigłem, o prędkości przelotowej około 180 kilometrów na godzinę (takie drony Rosja wykorzystywała dotychczas najczęściej), o tyle Gierań-5 należy do innej kategorii. Rosjanie użyli go bojowo po raz pierwszy na początku tego roku. Według danych ukraińskiego wywiadu wojskowego dron ten waży przy starcie około 850 kilogramów, leci z prędkością przelotową od 450 do 600 kilometrów na godzinę, utrzymuje się w powietrzu blisko dwie godziny i ma szacowany zasięg do 950 kilometrów. Maksymalny pułap, jaki może osiągnąć, wynosi sześć kilometrów, choć dotychczas rejestrowano go przede wszystkim na wysokościach pomiędzy 200 m a 3 km.

Rosyjski dron odrzutowy Gierań-5

Rosyjski dron odrzutowy Gierań-5

Foto: PAP

Głowica bojowa nowego drona waży około dziewięćdziesięciu kilogramów. Poszycie kadłuba, skrzydeł i usterzenia wykonano z włókna węglowego, zaś napęd stanowi chiński silnik turboodrzutowy TELEFLY TF-TJ2000A. Elektronika pocisku też pochodzi z Chin, ale zawiera również elementy pochodzące ze Stanów Zjednoczonych i Niemiec.  Nawigacja łączy odporny na zakłócenia odbiornik satelitarny Kometa-M12 z dwunastoelementową anteną oraz układ inercyjny.

Dane pochodzą od strony ukraińskiej i nie mają niezależnego potwierdzenia. Dotyczy to także pozostałych ukraińskich źródeł przywoływanych w tym tekście. Rozbieżności widać zresztą nawet w podstawowych wymiarach: jedne przekazy mówią o 6,5 metra długości i 3,2 metra rozpiętości skrzydeł, inne o rozpiętości do 5,5 metra. 

Serhij Beskrestnow, jedna z kluczowych postaci ukraińskiego zaplecza technologicznego, znany jako „Flash”, opisuje nowe rosyjskie konstrukcje jako wyposażone w zestawy optyczne pozwalające wykrywać i śledzić cel w końcowej fazie lotu. Doniesienia o rozwoju Gieraniów-4 i Gieraniów-5 wskazują również na wyposażenie ich w kamery termowizyjne i elementy wspomagające naprowadzanie.

O rosyjskich dronach odrzutowych wiadomo dziś także to, że przynajmniej część nowych konstrukcji jest w końcowej fazie ataku mniej zależna od sygnału satelitarnego niż starsze Shahedy. Skutek jest taki, że walka elektroniczna, ważny filar taniej ukraińskiej obrony antydronowej, może tracić skuteczność równolegle z warstwą ogniową.

Ukraina ma problem ze zwalczaniem dronów Gierań-5

Konsekwencje operacyjne pojawienia się dronów odrzutowych są znaczące. Zwalczające dotychczas drony mobilne grupy ogniowe miały w przypadku Shaheda około minuty na wykrycie i ostrzelanie celu. Anatolij Chrapczynski, oficer rezerwy ukraińskich Sił Powietrznych, ocenia, że przy modelach odrzutowych czas ten spada do mniej więcej sześciu sekund.

Czytaj więcej

Tusk ostrzega przed rosyjskimi uderzeniami w Polskę. „Mogą być przypadkowe”

Wartość ta zależy oczywiście od kierunku lotu, wysokości, rozmieszczenia stanowisk i użytego systemu wykrywania i może być różna. Nadal jednak jest to nie więcej niż kilka sekund. W tych kilku sekundach musi się zmieścić wykrycie celu, przekazanie informacji, obrót działka i decyzja o otwarciu ognia. A to bez pełnej automatyzacji systemu jest zwyczajnie niewykonalne.

W rezultacie skuteczność obrony antydronowej zauważalnie spadła. Jurij Ihnat z Dowództwa Sił Powietrznych Ukrainy powiedział 14 września „Financial Timesowi”, że Ukraina przechwytuje dziś około 60 procent rosyjskich dronów odrzutowych, wobec 90 do 95 procent przechwyceń w przypadku modeli konwencjonalnych. Spadek skuteczności zmusza do znacznie intensywniejszego użycia lotnictwa myśliwskiego, a część pilotów zmuszona jest do strącania tych dronów z działek pokładowych, wykonując bardzo ryzykowne manewry.

Te dane także należy czytać ostrożnie. Sześćdziesiąt procent dotyczy dziś nalotów, w których maszyn odrzutowych jest kilkanaście albo kilkadziesiąt. Przy skali porównywalnej z atakami z użyciem dronów Gierań-2 wskaźnik może wyglądać zupełnie inaczej. Skuteczność może okazać się wówczas dramatycznie mniejsza.

Gierań-5 skutecznie zastępuje pociski manewrujące Ch-101

„Wall Street Journal” szacuje koszt budowy nowych rosyjskich środków odrzutowych, w tym Gierania-5, na około sto tysięcy dolarów za sztukę. Produkowany wielkoseryjnie Gierań-2 kosztuje mniej więcej pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Po drugiej stronie mamy pociski manewrujące Ch-101, kontraktowane po około dwa miliony dolarów za sztukę przy dostawach do 2024 roku i po dwa do dwóch i czterech dziesiątych miliona w zamówieniu z roku 2025.

Czytaj więcej

Ukraina ściga Rosję w wojnie dronów. Nowa broń stawia obronę powietrzną pod ścianą

Ekonomia jest w tym przypadku bezlitosna. Za jeden pocisk manewrujący Rosja może kupić około dwudziestu dronów odrzutowych i wysłać przeciw obronie powietrznej dwadzieścia celów zamiast jednego.  Oczywiście, nie oznacza to dwudziestokrotnego wzrostu siły rażenia. Dziewięćdziesiąt kilogramów głowicy Gierania-5 to niecała jedna czwarta tego, co przenosi Ch-101, a zasięg 950 kilometrów wypada blado przy szacowanych dla pocisku manewrującego trzech i pół tysiąca kilometrów. Jednak nie o to przecież Rosjanom chodzi.

Gierań-5 daje Rosjanom coś innego. Możliwość atakowania większą liczbą środków napadu powietrznego, rozpraszania ich na wiele kierunków i przeciążania obrony przeciwlotniczej Ukrainy. W wojnie na wyczerpanie to zdolności cenniejsze od precyzji uderzeń. Interesującą jest też skala produkcji. Ukraiński wywiad podaje, że Rosja wytwarza około trzech tysięcy dronów Gierań-4 i Gierań-5 miesięcznie, przy wstrzymanej produkcji Gierania-3. Kolejne dwa tysiące osiemset sztuk miesięcznie przypada na klasyczne Gieranie-2. Razem daje to ponad trzydzieści trzy tysiące maszyn rocznie. W czerwcu ówczesny Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy Ołeksandr Syrski oceniał, że udział dronów odrzutowych w atakach na Ukrainę może sięgnąć nawet połowy.

Tu ważne rozróżnienie. Dane o zdolnościach wytwórczych to nie to samo co liczba maszyn faktycznie użytych do ataku. W rekordowym dotychczas pod względem skali ataków sierpniu, Rosja odpaliła dwa tysiące osiemset dronów wszystkich typów, czyli mniej więcej połowę deklarowanej produkcji miesięcznej. Jeśli Ukraińcy szacują zdolności produkcyjne Rosjan poprawnie, Moskwa najwyraźniej produkuje także drony na zapas.

Ukraiński system obrony przestał sobie dobrze radzić z rosyjskimi dronami

Ukraiński sukces w walce z dronami opierał się dotychczas nie na skomplikowanych systemach przeciwlotniczych, lecz przede wszystkim na taniej i masowej warstwie obrony. Składały się na nią setki mobilnych grup ogniowych z karabinami maszynowymi i reflektorami, lekkie samoloty i śmigłowce oraz drony przechwytujące kosztujące po kilka tysięcy dolarów. Cały ten system budowano z myślą o celu lecącym z prędkością około 185 kilometrów na godzinę, na małej wysokości, po przewidywalnym torze i pozostającym w zasięgu stanowiska ogniowego przez co najmniej kilkadziesiąt sekund.

Podniesienie prędkości do sześciuset kilometrów na godzinę uderza w każde ogniwo tak zbudowanego systemu. Mobilnej grupie ogniowej zostaje na reakcję tak mało czasu, że oparte na ludziach wykrycie, identyfikacja, decyzja o zestrzeleniu i otwarcie ognia, stają się w praktyce niewykonalne. Konieczna staje się daleko posunięta automatyzacja.

Lekkie samoloty i śmigłowce tracą możliwość pościgu, bo są od celu wolniejsze. Również tanie drony przechwytujące tracą przewagę prędkości potrzebną do dojścia do celu. Z kolei przy maszynach przechwytujących osiągających prędkość kilkuset kilometrów na godzinę pojawiają się trudności ze sterowaniem i niezawodnością, do czego szczerze przyznają się ukraińscy producenci. Czym innym jest bowiem dron przechwytujący, który musi szybko reagować i manewrować, a czym innym dron uderzeniowy o znacznie mniejszych wymaganiach w tym zakresie.

Analityk Konrad Muzyka z Rochan Consulting ujmuje rzecz szerzej. Prędkość i wysokość lotu nowych modeli zacierają granicę między dronem a pociskiem manewrującym. Również zachodni eksperci porównują Gierań-5 do prostej, taniej „rakiety” manewrującej. To sprawia, że również do zwalczania tej kategorii dronów niezbędne są systemy takie, jak te wykorzystywane do zwalczania pocisków manewrujących.

Nie oznacza to oczywiście konieczności porzucenia dotychczasowych rozwiązań, lecz konieczność dobudowania kolejnej warstwy obrony antydronowej. Mobilne grupy ogniowe, lekkie samoloty i tańsze drony przechwytujące nadal pozostają skutecznym środkiem zwalczania tysięcy powolnych Gieraniów-2. Odpowiedzią na maszyny odrzutowe być już jednak nie mogą.

Dlaczego Polska broni się przed dronami odrzutowymi lotnictwem?

W ostatnich dniach nad Lubelszczyzną operowały samoloty F-16, śmigłowce i samolot wczesnego ostrzegania Saab 340 AEW. Ten ostatni był w tym przypadku szczególnie ważny. Radar umieszczony kilka kilometrów nad ziemią pozwala spojrzeć dalej i szybciej zidentyfikować potencjalne zagrożenie, dając pilotom więcej czasu na działanie. Polski pilot, działający zgodnie z procedurami czasu pokoju, potrzebuje znacznie więcej czasu, niż gdyby wykonywał zadanie w pełnym trybie bojowym.

Foto: PAP

Wybór lotnictwa do obrony przed zagrożeniem, jakim są drony odrzutowe, nie jest przypadkowy. Wobec celu o prędkości przelotowej rzędu sześciuset kilometrów na godzinę pozostają bowiem w praktyce dwie kategorie skutecznych środków obrony. Pierwszą są naziemne systemy przeciwlotnicze. W zależności od klasy zapewniają obronę punktową albo osłonę stosunkowo niewielkiego obszaru, a ogranicza je horyzont radiolokacyjny. Nisko lecący cel bywa wykrywany dopiero kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów przed stanowiskiem. Przy takiej prędkości daje to od około minuty do kilku minut na cały łańcuch reakcji, a efektywne okno ogniowe jest jeszcze krótsze, bo część czasu pochłaniają identyfikacja, przekazanie danych i decyzja o użyciu konkretnego efektora.

Drugą kategorią są samoloty odrzutowe. Mają dostateczną przewagę prędkości, własny radar z możliwością obserwacji w dół, pułap dający przewagę oraz zasięg operacyjny mierzony w setkach kilometrów. Pozwalają bronić całych kierunków, a nie tylko wybranych punktów. Poza tym, co ujawnił wiceminister Cezary Tomczyk, zmieniła się istotnie procedura przechwycenia. Dowódca operacyjny wydał rozkaz zestrzelenia obiektu w przypadku przekroczenia granicy państwa z tzw. preautoryzacją – co oznacza, że pilot nie musi już uzyskiwać zgody na zestrzelenie po namierzeniu celu. Przy kilku sekundach na reakcję ma to kluczowe znaczenie.

Ograniczeniem w wykorzystaniu do zwalczania dronów lotnictwa pozostaje oczywiście koszt. Generał dywizji pilot Ireneusz Nowak, obecny Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych, wyliczał swego czasu, że Sidewinder kosztuje od czterystu do pięciuset tysięcy dolarów, a AMRAAM około miliona. Cel wart jest sto tysięcy. Do tego dochodzi resurs samolotu, zużywany w każdej godzinie lotu.

Polska nadal czeka na dostawę większości systemów

Lotnictwo jest dziś najpewniejszym elementem polskiej obrony również dlatego, że samoloty mamy już w służbie. Z innymi zamówionymi systemami nie jest już tak dobrze.

Czytaj więcej

Gen. Nowak: Mogliśmy otworzyć ogień do ukraińskiego MIG-a. Nie widzieliśmy go

Dotyczy to przede wszystkim antydronowego systemu SAN, który zamówiliśmy w styczniu. Każda bateria tego systemu składa się z trzech plutonów ogniowych i plutonu wsparcia. Pojedynczy pluton ogniowy ma własny wóz dowodzenia, stanowiska armat kalibru 30 i 35 milimetrów, wielolufowy karabin maszynowy 12,7 milimetra, kierowane laserowo pociski APKWS, jednorazowe drony przechwytujące MEROPS, radary Ultra i Follow oraz wóz walki radioelektronicznej. Trzy pierwsze plutony pierwszej baterii mają trafić do wojska jeszcze w tym roku. Wszystkie pozostałe mają być dostarczone do stycznia 2028 roku.

SAN jest krytykowany za to, że jest zlepkiem różnych systemów, sklejonym naprędce z tego, co akurat było pod ręką. Nie jest to zarzut trafiony. Dzięki zastosowaniu różnych elementów i tym samym kilku różnych efektorów, udało się stworzyć system umożliwiający obronę wielowarstwową. Słusznie natomiast podnoszony jest argument, że o faktycznej przydatności systemu SAN zdecyduje to, czy połączenie różnych sensorów i efektorów zostanie właściwie i skutecznie zintegrowane. O wartości takiego zestawu decyduje nie liczba efektorów, lecz to, czy jeden system kierowania ogniem potrafi w kilkanaście sekund sklasyfikować cel, przypisać mu właściwą warstwę i przekazać dane do odpowiedniego stanowiska.

Czy zatem SAN może zwalczać drony odrzutowe? Tak, przynajmniej część jego efektorów, przede wszystkim artyleria oraz APKWS, mają takie możliwości. Czy SAN będzie wystarczającą odpowiedzią na masowy nalot szybkich celów z kilku kierunków? Tego dziś jeszcze nie wiemy. W tym zakresie jego możliwości są niejawne. 

Osobną kategorię stanowią rozwiązania, których użyteczność wobec nowej klasy celów zaczyna wydawać się problematyczna. Chodzi o takie pomysły, jak wykorzystanie w charakterze samolotu przeciwdronowego zmodernizowanych samolotów M-28 Bryza (na wzór wykorzystywanych przez Kijów An-26) oraz licznych zamówionych samolotów szturmowych AH-64E Apache Guardian. AH-64E miałby w tym celu wykorzystywać działko kalibru 30 milimetrów i zmodyfikowaną amunicję, teoretycznie również z pociskami APKWS II. Bryza miałaby zwalczać drony najprawdopodobniej przy użyciu karabinów maszynowych. Turbośmigłowa Bryza rozwija przy tym maksymalną prędkość około 350 kilometrów na godzinę, a AH-64E około 290.

FA-50

FA-50

Foto: PAP

Należy też wspomnieć o amunicji. Stosowany w systemie SAN i przewidziany dla AH-64E, pocisk z nakładką APKWS II kosztuje około dwudziestu tysięcy dolarów, czyli jedną piątą ceny drona Gierań-5. Po ubiegłorocznym wtargnięciu rosyjskich dronów nad Polskę Siły Powietrzne zdecydowały o uzbrojeniu w nie samolotów F-16 i FA-50, żeby masowe i tanie cele zwalczać w sposób równie tani. Myśliwiec przenosi takie pociski w zasobnikach i dysponuje jednostką ognia liczącą kilkadziesiąt sztuk. Z tej perspektywy zakup koreańskich samolotów szkolno-bojowych FA-50 może się dziś okazać posunięciem trafnym. 

Rosja nie będzie czekać, aż do Polski trafią wszystkie dostawy

Niestety wiele wskazuje na to, że sprawdzian dla naszej obrony może przyjść szybciej niż uda nam się wprowadzić do służby zamówione już systemy obrony powietrznej. Do końca roku wojsko ma odebrać zaledwie trzy pierwsze plutony ogniowe SAN, co umożliwi zdobycie pierwszych danych o zachowaniu systemu w praktyce. Osobno rozstrzygnie się sprawa zgody Waszyngtonu na integrację pocisków APKWS z FA-50. Pełne dostawy SAN mają się zamknąć w styczniu 2028 roku, ostatnie FA-50PL mają zaś trafić do Polski na początku 2029 roku. 

Najtrudniejsze pytanie nie dotyczy tego, jak sprawnie będziemy stosować procedury przechwycenia celów, lecz tego, czy budowany ogromnym nakładem środków system polskiej obrony zadziała sprawnie podczas nalotu złożonego nie z jednego szybko zbliżającego się obiektu, lecz z dziesiątek dronów lecących równocześnie na różnych wysokościach i z kilku kierunków.