Chińskie media społecznościowe kipią od drwin z nowego amerykańskiego myśliwca szóstej generacji. Chińczycy wytykają Amerykanom, że w swojej najnowszej maszynie F-47 skopiowali rozwiązanie znane z podstawowego chińskiego myśliwca piątej generacji J-20 Mighty Dragon (pol. Mocarny Smok). Chodzi o dodatkowe przednie powierzchnie sterowe, tzw. canardy, umieszczone przed głównym płatem. Rozwiązanie, które przez lata uchodziło na Zachodzie za dyskwalifikujące dla maszyny trudno wykrywalnej przez radary (stealth).

Reklama
Reklama

Już nieco wcześniej, chiński ekspert wojskowy, cytowany przez „Global Times”, przyznał, że F-47 wpisuje się w trendy stealth (brak usterzenia pionowego, płaski nos, kadłub nośny), ale zakwestionował użycie canardów jako elementu typowego dla starszych konstrukcji. Chińscy analitycy podkreślali też, że ich własne maszyny szóstej generacji, czyli ujawnione całkiem niedawno J-36 i J-50, nie mają ani usterzenia pionowego, ani canardów.

Czytaj więcej

Samolot 6. generacji długo do Polski nie nadleci

Z kolei chińskie media państwowe, w tym „Global Times” i CCTV, przedstawiały F-47 jako mało imponującą odpowiedź na chińskie programy, punktując też wielkość płatowca i „wątpliwą” reputację Boeinga, który ma ten samolot dostarczyć. Należy jednak pamiętać, że to media będące propagandowym narzędziem Pekinu, a ich wiarygodność niejednokrotnie pozostawia wiele do życzenia.

Tajemnicze nagranie z okolic Strefy 51. Czy to nowy amerykański myśliwiec?

Pretekstu do nowej fali kpin dostarczyli Chińczykom sami Amerykanie. Na początku czerwca do sieci trafiło termowizyjne nagranie tajemniczej, bezogonowej maszyny, sfilmowanej nocą w okolicach słynnej Strefy 51 w Nevadzie. Analitycy zgodnie uznali materiał za autentyczny. I zgodnie dopatrzyli się na nim canardów.

Szkopuł w tym, że najpewniej maszyna na filmie to nie jest jeszcze F-47. Ten ma mieć oblot dopiero w 2028 roku. Wydaje się, że to raczej latający od lat demonstrator programu NGAD, z którego nowy myśliwiec się wywodzi. Dla chińskich komentatorów to jednak detal bez znaczenia.

Ironia polega na tym, że to zachodni analitycy jako pierwsi przyjęli canardy na chińskich maszynach z politowaniem, wykpiwając je. Gdy J-20 ujawniono, wieszczono, że przednie usterzenie zrujnuje jego charakterystykę stealth, szczególnie z przedniej półsfery. Jednak zdanie o chińskiej maszynie zmieniono stosunkowo szybko. Teraz, gdy podobne rozwiązanie pojawiło się na grafikach i nagraniach amerykańskiej maszyny szóstej generacji, role się odwróciły.

Zanim jednak damy się przekonać, że Amerykanie faktycznie „ściągali” jakieś rozwiązania od Chińczyków (choć sama idea takiego usterzenia nie pochodzi przecież z Chin, o czym za chwilę), warto pamiętać o jednym. Jedyne oficjalne grafiki F-47 zostały, jak przyznają przedstawiciele US Air Force, celowo zniekształcone, by zmylić analityków przeciwnika (czyli głównie Chińczyków). Może się okazać, że Chińczycy drwią z koncepcji, którą stworzono właśnie po to, by z niej drwili i przy okazji zlekceważyli oraz z nagrań, które wcale nie muszą przedstawiać docelowej konfiguracji F-47.

Projektowanie nowych myśliwców. Wszyscy ściągają od wszystkich

Sam spór o to, kto od kogo ściąga, ma w tej historii jeszcze drugi, znacznie starszy aspekt. Chiński J-20 ma bowiem na koncie identyczne zarzuty. Gdy w 2011 roku maszyna wykonała pierwszy lot, bałkańskie źródła wojskowe przekonywały, że Chińczycy zbudowali ją w oparciu o szczątki amerykańskiego F-117, zestrzelonego w 1999 roku nad Serbią. Chińscy agenci mieli skupować fragmenty wraku od okolicznych rolników. Z kolei rosyjskie media państwowe wytykały Chengdu, że układ aerodynamiczny Mighty Dragona (delta plus canardy) podejrzanie przypomina niezrealizowany rosyjski projekt MiG-a 1.44.

Pekin oba zarzuty z oburzeniem odrzucał, przekonując, że jeśli J-20 i amerykańskie konstrukcje cokolwiek łączy, to co najwyżej fakt posiadania skrzydeł i kół. W lotnictwie bojowym spór o to, kto od kogo ściąga, jest równie stary jak historia samolotu. I zazwyczaj równie jałowy. Bo fizyka jest taka sama dla wszystkich, a podobne wymagania prowadzą konstruktorów do podobnych rozwiązań.

Żeby nie być gołosłownym, warto przypomnieć, że canardy są tak stare jak samo lotnictwo. Pierwszym samolotem w układzie kaczki był bowiem Flyer braci Wright z 1903 roku. Maszyna, która wykonała pierwszy w historii lot silnikowy, miała ster wysokości umieszczony z przodu, przed pilotem. Przewrotnie można by zatem powiedzieć, że gdy chińscy eksperci kpią, że canardy w F-47 to „przestarzała technika ze starszych konstrukcji", mają rację w sensie dosłownym. To najstarszy układ aerodynamiczny w dziejach lotnictwa. Starszy niż klasyczny ogon. Tyle że ta sama uwaga dotyczy także ich samolotu J-20.

F-47, czyli nowy amerykański samolot widmo

Wróćmy jednak do F-47, który stał się lotniczym pupilkiem obecnego prezydenta Donalda Trumpa. Co w ogóle wiadomo o maszynie, z której śmieją się Chińczycy? Zaskakująco dużo, jeśli chodzi o plany. I zaskakująco mało, jeśli chodzi o sam samolot.

F-47 to nowa generacja samolotu przewagi powietrznej, a więc myśliwiec, który ma zapewnić panowanie w powietrzu. Takie maszyny optymalizowane są do wygrywania pojedynków powietrznych z samolotami przeciwnika. Dziś taką rolę w amerykańskim lotnictwie pełnią przede wszystkim samoloty F-22 Raptor (pol. Drapieżca) i F-15EX Eagle II (pol. Orzeł).

Kontrakt na F-47 wygrał w marcu 2025 roku Boeing, a oznaczenie maszyny, łamiące dotychczasową logikę numeracji, uhonorowało 47. prezydenta USA (taki numer w chronologii amerykańskich prezydentów ma obecna kadencja Donalda Trumpa). W ten sposób obecny prezydent USA nie tylko wskazał zwycięzcę w konkursie na samolot szóstej generacji (konkurentem Boeinga był w nim Lockheed Martin, producent F-35), ale zostawił także swój ślad w historii amerykańskiego lotnictwa.

Pierwszy egzemplarz powstał w zakładach w St. Louis, które na potrzeby programu przechodzą rozbudowę. Ze znanego obecnie harmonogramu wynika, że oblot zaplanowano na 2028 rok, a wejście do służby na początek lat trzydziestych. US Air Force chce kupić co najmniej 185 takich maszyn, które zastąpią myśliwce F-22 Raptor. Tych ostatnich w służbie pozostaje obecnie około 180. Wymiana ma nastąpić zatem niemal w stosunku 1 do 1.

I na tym twarde fakty właściwie się kończą. Nie istnieje ani jedno potwierdzone zdjęcie F-47. Amerykanie ujawnili dotąd jedynie dwa oficjalne rendery, co do których sami przyznają, że zostały celowo zniekształcone. Sekretarz Sił Powietrznych Troy E. Meink kpił zresztą publicznie, że chińscy analitycy spędzają nad tymi grafikami mnóstwo czasu. I życzył im powodzenia w wyciąganiu z nich czegokolwiek.

Wiadomo natomiast, że samolot nie powstaje w próżni. W ramach programu NGAD od lat latają tajne demonstratory. Dwa eksperymentalne X-plane'y oblatano w 2019 i 2022 roku. To najpewniej jeden z nich sfilmowano na początku czerwca w rejonie Strefy 51. Dają one jakieś wyobrażenie o kierunku prac. Nie przesądzają jednak o docelowej konfiguracji tej maszyny.

Konkurenci F-47. Trójsilnikowy potwór i jego morski kuzyn

Paradoksalnie znacznie więcej wiemy o konkurentach F-47. Chińczycy wybrali strategię dokładnie odwrotną niż uczynili to Amerykanie. Swoje maszyny szóstej generacji pokazali światu demonstracyjnie – przelotu dokonali 26 grudnia 2024 roku, w biały dzień, nad gęsto zaludnionymi miastami. I pozwolili nową maszynę obfotografować, co wzbudziło początkowo podejrzenia, że to fragment chińskiej dezinformacji. W powietrzu zaprezentowały się wówczas dwa bezogonowe samoloty: większy, przypisywany zakładom z Chengdu i ochrzczony przez analityków jako J-36, oraz mniejszy, dzieło Shenyangu, znany jako J-50.

J-36 to konstrukcja, jakiej, według Chińczyków, „nie zbudował dotąd nikt”. I wyjątkowo nie ma w tym przesady. To ciężka, bezogonowa maszyna napędzana trzema silnikami, z szeroką kabiną, w której dwóch członków załogi siedzi obok siebie. To taki sam układ miejsc dla załogi, jak w rosyjskim Su-34 czy wycofanym już ze służby amerykańskim F-111.

Analitycy przypisują nowej maszynie duży zasięg, spory udźwig i przeznaczenie wykraczające daleko poza klasyczną walkę powietrzną. Mówi się o myśliwcu z ogromnym zapasem pocisków, o statku-matce dla dronów, wreszcie o „bombowcu regionalnym”, być może nawet o wszystkim naraz. Pewne jest jedno. Chiński program nie stoi w miejscu, bo pod koniec 2025 roku zaobserwowano prawdopodobnie już trzeci prototyp tej maszyny.

O J-50 wiadomo znacznie mniej. Samolot jest mniejszy, dwusilnikowy, również pozbawiony usterzenia pionowego. Ma być przystosowany do operacji z pokładów lotniskowców. Możliwe zatem, że to samolot pokładowy szóstej generacji przeznaczony dla budowanych dopiero chińskich lotniskowców atomowych.

Czytaj więcej

Lekcja z Iranu dla Chin. Pekin wyciąga wnioski z wojny prowadzonej przez USA

Wszystkie te obserwacje opierają się na ledwie kilku zdjęciach. Trudno zatem ocenić ich wiarygodność. Należałoby je, póki co, zaliczyć raczej do spekulacji. Najnowsze materiały z 2026 roku sugerują, że kampania prób w locie trwa. We wrześniu 2025 roku maszyna doczekała się zresztą oficjalnego wyróżnienia. Podczas wielkiej parady w Pekinie wymieniono ją wśród chińskich myśliwców szóstej generacji.

Kto zatem prowadzi w tym wyścigu? Chińczycy chętnie podkreślają, że ich prototypy latają już od końca 2024 roku, podczas gdy F-47 wzbije się w powietrze najwcześniej w 2028 roku. Amerykanie odpowiadają, że ich demonstratory latały, gdy o J-36 nikt jeszcze nie słyszał. Tyle że latały w tajemnicy. Wojna na memy i wzajemne złośliwości trwa więc w najlepsze. A prawda, jak zwykle, po obu stronach Pacyfiku, pozostaje utajniona.

Niezaprzeczalnym faktem pozostaje za to, że poza Chinami i USA prawie nikt nie jest dziś blisko zbudowania samolotu szóstej generacji i wcielenia go do operacyjnej służby. Rosja już dawno z tego wyścigu wypadła i obecnie stara się dogonić generacyjnie poziom piąty (latający Su-57 i pozostający wciąż na papierze Su-75). Niemiecko-francuski projekt takiej maszyny (FCAS) właśnie został oficjalnie pogrzebany. Rezultaty pracy nad drugą międzynarodową maszyną GCAP (Wielka Brytania, Włochy i Japonia), choć przebiegają zgodnie z harmonogramami, nie są wcale pewne. Obecny plan przewiduje jednak oblot demonstratora w 2027 roku i wejście do służby w okolicach 2035 roku. Harmonogram zbliżony jest zatem do tego, który przyjęto dla F-47.

J-20. Smok, z którego już nikt się nie śmieje

Na koniec warto wrócić do drugiego po F-47 bohatera całego zamieszania, czyli chińskiego J-20. Historia tej maszyny powinna być dla Zachodu przestrogą przed zbyt pochopnym wyśmiewaniem czegokolwiek, co pochodzi z Chin. Gdy Mighty Dragon wchodził do służby w 2017 roku, traktowano go z przymrużeniem oka. Wytykano mu canardy, słabe silniki i status „co najwyżej demonstratora technologii”. Mało kto brał wówczas pod uwagę, że taki kształt tej maszyny stanowił świadomy kompromis między „niewidzialnością” i zwrotnością samolotu. Dziś nikomu do śmiechu już nie jest.

W 2020 roku Chiny miały około 50 tych maszyn. Obecnie, według różnych szacunków, może to już być ponad 300. Docelowo flota ma urosnąć do około 400 egzemplarzy, czyniąc z J-20 najliczniejszy, poza F-35, samolot stealth świata.

Po drodze rozwiązano też problem, który przez lata był piętą achillesową programu: silniki. J-20 latał najpierw na rosyjskich silnikach AL-31, a potem na krajowych WS-10. Jednak dopiero docelowe chińskie silniki WS-15 mają mu wreszcie dać zdolność lotu naddźwiękowego bez dopalacza.

Tempo produkcji tego samolotu ma obecnie sięgać nawet 120 maszyn rocznie, choć tę liczbę (opartą w dużej mierze na chińskich przekazach) wypada traktować ostrożnie. Warto też pamiętać, że nawet jeśli ta informacja jest prawdziwa, to tempo produkcji amerykańskich F-35 i tak jest znacznie większe (średnio około 156 maszyn rocznie, a w rekordowym 2025 roku aż 191).

I to jest właściwa pointa całej opisywanej historii. Chińczycy mogą drwić z canardów na amerykańskich renderach. Amerykanie mogą kpić z chińskich analityków ślęczących nad fejkowymi grafikami. Ale gdy opadnie kurz po internetowych przepychankach, liczyć się będzie to, co zawsze: czyj samolot poleci, kiedy, w jakiej liczbie i za ile. Wojnę na memy wygrać łatwo. Przewaga w powietrzu wymaga zaś nie tylko zaawansowanych technologii, ale też odpowiedniego tempa prac rozwojowych i wielkoskalowej produkcji. A tę lekcję, jak pokazuje historia wyśmiewanego niegdyś J-20, Chińczycy odrobili już dawno.