Pisze pan w analizie dla Atlantic Council o zapóźnieniach w europejskich systemach detekcji zagrożeń radiologicznych. Gdzie jesteśmy? Jako Polska i jako Europa.
Dr hab. Jacek Siewiera: Diagnoza jest brutalna. Podczas gdy w Europie wybrzmiewa narracja o strategicznej autonomii, wystarczy wspomnieć, że bramki radiometryczne chroniące zewnętrzne granice lądowe Unii Europejskiej nie zostały kupione przez instytucje europejskie. Kupiły je i utrzymują Stany Zjednoczone w ramach programu Departamentu Energii, znanego kiedyś jako Second Line of Defense. To amerykańska infrastruktura wykrywa na przejściu granicznym w Medyce i innych miejscach materiały radioaktywne. Wewnątrz kontynentu jest jeszcze gorzej: programowej warstwy wykrywania w miastach nie ma w żadnym europejskim mieście. Systemy, które Europa zbudowała sama, powstały po Czarnobylu i służą do śledzenia skażeń atmosferycznych: awarii jądrowych lub chmury radioaktywnej na dystansie dziesiątek i setek kilometrów. Polska na tym tle wypada paradoksalnie: na granicy zewnętrznej jesteśmy relatywnie skutecznie chronieni radiologicznie, bo tam stoi amerykański sprzęt. W głębi kraju mamy 65 stacji wczesnego wykrywania skażeń, podczas gdy Niemcy mają ich około tysiąca siedmiuset. W miastach, gdzie oprócz promieniowania gamma ryzyko użycia czynników chemicznych jest największe, nie ma nic systemowego, podobnie zresztą jak w całej Europie.
Jacek Siewiera
Jacek Siewiera o groźbie użycia broni masowego rażenia w ramach działań hybrydowych: Rosja będzie szukać zaskoczenia
Czy ryzyko posłużenia się w wojnie hybrydowej lub akcjach terrorystycznych bronią chemiczną lub radiologiczną rośnie?
Rośnie i to z trzech powodów naraz.
Pierwszy to erozja normy. Świat przekroczył tę granicę już w Syrii. 21 sierpnia 2013 r. reżim Asada zaatakował sarinem Ghutę pod Damaszkiem; według amerykańskich szacunków zginęło wtedy ponad 1400 osób, w tym ponad czterysta dzieci. Rok wcześniej prezydent USA Barack Obama nazwał użycie broni chemicznej czerwoną linią. Odpowiedzi militarnej jednak nie było, a reżim po cichu wrócił do ataków, tym razem chlorem. Każdy autorytarny reżim wyciągnął z tego lekcję: norma, której się nie egzekwuje, przestaje być normą. Rosja odrobiła ją najdokładniej. Od 2022 r. w Ukrainie odnotowano ponad trzynaście tysięcy przypadków użycia amunicji chemicznej. To nie są pojedyncze incydenty, to jest rutyna pola walki w Europie.
Drugi powód to środki przenoszenia: drony, sieci logistyczne, paczki. Spisek z października 2024 r., gdy ładunki zapalające umieszczono w samolotach cargo lecących do Ameryki Północnej, pokazał tę logikę w wykonaniu państwowego aktora.
Trzeci powód to materiał, który ze względu na wojnę na Bliskim Wschodzie wymyka się reżimowi nieproliferacji i jest dostępny jak nigdy w ciągu ostatnich trzech dekad.
I jest jeszcze jedna rzecz, którą trzeba powiedzieć wprost. Rosja w logice eskalacji będzie szukać zaskoczenia. Nie tam, gdzie patrzymy, czyli nie na linii bezpośredniego styku z NATO, tylko tam, gdzie jesteśmy nieprzygotowani. Zrobi coś asymetrycznego, czego zachodnia Europa jeszcze u siebie nie widziała. Incydent radiologiczny albo chemiczny w środku europejskiego miasta odpowiada tej logice idealnie: jest tani, trudny do przypisania, pozostaje poniżej progu wojny, a obliczony jest na panikę i utratę zaufania obywateli do państwa. I każdy incydent, który pozostaje bez odpowiedzi, obniża próg następnego.
Czytaj więcej
Atak drona spowodował pożar generatora elektrycznego w pobliżu elektrowni jądrowej Barakah w regionie Al-Dhafra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Znamy konkretne przypadki prób jej użycia?
17 kwietnia tego roku doszło do dwóch incydentów radiologicznych jednego dnia, na dwóch końcach kontynentu. Rano w Medyce Straż Graniczna zatrzymała obywatelkę Ukrainy, która przewoziła studolarowy banknot o promieniowaniu 1905 razy przekraczającym dopuszczalny próg. To był drugi taki banknot w ciągu pięciu miesięcy. Tego samego popołudnia w Londynie policja zamknęła Kensington Gardens po tym, jak proirańska grupa islamistyczna opublikowała nagranie, na którym dwaj mężczyźni w kombinezonach ochronnych wypuszczają drony w stronę ambasady Izraela, twierdząc, że przenoszą one materiał radioaktywny. Park był zamknięty przez dwa dni. A wcześniej mieliśmy w Europie całą sekwencję: polon w herbacie Aleksandra Litwinienki w Londynie, nowiczok w Salisbury wobec Siergieja i Julii Skripalów, otrucie Aleksieja Nawalnego. Każdy z tych przypadków ominął rutynowe systemy wykrywania. O każdym dowiedzieliśmy się od lekarzy, nie ze wskazań sensorów.
Jak jesteśmy zabezpieczeni? Czy to sprzęt odpowiadający skali współczesnych zagrożeń?
Na przejściach granicznych, lotniskach i portach tak, choć jak wspomniałem w dużej mierze dzięki Amerykanom. W głębi kontynentu mamy mozaikę systemów krajowych o różnym standardzie, które się ze sobą nie komunikują, oraz wyspecjalizowane zespoły straży pożarnej i wojska, które reagują po zdarzeniu, gdy ktoś je zgłosi. To jest detekcja reaktywna. Sprzęt sam w sobie jest dobry, tylko był projektowany do innego zagrożenia: do awarii reaktora, nie do małej próbki, paczki w sortowni, brudnej bomby czy drona nad parkiem. Skala współczesnych zagrożeń wymaga sieci, która widzi cały czas, a nie zespołu, który przyjeżdża po fakcie.
Czy w USA obywatele są lepiej zabezpieczeni?
Tak i to wymiernie. Po zamachach z 11 września 2001 r. Stany Zjednoczone zbudowały miejską warstwę wykrywania, która nie ma europejskiego odpowiednika. Program Securing the Cities, uruchomiony w 2006 r. przez Departament Bezpieczeństwa Krajowego, wyposażył służby w czternastu aglomeracjach, w tym w Nowym Jorku, Los Angeles, Chicago i Waszyngtonie, w 48 tysięcy detektorów promieniowania. Żadne europejskie miasto nie ma porównywalnej zdolności. Amerykański podatnik chroni dziś obywateli Europy w dwóch miejscach naraz: na naszych granicach zewnętrznych i we własnych miastach, do których lata europejskie cargo. Tyle że najnowsza amerykańska strategia bezpieczeństwa narodowego mówi wprost: Europa ma wziąć pierwotną odpowiedzialność za własną obronę. To dotyczy także tej dziedziny. Strategia bezpieczeństwa narodowego rezerwuje dla USA jedynie odstraszanie jądrowe w ramach NATO, oczekując, że zdolności konwencjonalne oraz pośrednie piętro zdolności obrony w zakresie broni masowego rażenia zabezpieczy Europa i jej przemysł.
Czytaj więcej
Dzisiejszy nocny atak Rosji na największe składowisko zużytego paliwa jądrowego na Ukrainie to kolejne poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa Europy...
Europa wciąż jeszcze odreagowuje Czarnobyl?
W sensie architektury systemów tak. Europejskie mechanizmy wymiany danych radiologicznych powstały w reakcji na Czarnobyl i zostały zaprojektowane do jednego scenariusza: wielkoskalowego skażenia atmosferycznego, które trzeba śledzić na dystansie setek kilometrów. Do tego celu nadal są wartościowe i będą coraz ważniejsze w miarę rozwoju energetyki jądrowej, także polskiej. Serce tej architektury bije zresztą tam, gdzie spędzam ostatnio wiele czasu: w Lombardii, w północnych Włoszech.
Jeździ pan tam ze względu na znajomości z czasów pandemii i wojskowych misji medycznych z 2020 r.?
Niekoniecznie. To znaczy, to też, ale w kontekście broni masowego rażenia warto zwrócić uwagę na coś innego. To właśnie tam, u podnóża Alp, w miejscowości Ispra położonej czterdzieści minut jazdy od Como, mieści się świetnie chroniony ośrodek należący do Komisji Europejskiej. To miejsce profesjonalistów: naukowców i ekspertów. Joint Research Centre, bo tak nazywa się ten ośrodek, to miejsce, w którym działa centralny węzeł platformy EURDEP, zbierający w czasie zbliżonym do rzeczywistego dane z kilku tysięcy stacji monitoringu jądrowego z blisko czterdziestu krajów. Gdyby doszło do użycia broni jądrowej lub awarii, to właśnie tam włączyłby się alarm, a świadomość sytuacyjna byłaby najpełniejsza. Niestety, to system zbierający dane od poszczególnych państw. Ma największą świadomość sytuacyjną i żadnej władzy nad środkami przeciwdziałania. Co więcej, zbierane dane środowiskowe dotyczące skażenia i opadu radioaktywnego są niemal bezużyteczne wobec zagrożenia, które przewidują scenariusze ataku chemicznego w Europie albo drony z Kensington Gardens: rozproszonego, podprogowego, przemieszczającego się kanałami logistyki cywilnej. Mówiąc obrazowo, zbudowaliśmy system, który patrzy w niebo, a zagrożenie przyjeżdża kurierem, przylatuje dronem i jedzie metrem.
Czy dostęp do środków mogących stanowić zagrożenie w dzisiejszym świecie jest trudny?
Zbyt łatwy. Baza incydentów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej odnotowała od 1993 r. ponad 4600 przypadków nielegalnych lub nieautoryzowanych działań z udziałem materiałów jądrowych i promieniotwórczych, w tym 730 kradzieży. Ponad połowa z nich nastąpiła w transporcie, a około 400 skradzionych materiałów nigdy nie odzyskano. W samym 2025 r. zgłoszono 236 incydentów. I trzeba pamiętać o jednym: brudna bomba nie potrzebuje materiału klasy wojskowej. Izotopy medyczne i przemysłowe są w każdym dużym szpitalu, w radiografii przemysłowej, w defektoskopii. Pytanie nie brzmi, czy taki materiał się pojawi, tylko czy zauważymy go, zanim zostanie użyty.
Były szef BBN ostrzega: Iran może być źródłem zagrożenia radiologicznego
Iran nie raz groził Zachodowi. Czy mają środki, by nam zagrozić?
Nie w sensie głowicy jądrowej wymierzonej w Europę. Ale w sensie radiologicznym – tak. Po uderzeniach z czerwca 2025 r. ani Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej, ani nikt inny nie potrafi rozliczyć 440 kilogramów wysoko wzbogaconego uranu, które były udokumentowane przed atakami. Do tego dochodzi wypalone paliwo z elektrowni w Buszehr. Ten materiał nie nadaje się do natychmiastowej budowy broni jądrowej, ale jest w pełni gotowy do proliferacji radiologicznej, w tym pozyskania przez dywersantów. Zwłaszcza wspieranych państwowo. I proszę zwrócić uwagę: grupa, która stała za incydentem w Kensington Gardens, jest proirańska i pokazała zarówno intencję, jak i operacyjną kreatywność w wykorzystaniu infrastruktury cywilnej.
Jest pan lekarzem wojskowym, anestezjologiem. Skąd u lekarza zainteresowanie bronią masowego rażenia?
To nie jest przypadkowe połączenie, to jest to samo pole. Przez całe dorosłe życie byłem równolegle żołnierzem, lekarzem i prawnikiem i długo te drogi się przenikały. Broń masowego rażenia to punkt, w którym one schodzą się w jedno. Medycyna, bo skutkiem incydentu radiologicznego czy chemicznego nie jest komunikat polityczny, tylko zdarzenie masowe, pacjenci w szpitalach i patofizjologia walki o życie każdego człowieka. Wojsko, bo to domena zagrożeń państwowych. Prawo, bo system wykrywania to w istocie architektura norm i instytucji.
Czytaj więcej
Prewencyjny atak na Iran można, moim zdaniem, uznać za uzasadniony, ale już sposób prowadzenia tej wojny jest dowodem na chaotyczność przywództwa o...
Wiosną 2020 r. dowodziłem polską misją do Lombardii, w europejskim epicentrum pandemii. Tamta misja miała komponent medyczny i rozpoznawczy, a w tym samym czasie i w tym samym regionie Rosjanie poprzez FSB prowadzili pod pozorem pomocy medycznej operację jednostki CBRN (zagrożenia chemiczne, biologiczne, radiologiczne i nuklearne – z angielskiego: chemical, biological, radiological, nuclear – red.), o wymownym kryptonimie „From Russia with love”. Tam z bliska było widać dwie rzeczy naraz: jak zagrożenie masowe łamie system bezpieczeństwa wewnętrznego państwa i ochrony zdrowia w kilka dni oraz jak operacja hybrydowa potrafi wejść w sam środek kryzysu. Detekcja przesądza o tym, czy lekarze będą leczyć dziesiątki osób, czy tysiące.
Później, jako szef BBN, patrzyłem na to samo od strony architektury państwa. Dziś jestem oficerem rezerwy. Zdjąłem mundur, ale zadanie zostało to samo, zmieniła się tylko skala: z pojedynczego pacjenta na populację. Tej zmianie poświęcam dziś czas na Uniwersytecie Oksfordzkim. W ramach stypendium Clarendon pracuję nad architekturą europejskiego systemu wykrywania zagrożeń CBRN dla miast. Nad tym, jak zintegrować logistykę, transport publiczny i infrastrukturę komunalną w rozproszoną sieć wczesnego ostrzegania, w skali ambicji bliższej programom Galileo czy Copernicus niż tradycyjnym projektom bezpieczeństwa.
I nie jest to dla mnie praca tylko naukowa, prowadzona gdzieś w Wielkiej Brytanii. Tę zdolność pod względem przemysłowym buduję równolegle w Polsce, z polskimi inżynierami i we współpracy z polskimi instytucjami. Chcę, żeby pierwszy system tej klasy w Europie powstał w Polsce i wyznaczył standard, a nie, żeby został nam za dziesięć lat sprzedany przez kogoś innego. W bezpieczeństwie narodowym jest jak w medycynie – wykryte wcześnie kosztuje mało. Wykryte późno kosztuje życie.
Kto powinien zbudować system ochrony przed zagrożeniem radiologicznym w Europie?
Czy budową systemu ochronnego ma się zająć Unia czy państwa narodowe? Czy są na to wspólne środki?
Jedno i drugie, ale w różnych rolach. Zarówno dokumenty unijne, jak i natowskie traktują ochronę ludności jako odpowiedzialność narodową i to się nie zmieni: sensory będą wisiały w polskich, niemieckich i francuskich miastach, obsługiwane przez krajowe służby. Ale standard, interoperacyjność, wymiana danych i linia finansowania muszą być europejskie, inaczej na zawsze zostaniemy przy mozaice systemów, które ze sobą nie rozmawiają. Środki częściowo istnieją: rezerwa strategiczna rescEU na skutki incydentów CBRN to ponad pół miliarda euro, są instrumenty badawcze i fundusze bezpieczeństwa wewnętrznego. Ale to wszystko jest nastawione na reagowanie i łagodzenie skutków. Brakuje dedykowanej linii na wykrywanie, czyli na to, żeby skutków było mniej. Właśnie teraz rozstrzyga się kształt wieloletniego budżetu Unii na lata 2028–2034. Decyzje najbliższych dwunastu, osiemnastu miesięcy przesądzą, czy taka linia powstanie.
Ile czasu zajmie budowa systemu ochrony przed zagrożeniami radiologicznymi?
Mniej niż się wydaje, bo technologia nie jest tu wąskim gardłem. Krajowa zdolność demonstracyjna w Polsce to kwestia miesięcy. Pokrycie największych aglomeracji jednego państwa to dwa do trzech lat. Architektura europejska to horyzont jednej perspektywy budżetowej Unii. Europa może zbudować system nowocześniejszy od amerykańskiego. Warunkiem jest decyzja polityczna, nie wynalazek.
Co trzeba zbudować i jakie to koszty?
Trzy warstwy. Pierwsza to granice: ta warstwa istnieje, ale Europa musi przejąć za nią odpowiedzialność. Druga to miejska sieć sensorów w węzłach logistyki, w transporcie publicznym i w budynkach użyteczności publicznej – to jest właściwa luka. Trzecia to warstwa danych – integracja sygnału z centrami zarządzania kryzysowego i numerem alarmowym 112 oraz analityka, która odróżni pacjenta po badaniu izotopowym od przemycanego źródła.
Co do kosztów: elektronika detekcyjna staniała w ostatniej dekadzie o rząd wielkości. Pojedynczy węzeł takiej sieci to dziś wydatek porównywalny z miejskim defibrylatorem AED, a nie z systemem uzbrojenia. Najdroższa nie jest technologia, tylko integracja i wspólny standard. Przypomnę: sama unijna rezerwa na łagodzenie skutków incydentów to ponad pół miliarda euro. Warstwa wykrywania, która ma sprawić, że po te rezerwy nie trzeba będzie sięgać, jest dziś w budżecie Unii Europejskiej pominięta.
Jakie tu miejsce Polski?
Naturalne pierwszeństwo, z którego jeszcze nie korzystamy. Jesteśmy państwem przyfrontowym: wiele dotychczasowych incydentów wykryto i zneutralizowano na naszej granicy, przez nasze terytorium biegnie logistyka między wschodem a zachodem kontynentu. Mamy kompetencje: doświadczenie policji, Straży Granicznej, która te zagrożenia wykrywa, współczesną ustawę o ochronie ludności, mamy Centralne Laboratorium Ochrony Radiologicznej, coraz silniejszy przemysł obronny i jedną z najnowocześniejszych infrastruktur logistycznych w Europie. Polska może być dla wykrywania zagrożeń CBRN tym, czym Estonia stała się dla cyberbezpieczeństwa: krajem referencyjnym, który wyznacza standard i eksportuje rozwiązania, zamiast je po latach importować. Ale to okno jest wąskie. Jeśli go nie wykorzystamy, standard napisze ktoś inny, a my go kupimy. Ja nie zamierzam czekać.
Czy w Europie świadomość tych potrzeb jest wystarczająco duża?
Na papierze tak. Unijna strategia gotowości, strategia bezpieczeństwa wewnętrznego ProtectEU i plan działania CBRN nazywają tę lukę po imieniu, a w rozmowach z Komisją Europejską słyszę wprost, że to obszar, który trzeba pokryć. Ale świadomość to nie architektura. 17 kwietnia, dwa incydenty radiologiczne jednego dnia na dwóch końcach kontynentu, powinien zamknąć dyskusję o tym, czy zagrożenie jest teoretyczne. Bramki w Medyce zadziałały, bo tam były. Następny incydent może nie wydarzyć się na przejściu granicznym. Chciałbym, żeby Europa zrozumiała to przed nim, a nie po nim.