Pisze pan w analizie dla Atlantic Council o zapóźnieniach w europejskich systemach detekcji zagrożeń radiologicznych. Gdzie jesteśmy? Jako Polska i jako Europa.
Dr hab. Jacek Siewiera: Diagnoza jest brutalna. Podczas gdy w Europie wybrzmiewa narracja o strategicznej autonomii, wystarczy wspomnieć, że bramki radiometryczne chroniące zewnętrzne granice lądowe Unii Europejskiej nie zostały kupione przez instytucje europejskie. Kupiły je i utrzymują Stany Zjednoczone w ramach programu Departamentu Energii, znanego kiedyś jako Second Line of Defense. To amerykańska infrastruktura wykrywa na przejściu granicznym w Medyce i innych miejscach materiały radioaktywne. Wewnątrz kontynentu jest jeszcze gorzej: programowej warstwy wykrywania w miastach nie ma w żadnym europejskim mieście. Systemy, które Europa zbudowała sama, powstały po Czarnobylu i służą do śledzenia skażeń atmosferycznych: awarii jądrowych lub chmury radioaktywnej na dystansie dziesiątek i setek kilometrów. Polska na tym tle wypada paradoksalnie: na granicy zewnętrznej jesteśmy relatywnie skutecznie chronieni radiologicznie, bo tam stoi amerykański sprzęt. W głębi kraju mamy 65 stacji wczesnego wykrywania skażeń, podczas gdy Niemcy mają ich około tysiąca siedmiuset. W miastach, gdzie oprócz promieniowania gamma ryzyko użycia czynników chemicznych jest największe, nie ma nic systemowego, podobnie zresztą jak w całej Europie.