Trump mówił z przekonaniem: firmy z wolnymi mocami produkcyjnymi negocjują umowy na produkcję pocisków. Ford i GM potwierdziły rozmowy o współpracy obronnej, ale obie zastrzegły, że żaden konkretny projekt nie został jeszcze uzgodniony. To istotny detal, bo od pomysłu do jego realizacji droga często bywa zawiła i długa.

Kontekst jest jednak jasny. Według analizy CSIS podczas 39-dniowej kampanii przeciwko Iranowi USA zużyły ponad 850 pocisków Tomahawk (choć niektóre źródła mówią nawet o tysiącu tych rakiet) i ponad tysiąc pocisków manewrujących JASSM. Zużycie pocisków przechwytujących Patriot szacuje się na 1 060 do 1 430 sztuk, co oznacza ponad połowę przedwojennych zapasów. Pocisków THAAD miano zużyć 190–290 z ok. 360 posiadanych w zapasach pocisków, czyli 52–80 proc. ich zapasu.

System obrony rakietowej THAAD

System obrony rakietowej THAAD

Foto: PAP

Amerykańskie zapasy pocisków gwałtownie stopniały po wojnie USA z Iranem

Odbudowa zapasu ponad tysiąca pocisków przechwytujących Patriot ma się zakończyć dopiero w połowie 2029 roku. Uzupełnienie zapasów THAAD nastąpi pod koniec tego samego roku. Zapasy Tomahawków mają wrócić do poziomu sprzed konfliktu do końca 2030 roku.

Uzupełnienie zapasów amunicji rakietowej, zużytej w ciągu nieco ponad miesiąca, wymaga zatem nie miesięcy, ale lat, nawet przy pełnym zaangażowaniu amerykańskiego przemysłu. A przecież konflikt z Iranem ma się nijak do ewentualnego starcia z Chinami, konfliktu o rząd wielkości bardziej intensywnego, a zatem i zużywającego zapasy rakiet w zdecydowanie szybszym tempie niż miało to miejsce na Bliskim Wschodzie.

Skala niedoboru tłumaczy, dlaczego Waszyngton sięga po każdą dostępną moc produkcyjną. Lockheed Martin planuje co prawda zwiększyć produkcję pocisków przechwytujących Patriot z około 600 do 2000 sztuk rocznie, ale ma to nastąpić do końca dekady. RTX (Raytheon) chce podnieść produkcję Tomahawków do ponad tysiąca rocznie, z poziomu, który wcześniej nie przekraczał 200 sztuk. Nawet przy takim skoku moce produkcyjne tradycyjnych wykonawców nie są jednak w stanie nadążyć za tempem zużycia rakiet w pełnoskalowym konflikcie, z którym Amerykanie zaczynają się coraz poważniej liczyć.

Czytaj więcej

Amerykańskie koncerny samochodowe mają produkować broń. Trump ogłosił nowy plan

To, o czym mówi obecnie Trump, nie jest pomysłem nowym. Już w kwietniu „Wall Street Journal” informował, że Pentagon rozmawiał z GM, Fordem, GE Aerospace i Oshkosh o przestawieniu produkcji cywilnych fabryk na potrzeby produkcji amunicji. Wszystko w ramach polityki, którą Pete Hegseth (ustawowo wciąż sekretarz obrony, choć od września ubiegłego roku posługujący się tytułem sekretarza wojny) nazwał postawieniem przemysłu na „stopie wojennej”. Donald Trump nadał temu procesowi formalne ramy prawne. 11 czerwca powołał się na dobrowolną procedurę przewidzianą w ustawie o produkcji na potrzeby obronności (Defense Production Act). To narzędzie z czasów wojny koreańskiej, które pozwala rządowi federalnemu przyspieszać takie porozumienia.

Koncerny z Detroit nie czekają. Od dawna szukają szans w produkcji zbrojeniowej

GM Defense ma już zresztą podpisane memorandum o współpracy z Lockheed Martinem przy produkcji amunicji na dużą skalę, choć obie firmy zastrzegają, że konkretny zakres projektów wciąż czeka na doprecyzowanie. Jak donosi prasa amerykańska, Lockheed deklaruje 9 miliardów dolarów inwestycji do 2030 roku. GM zapowiada z kolei 7 miliardów dolarów na badania i rozwój. Wypowiedź Trumpa to więc nie tyle nowa idea, ile pochwalenie się procesem, który toczy się od kilku miesięcy.

Patrząc realnie na to, co producenci samochodów mogą realnie wnieść na rynek produkcji rakiet, trzeba podkreślić, że nie chodzi zapewne o budowę głowic czy silników rakietowych. To wciąż domena takich koncernów jak RTX i Lockheed. Chodzi o to, co Detroit robi najlepiej: masową obróbkę metali, zautomatyzowany montaż, sprawne zarządzanie łańcuchem dostaw. Czyli to, czego zabrakło tradycyjnym wykonawcom amerykańskiego przemysłu obronnego, w momencie, gdy popyt na precyzyjną amunicję gwałtownie się zwiększył.

Warto też dodać, że GM nie startuje od zera. W przeszłości firma dostarczała silniki do pojazdów opancerzonych, okrętów i innego sprzętu wojskowego, a przez dostawy silników (DDA 6,2-litrowy V8) do AM General uczestniczyła też w produkcji słynnego Humvee.

Na ile zatem pomysł jest realny? Póki co mamy deklarację polityczną, twarde dane o niedoborze zapasów i informację o rozmowach, które trwają od kwietnia, wsparte już konkretnym memorandum i miliardowymi deklaracjami inwestycyjnymi. Czy przełożą się one na podpisane kontrakty i kiedy po ich podpisaniu będzie mogła ruszyć militarna produkcja, tego jeszcze nikt nie wie, łącznie z głównymi zainteresowanymi: Fordem i General Motors.