W tym roku 9 maja, po raz pierwszy od 2007 roku, na Placu Czerwonym nie pojawi się żadna kolumna pancerna. Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej tłumaczy decyzję dość enigmatycznie: „obecną sytuacją operacyjną”. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow mówi już bez owijania w bawełnę: chodzi o realne zagrożenie ukraińskimi dronami.

Reklama
Reklama

Defilada Zwycięstwa, symboliczne święto rosyjskiego militaryzmu, odbędzie się wyjątkowo skromnie: bez ciężkiego sprzętu, bez kadetów szkół suworowskich i nachimowskich, w cieniu wyłączonej w stolicy telefonii komórkowej i pod osłoną ściągniętych z całego obszaru Federacji systemów przeciwlotniczych. To najbardziej spektakularne przyznanie się do porażki, jakie Kreml mógł zaserwować.

Dla porównania, w jubileuszowym 2025 roku w defiladzie wzięło udział 11,5 tys. żołnierzy oraz 153 jednostki sprzętu wojskowego, a Putin gościł na trybunie 27 zagranicznych przywódców, w tym Xi Jinpinga. W 2026 roku lista zagranicznych delegacji do końca pozostawała niejasna.

Zachód uwierzył w mit nieprzeniknionej kopuły obronnej nad Rosją

Przez dekady rosyjska propaganda militarna sprzedawała Zachodowi obraz nieprzeniknionej kopuły obronnej rozciągniętej od Kaliningradu po Krym. I Zachód w to uwierzył. Renomowane think tanki, sztabowcy NATO, autorzy gier wojennych w RAND Corporation i CSIS zgodnie przekonywali, że próba przełamania rosyjskich „baniek antydostępowych” oznaczałaby dla Sojuszu katastrofalne straty w lotnictwie – dziesiątki, jeśli nie setki samolotów strąconych w pierwszych dniach operacji. Operowanie F-15, F-16, a nawet F-35 w promieniu 400 kilometrów od linii rosyjskich systemów uznawano za graniczące z samobójstwem.

Drony zmieniają współczesne pole walki

Drony zmieniają współczesne pole walki

Foto: PAP

Ponad cztery lata wojny z Ukrainą obnażyły fundamentalną słabość tej narracji. Pod ciosami ukraińskich rakiet i dronów strefy antydostępowe zaczęły pękać niczym mydlane bańki. Okazało się, że w starciu z przeciwnikiem stosującym elastyczną, sieciową i kosztowo asymetryczną strategię, nawet najgęstsza obrona przeciwlotnicza nie tworzy szczelnej tarczy. Jest natomiast podatnym na erozję systemem, z którego stosunkowo łatwo można wybijać kolejne elementy.

Mit niedostępnego nieba nad Rosją upadł przy zastanawiającym milczeniu zaskoczonych zachodnich analityków i sympatyków „drugiej armii świata”.

Panika w Rosji. Przed defiladą wojskową w Moskwie w rejon rosyjskiej stolicy ściągnięto baterie zestawów S-300 i S-400

Skala przygotowań do tegorocznej Defilady Zwycięstwa pokazuje rozmiary rosyjskiej paniki. Według doniesień medialnych, w tym prasy niemieckiej, w okolice Moskwy ściągnięto setki zestawów obrony przeciwlotniczej, w tym dodatkowe baterie S-300 i S-400, a wokół stolicy tworzony jest kolejny krąg systemów obrony powietrznej. Część z nich sprowadzono z Białorusi, część zdjęto z osłony obiektów strategicznych, czyli z miejsc, w których miały bronić infrastruktury energetycznej, paliwowej i wojskowej Federacji Rosyjskiej.

To typowo rosyjskie podejście. Każdy zestaw przeciwlotniczy zdjęty z osłony rafinerii w Riazaniu, składu paliw w Engelsie czy zakładów chemicznych nad Wołgą oznacza, że obiekt ten na czas defilady traci swój parasol ochronny. A jeśli ukraiński wywiad rzeczywiście wie, które systemy zostały przesunięte i skąd – a jest to bardzo prawdopodobne – otwiera to dziesiątki nowych korytarzy uderzeniowych dokładnie w tym momencie, w którym Kreml potrzebuje spokoju najbardziej.

Rosja została postawiona przed dylematem, którego nie da się rozwiązać: albo obrona defilady na Placu Czerwonym, albo zaplecza energetycznego. Bronić jednocześnie wszystkiego po prostu się nie da. Odwołanie defilady oznaczałoby zaś blamaż państwa.

Czytaj więcej

Alarm w Czeczenii. Drony uderzają w imperium Kadyrowa

A Rosjanie mają się czego bać. W nocy z 4 na 5 maja rosyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało o przechwyceniu 289 ukraińskich dronów, a w kolejnych dobach skala ataków utrzymywała się na podobnym poziomie. Według źródeł tylko w rejonie samej Moskwy w ciągu doby z 7 na 8 maja strącono niemal 90 ukraińskich dronów. Jakby tego było Rosjanom mało, Wołodymyr Zełenski oświadczył publicznie, że Ukraina nie gwarantuje bezpieczeństwa zagranicznym delegacjom przyjeżdżającym na Plac Czerwony.

Ukraińskie drony nad Moskwą

Ukraińcy nie zamierzają odpuścić. Już na dzień przed paradą zwycięstwa, na podejściach do rosyjskiej stolicy strącono w nocy 25 ukraińskich dronów, a w ciągu doby liczba ukraińskich dronów strąconych w rejonie rosyjskiej stolicy wyniosła niemal 90. W związku z dronami, które pojawiły się w rejonie stolicy, tymczasowo zawieszono działanie dwóch podmoskiewskich lotnisk: Wnukowa i Domodiedowa.

Rosja groziła wcześniej atakiem odwetowym na centrum Kijowa, jeśli ukraińskie drony zakłócą przebieg moskiewskich obchodów. Agencja TASS poinformowała, że Ministerstwo Obrony Rosji ogłosiło jednostronne zawieszenie broni na froncie w dniach 8–10 maja, by uczcić rocznicę zakończenia wojny. Interfax, donosząc o kolejnych dronach strącanych na podejściach do Moskwy, zarzucił stronie ukraińskiej zignorowanie tego rozejmu, ale to akurat nikogo specjalnie nie dziwi. Przy okazji zapomniano wspomnieć, że wcześniej Rosja naruszyła podobny rozejm ogłoszony przez Ukraińców.

W dniach poprzedzających defiladę drony atakowały cele w głębi Rosji. W czasie ataku na Jarosław doszło do pożaru rafinerii Sławnieft-JANOS, która przerabia około 15 milionów ton ropy rocznie. To jedna z pięciu największych rafinerii w Rosji i największa w Centralnym Okręgu Federalnym. O ataku poinformował osobiście prezydent Wołodymyr Zełenski, podkreślając, że Jarosław jest oddalony o ponad 700 km od granic Ukrainy. Z kolei w ataku na Rostów nad Donem ucierpiał zakład chemiczny Empils, produkujący farby, lakiery i chemię przemysłową, oraz naukowo-techniczne centrum „Radar”, zajmujące się pracami nad elektroniką i systemami radiolokacyjnymi, współpracujące z rosyjskim Ministerstwem Obrony.

Jakie systemy miały tworzyć przeciwlotnicze strefy śmierci 

Przeciwlotnicze strefy śmierci w terminologii wojskowej nazywane są „bańkami antydostępowymi”. To językowa kalka z angielskiego Anti-Access/Area Denial bubble (A2/AD). W praktyce oznaczają strefę, w której warstwowy system obrony ma uniemożliwić przeciwnikowi dostęp powietrzny, morski lub lądowy.

Najbliżej granic Polski taką „przeciwlotniczą strefę śmierci” miał stanowić – jak wynikało z deklaracji rosyjskich, ale także analiz NATO – obwód królewiecki. Największa i mająca z oczywistych powodów kluczowe znaczenie była strefa wokół Moskwy. Poza wymienionymi miejscami, takimi rosyjskimi „żelaznymi kopułami” miały być objęte również kluczowe obiekty rosyjskiej infrastruktury wojskowej, w tym lotniska sił odstraszania nuklearnego, baza Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu oraz rosyjski kontyngent w Syrii.

Czytaj więcej

Wojnę Rosji z Ukrainą mogą rozstrzygnąć sztuczna inteligencja, drony i roboty

Fundamentem tej koncepcji była obrona warstwowa. S-400 Triumf i wprowadzany do służby S-500 stanowiły warstwę dalekiego zasięgu. Uzupełniały je systemy S-300PM/PM2 oraz nowy S-350 Witiaź. Średni zasięg miały zapewniać Buki M2/M3, mobilną obronę punktową – Tory M2, a rolę „bramkarza” zwalczającego to, co przedrze się przez wcześniejsze warstwy, przypisano zestawom Pancyr S1/S2. Całość spinały radary wczesnego ostrzegania: Niebo-U, Niebo-M, Podlot, Protiwnik-GE oraz powietrzny komponent rozpoznawczy w postaci samolotów A-50.

Mit bańki rosyjskiej bańki antydostępowej prysł, czas na przebudzenie

Kreml chwalił się skutecznością swoich systemów na poziomie 98 procent. Zachodni eksperci w dużej mierze w to uwierzyli – i to nie tylko publicyści, ale także poważne ośrodki analityczne. Symulacje sztabowe RAND Corporation z lat 2016–2019 dotyczące hipotetycznego konfliktu o państwa bałtyckie wskazywały, że NATO nie byłoby w stanie skutecznie operować lotniczo nad Estonią, Łotwą i Litwą bez wcześniejszej, kosztownej kampanii przeciwko systemom obrony powietrznej, prowadzonej przez kilkanaście dni i okupionej dziesiątkami zestrzelonych maszyn.

Analitycy CSIS przekonywali, że Kaliningrad (Królewiec) to bastion zdolny w pierwszych godzinach wojny odciąć państwa bałtyckie od reszty Sojuszu. W Sztokholmie, Helsinkach i Warszawie powtarzano, że bez F-35 i pełnej koordynacji z amerykańskimi B-2 jakakolwiek operacja w cieniu rosyjskiej „bańki” przeciwlotniczej jest niewykonalna.

Drony używane przez armie Rosji i Ukrainy

Drony używane przez armie Rosji i Ukrainy

Foto: PAP

W zachodnich publikacjach branżowych pojawiały się tezy jeszcze dalej idące: że S-400 widzi i niszczy F-35, że radary Niebo-M wykrywają samoloty stealth. Obraz, który się z tego wyłaniał, był jednoznaczny – wokół Rosji rozciąga się strefa, w której zachodnie lotnictwo nie ma czego szukać. Krym postrzegano jako niezatapialny lotniskowiec dominujący nad zachodnią częścią Morza Czarnego. Sewastopol miał być nie do zdobycia, baza Humajmim w Syrii nie do tknięcia, a lotniska sił odstraszania nuklearnego pod Engelsem czy w Olenii miały być całkowicie bezpieczne za wielowarstwową osłoną.

Ponad cztery lata wojny na Ukrainie zweryfikowały każde z tych twierdzeń. Nadszedł czas przebudzenia, ale i lekcji. I to nie tylko dla Rosji, ale także dla Zachodu, w tym Polski.

Najważniejsza lekcja ukraińska nie brzmi „rosyjska obrona przeciwlotnicza nie działa”. Brzmi: „rosyjska obrona przeciwlotnicza nie wytrzymuje ekonomii walki narzuconej przez przeciwnika, do walki, z którym nie została stworzona”.

Skala erozji jest dziś dobrze udokumentowana. Ukraińska Służba Bezpieczeństwa podała w lutym 2026 roku, że jednostka Alfa zniszczyła w samym 2025 roku rosyjskie systemy OPL o łącznej szacowanej wartości około 4 miliardów dolarów. Niezależny zespół OSINT Oryx, opierający się wyłącznie na wizualnie potwierdzonych stratach, według stanu na 1 stycznia 2026 roku odnotował w samym 2025 roku 77 zniszczonych rosyjskich systemów rakiet ziemia-powietrze i 23 stacje radarowe, a sumarycznie od początku wojny – co najmniej kilkaset elementów rosyjskiej obrony powietrznej. Ukraiński Sztab Generalny mówi o liczbach jeszcze wyższych. Niezależnie od metodologii skala przekracza możliwości produkcyjne rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. To nie są straty „kosmetyczne”. To erozja zdolności do utrzymania ciągłej, warstwowej obrony na wielu kierunkach jednocześnie.

Jak Ukraińcy paraliżują rosyjską obronę przeciwlotniczą

Flagowe systemy dalekiego zasięgu, którymi Kreml chętnie chwalił się na defiladach, okazały się znacznie mniej skuteczne, niż sugerowano. Półwysep krymski – ze względu na koncentrację radarów, baterii i systemów dowodzenia – stał się najlepszym poligonem demonstrującym ich rzeczywiste możliwości. Przede wszystkim zaś ich słabości.

Schemat ukraińskich uderzeń, prowadzonych od 2023 roku, jest niemal podręcznikowo powtarzalny. Najpierw eliminowane są radary wczesnego ostrzegania, najczęściej za pomocą pocisków AGM-88 HARM odpalanych z samolotów MiG-29 lub Su-27 zaadaptowanych do przenoszenia uzbrojenia natowskiego. Następnie, gdy system straci „oczy”, uderzenia ATACMS oraz Storm Shadow/SCALP eliminują wyrzutnie i stanowiska dowodzenia. Wreszcie do akcji wchodzą drony, które dobijają to, co ocalało, a przy okazji polują na pojazdy logistyczne i załogi.

Czytaj więcej

Wyjaśniły się doniesienia o nocnych eksplozjach na Krymie. Ukraiński sztab wydał komunikat

Atak z 25 lutego 2026 roku w rejonie Eupatorii to wzorcowy przykład. Ukraińskie siły specjalne zniszczyły wyrzutnię systemu S-400, radar 92N6E i elementy wsparcia, a tej samej nocy obok Rosjanie stracili zestaw Pancyr-S1, który miał osłaniać kompleks. Dwa tygodnie wcześniej, 12 lutego, w rejonie Eupatorii zniszczono radar Niebo-U (55Zh6U) o wartości szacowanej na około 100 milionów dolarów. Zniszczono kluczowy element wczesnego ostrzegania zdolny wykrywać cele na duże odległości, w tym o niskiej sygnaturze radarowej.

Takie przykłady można byłoby w tym miejscu mnożyć bez końca.

Wszystkie słabości rosyjskiej obrony przeciwlotniczej

Problem nie sprowadza się do jakości rosyjskiego sprzętu. To kombinacja kilku nakładających się słabości.

Pierwsza słabość to niedopasowanie do profilu zagrożeń. Cały system projektowano pod pełnoskalowy konflikt z NATO – miał zwalczać pociski manewrujące, samoloty i głowice balistyczne. Dlatego małe drony o znikomej sygnaturze radarowej i nieregularnych profilach lotu wymykają się logice systemu.

Czytaj więcej

Drony wleciały nad Łotwę znad Rosji. Minister: Prawdopodobnie ukraińskie. Ogień w składzie paliw

Druga słabość to ograniczona integracja sieciowa. Rosjanie utrzymują de facto dwa równoległe systemy dowodzenia: jeden taktyczno-operacyjny przy froncie, drugi strategiczno-operacyjny w głębi kraju. Nie są one w pełni zintegrowane, a próba zbudowania jednolitego systemu wymiany informacji łączącego sensory wojskowe, cywilne i przemysłowe za każdym razem kończy się fiaskiem. Zapowiadany na sierpień 2024 roku zintegrowany system antydronowy nadal nie istnieje. W rezultacie w głębi Rosji obrona infrastruktury często sprowadza się do żołnierza z karabinem maszynowym, który wzrokowo wypatruje dronów: w nocy, na dystansie kilku sekund od celu. Ukraińska gęsta sieć czujników akustycznych, tabletów taktycznych i mobilnych grup ogniowych, wspierana uczeniem maszynowym (czyli wykorzystaniem AI), jest zdecydowanie bardziej zaawansowana.

Trzecia słabość wynika z łatwości saturacji pola walki dzięki wykorzystaniu tanich, a mimo to bardzo skutecznych dronów. To całkowicie zmienia ekonomię walki. Przeciążenie systemów obrony powietrznej, które muszą w jednym momencie rozpoznać i zwalczać mnóstwo małych celów, staje się stosunkowo proste i tanie.

Czwartą słabością Rosjan są ograniczenia produkcyjne i logistyczne. Produkcja systemów przeciwlotniczych jest skomplikowana i wyjątkowo czasochłonna – nie przypadkiem wartość każdego z nich liczona jest w dziesiątkach i setkach milionów dolarów. Sankcje i związany z nimi brak dostępu do komponentów, próby zastąpienia ich rozwiązaniami chińskimi (które wymagają długiego procesu integracji) – wszystko to wydłuża cykl produkcyjny. Dlatego Rosja nie jest dziś w stanie odtwarzać systemów przeciwlotniczych w tempie dorównującym stratom. Poważnym problemem staje się też utrata ludzi obsługujących te systemy. Szkolenie nowej obsługi systemu przeciwlotniczego zajmuje lata, a Rosja straciła wielu takich specjalistów. Pozostali przy życiu operatorzy są często skrajnie przemęczeni ciągłymi dyżurami bojowymi i brakiem rotacji.

Rosja, czyli państwo za duże do obrony

Jedną z większych słabości Rosji jest też jej geografia. Rosja jest krajem ogromnym. Przeniesienie mobilnej grupy spod jednej rafinerii pod drugą, oddaloną o tysiąc kilometrów, nie ma sensu. Większość systemów jest dziś związana z frontem, obwodem moskiewskim i leningradzkim. Dalej położone terytoria pozostają w dużej mierze odsłonięte. Ataki na rafinerie w obwodzie samarskim i riazańskim, na port w Noworosyjsku, na zakłady chemiczne EuroChem czy na samą Moskwę pokazują, że uderzenia sięgają coraz dalej i są coraz bardziej rozproszone, a rosyjska obrona przeciwlotnicza ma coraz więcej dziur. Żaden kraj nie jest w stanie bronić wszystkiego. Duże państwo tym bardziej.

Trzeba uczciwie przyznać, że rosyjska obrona przeciwlotnicza nie jest przykładem kompletnej kompromitacji ani niekompetencji. W kilku obszarach wciąż realizuje swoje zadania. Nie należy o tym zapominać, choćby dlatego, że rzetelna ocena przeciwnika jest warunkiem rzetelnego planowania własnej obrony.

Po stronie rosyjskich sukcesów można wymienić: zestrzelenie ponad stu ukraińskich samolotów i śmigłowców, skuteczne zmuszenie ukraińskiego lotnictwa do operowania na ekstremalnie niskim pułapie oraz względnie szczelną obronę ścisłej stolicy.

Jakie wnioski dla Polski i NATO płyną z problemów Rosji z obroną swojego nieba?

Z nowymi zagrożeniami powietrznymi problem mają nie tylko Rosjanie. Wystarczy przypomnieć choćby problemy z wykryciem i zwalczaniem dronów, które naruszyły polską przestrzeń powietrzną. Podobnie działo się w przypadku ukraińskich ataków na rosyjskie porty nad Bałtykiem, kiedy drony naruszały przestrzeń powietrzną państw bałtyckich. Po ostatnim incydencie (7 maja 2026), w trakcie, którego dwa drony rozbiły się na terytorium Łotwy, a jeden z nich uderzył w skład ropy naftowej w Rzeżycy, uszkadzając cztery puste zbiorniki, łotewskie wojsko wprost przyznało, że systemy wykrywania zwyczajnie zawiodły.

Dla Polski, która buduje w ramach programów Wisła, Narew i Pilica własny warstwowy system obrony powietrznej, oznacza to konieczność rozwoju dodatkowej warstwy antydronowej, zarówno kinetycznej (drony przechwytujące, działa 35 mm z amunicją programowaną), jak i niekinetycznej, opartej na walce elektronicznej. Częściowo zostanie to osiągnięte dzięki wprowadzeniu do służby systemów SAN.

Czytaj więcej

Marek Kutarba: Mamy szansę nie być już doświadczalnym poligonem Rosji

Z tym samym problemem musi się zmierzyć całe NATO. Podobne wnioski płyną nie tylko z konfliktu ukraińsko-rosyjskiego, ale też z doświadczeń konfrontacji koalicji izraelsko-amerykańskiej z Iranem.

Sama warstwa antydronowa to jednak za mało. Niezbędna jest pełna integracja (co na szczęście zaczyna się dziać) systemów Wisła, Narew i Pilica+ z sensorami i lotnictwem, w tym F-35, oparta na jednolitej architekturze IBCS (Integrated Battle Command System – zintegrowany system dowodzenia walką), której rosyjski system nie ma i nie będzie miał. Konieczne są także zwiększone zapasy tanich efektorów do zwalczania celów niskokosztowych. Bo taka jest dziś arytmetyka wojny: nie wygrywa ten, kto ma droższe, bardziej wyrafinowane rakiety, lecz ten, kto ma ich zwyczajnie więcej.

Krytyczna pozostaje też ochrona własnych sensorów i węzłów dowodzenia oraz budowa rezerw przemysłowych i obrony cywilnej na wzór ukraiński. Bo żadna „bańka antydostępowa” nie zastąpi zdolności państwa do absorpcji uderzeń i szybkiej regeneracji. Jak istotny jest ten element obrony, Rosja, Ukraina i bliskowschodni Iran są dziś najlepszym przykładem.