Wicepremier minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz wystąpił dziś przed kamerami w Płocku i opowiadał o tym, jak budujemy system obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Można to odczytać jako próbę politycznego lansu i uspokojenia nastrojów społecznych, po tym, gdy we wtorek wieczorem na antenie Polsatu gen. Michał Marciniak stwierdził, że obecnie duże miasta nie są chronione antyrakietowo systemami, które posiadamy. Słowa te odbiły się szerokim echem i wywołały poruszenie medialne. Jednak gen. Marciniak nie powiedział niczego nowego, a ci, którzy śledzą uważnie obszar obronności, zaskoczeni być nie mogą. Przy tej okazji warto przypomnieć kluczowe fakty dotyczące polskiej obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej.

Nie da się obronić całego terytorium. Kluczowa infrastruktura krytyczna

Po pierwsze, nie każdą rakietę czy bezzałogowca, który wlatuje w naszą przestrzeń powietrzną, trzeba zestrzelić. Jeśli dany obiekt obserwujemy i widzimy, że jego trajektoria lotu kończy się w polu czy w lesie, to nie ma sensu marnować sił i środków, by go zestrzelić wcześniej.

Warto też sobie uświadomić, że nawet gdy nasz wielowarstwowy zintegrowany system obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej będzie już gotowy, to nie będzie on obejmował terytorium całego kraju i nie wszystkie obiekty lecące na Białystok, Lublin czy Chełm zostaną wyeliminowane. Chroniona będzie infrastruktura krytyczna, jak rafinerie, elektrownie czy porty, być może te największe aglomeracje, poszczególne zgrupowania wojskowe, ale na pewno nie cały obszar Rzeczpospolitej. Takim systemem, i to też nie dającym stuprocentowej skuteczności, dysponuje jedynie Izrael, którego powierzchnia to mniej więcej połowa województwa mazowieckiego.

Powiedzmy sobie wprost: w czasie wojny Polacy będą narażeni na ataki rakietowe i dronowe i z tego powodu będą zabici i ranni. Tak jak to teraz jest na Ukrainie. Otwarta pozostaje skala tego zjawiska.

Wicepremier, minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz podczas konferencji prasowej na pło

Wicepremier, minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz podczas konferencji prasowej na płockim osiedlu Radziwie, 20 bm. Konferencja dot. funkcjonowania systemu obrony powietrznej RP.

Foto: PAP/Paweł Supernak

Wisła, Narew, Pilica, San

Drugim kluczowym faktem dotyczącym obrony polskiego nieba jest to, że jesteśmy w trakcie budowy systemu, który ma nas chronić. I ten proces potrwa w sumie kilkanaście lat. Już w 2018 r. zamówiliśmy pierwsze dwie baterie systemu Patriot, które obecnie są w pełnej gotowości. W 2023 r. podpisaliśmy umowę na kolejnych sześć, które będą dostarczone w latach 2027-29. Ich zasięg to prawie 100 km. Problemem są pociski do tego systemu, ponieważ Amerykanie już nam dali znać, że dostawy się opóźnią. System Patriot w ramach programu Wisła tworzy górne piętro naszej obrony stacjonarnej.

Czytaj więcej

Maciej Miłosz: Ukraińskie mrzonki o produkcji pocisków do Patriotów

Niższe piętra to program Narew, m.in. z pociskami Camm, Pilica oraz San, który ma się skupiać głównie na zwalczaniu bezzałogowców. Te warstwy systemu będą tworzone w przeważającej części w polskim przemyśle. Górne piętra będą zintegrowane za pomocą systemu IBCS, co w praktyce ma się przekładać na bardziej efektywne wykorzystanie systemu (wykorzystywanie jak najtańszych efektorów) i większą świadomość operacyjną, ponieważ poszczególne elementy systemu będą ze sobą „rozmawiać”. Oczywiście w obronę polskiego nieba w czasie „W” i nie tylko zaangażowane są również nasze samoloty, m.in. F-16.

Jak to wygląda czasowo? Wszystkie baterie systemu Patriot powinny być w pełni operacyjne w 2030 r. Podobnie powinno być w przypadku Sana i Pilicy, choć w przypadku tego pierwszego jest jeszcze co najmniej kilka znaków zapytania. Na początku przyszłej dekady dosyć zaawansowane będą już dostawy Narwi. Wydaje się, że wówczas będziemy mieli jeden z najlepszych i najbardziej zaawansowanych technologicznie systemów obrony nieba na świecie. Nie zmienia to tego, że nie przechwyci on wszystkiego, co w razie W będzie lecieć na Polskę, a zmasowane ataki Rosjan na Ukrainę, które widzimy w ostatnich dniach, gdy wykorzystywane są setki środków napadu powietrznego, także nam wyrządziłyby duże szkody.

200 mld zł na obronę nieba

W czasie swojej konferencji Władysław Kosiniak-Kamysz przypomniał, że na budowę tego systemu wydamy ponad 200 mld zł. Niektórzy mówią nawet o 250 mld zł. Jest to kluczowy i najdroższy program Wojska Polskiego. Jeśli ten system nie będzie działał, to nasze samoloty F-35 czy setki czołgów w czasie „W” nawet nie zdążą wyjechać z hangarów, a nasze wojska będą dziesiątkowane.

By te środki były jak najlepiej wykorzystane, powinniśmy skupić się na trzech rzeczach. Ten system powinien być budowany w jak największym stopniu w oparciu o polski przemysł zbrojeniowy, co w dużej mierze się dzieje. Choć oczywiście system Patriot kupujemy w USA – wyrzutnie już produkuje Huta Stalowa Wola, a te niższe warstwy są w dużej mierze produkowane przez zakłady w Polsce. To w pewnym stopniu pozwoli na odtwarzanie potencjału w czasie „W”.

Po drugie, Wojsko Polskie powinno dobrze „ułożyć” sposób używania tych narzędzi, czyli zdefiniować, gdzie i jak te baterie będą przyporządkowane. Obecnie trwa debata na temat tego systemu i wypada trzymać kciuki, że nie wygra „wojskowy beton”, czyli ludzie mówiący: róbmy tak, jak robiliśmy zawsze, po co coś zmieniać? Te narzędzia wymagają dostosowania struktur i innowacyjnego podejścia.

Wreszcie, budując nasz system obrony nieba, powinniśmy oczywiście patrzeć zarówno na doświadczenia Ukrainy jak i naszych zachodnich partnerów. Ale też pamiętać o tym, że akurat w tej materii nasi sąsiedzi zza Zachodu są kilka lat spóźnieni, a ci ze Wschodu radzą sobie, czym mogą (np. strzelają do bezzałogowców ręcznymi karabinami z samolotów) z racji tego, że nie mają spójnego, zbudowanego wcześniej systemu.

Czy możemy więc spać spokojnie? Utrzymując olbrzymi wysiłek finansowy, za 4-5 lat Wojsko Polskie pod kątem obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej powinno zostać jednym z liderów NATO. Szanse na to, że wcześniej Federacja Rosyjska dokona pełnoskalowego ataku na Polskę są minimalne. Nie zmienia to tego, że pojedyncze pociski czy bezzałogowce mogą wcześniej w ramach różnego rodzaju prowokacji i wojny hybrydowej wlecieć na nasze terytorium, a my nie będziemy w stanie ich przechwycić, co może się skończyć śmiercią polskich obywateli. Czasy pokoju już się skończyły.