Ukończył pan wieloetapowe szkolenia w USA, m.in. w zielonych beretach, spędził ponad 40 miesięcy na misjach w Iraku i Afganistanie. Pana partnerami i pewnie też mentorami byli Amerykanie. Jakby pan w oparciu o własne doświadczenia zdefiniował motto zielonych beretów: „De Oppresso Liber” – „Wyzwoliciel uciśnionych”?
Siły Specjalne Stanów Zjednoczonych dzielą się ze względu na przeznaczenie na kilka rodzajów. Głównym zadaniem zielonych beretów są operacje niekonwencjonalne. Pełnią one rolę trzeciej siły, która przybywa z zewnątrz, rekrutuje, organizuje siły miejscowego ruchu oporu w krajach autorytarnych reżimów, które nie spełniają standardów cywilizowanego i demokratycznego państwa. Te ruchy oporu same nie są w stanie z różnych powodów poradzić sobie z ciemiężcą, dlatego przybywa właśnie ta „trzecia siła” z zewnątrz, która wspiera wywiadowczo, koordynuje ich działania, a często też wspomaga technologiami (w tym bronią), a swoją obecnością legitymizuje ich działania.
Skończyłem kurs amerykańskich sił specjalnych w 2007 r. To była wielka nauka i fajna przygoda. Zmieniła wiele w moim sposobie myślenia, w kulturze pracy, spojrzeniu na sprzęt, który mimo iż był na tamte czasy nowoczesny, to nie zastąpi woli walki i chęci zwycięstwa. Z kolegami z Lublińca (JWK) wielokrotnie braliśmy udział w ćwiczeniach międzynarodowych, w tym w USA, gdzie Amerykanie dopuszczali nas do najnowocześniejszego sprzętu, który dopiero po jakimś czasie był wprowadzany na wyposażenie Wojska Polskiego. Dzielili się wiedzą w sposób rzeczywisty, nie spotkałem się nigdy z sytuacją, aby nie chcieli nam czegoś pokazać, bo jesteśmy obcokrajowcami.
Te doświadczenia procentowały w czasie misji w Iraku i w Afganistanie, gdy my zaoferowaliśmy lokalnym siłom bezpieczeństwa pomoc w zapewnieniu porządku i bezpieczeństwa. Uważam, że misje w Macedonii Północnej, Iraku i Afganistanie dały nam markę solidnych, niezawodnych żołnierzy, w których warto inwestować. Myślę, że właśnie tam podczas wspólnych „robót” byliśmy oceniani i tam zrodziło się zaufanie do nas.
Czytaj więcej
Stała baza wojsk USA w Polsce jest bardzo realna – potwierdza gen. Mieczysław Bieniek. Doradca szefa MON ujawnia w rozmowie z Wirtualną Polską, gdz...
Zakładam, że kurs zielonych beretów był testem nie tylko pana kondycji fizycznej, ale przede wszystkim szkołą charakterów i sprawdzeniem umiejętności pracy zespołowej. Bliska stała się panu dewiza: „Oto jestem, wyślij mnie”. Czego ten kurs pana nauczył?
Ta dewiza uwypukla DNA żołnierza wojsk specjalnych, czyli ciągłą gotowość do wykonania zadań dla większości niemożliwych. Pierwszym etapem mojego kursu była selekcja do zielonych beretów oraz faza, która się nazywa SUT (Small Unit Tactic – taktyka małych pododdziałów). W czasie obydwu wcześniej wymienionych faz instruktorzy zwracają uwagę, czy kandydat podoła fizycznie szkoleniu, ale również czy przy potężnym zmęczeniu fizycznym kandydat jest w stanie wykonywać zadania, myśleć logicznie i szybko podejmować decyzje. Słowem, czy wykończony fizycznie żołnierz jest w stanie rozwiązywać problemy i czy nie zatracił pierwiastka samodyscypliny.
Kolejną fazą jest Team Week, czyli konieczność realizacji zadań zespołowych, w czasie którego instruktorzy zwracają uwagę na to, kto potrafi współpracować z innymi ludźmi oraz kto ma cechy lidera. Tacy ludzie nadają się do sił specjalnych. Operacje niekonwencjonalne trwają 180 dni lub dłużej, dlatego osoba, która jest aspołeczna, nie potrafi współpracować zarówno z miejscowymi, jak i kolegami z zespołu, staje się źródłem konfliktów. Takie osoby są wyławiane i nie dopuszcza się ich do kontynuowania szkolenia.
W wojskach specjalnych oprócz profesjonalizmu, konkretnych umiejętności, braterstwa, które są naprawdę ważne, każdy musi być pewien, że chociaż czasami powiemy sobie kilka gorzkich, męskich słów, to mimo wszystko jesteśmy pewni, że kumple za mną wskoczą w ogień, a oni są pewni, że ja wskoczę za nimi. To jest najważniejsze.
Czego pan się konkretnie nauczył?
Po przejściu wstępnych faz realizowane jest szkolenie specjalistyczne. Byłem pod wrażeniem szczególnie szkolenia medycznego, które w Forcie Bragg jest realizowane na najwyższym poziomie. Zielone berety działają na tyłach przeciwnika. Nikt nie zapewni im ani ewakuacji, ani nie rozwinie szpitala polowego, bo działanie na zapleczu wroga nie może być ujawnione. Trzeba utrzymać rannego żołnierza przy życiu przez długi czas. Jeżeli się uda, powinno się ni zaopiekować nim w taki sposób, żeby mógł wrócić do gry, Ważne jest również pomaganie w dziedzinie weterynarii oraz medycyny dla ludności miejscowej, bo właśnie w ten sposób zdobywa się serca i umysły.
Ponadto istotne było szkolenie z łączności. Amerykanie dysponowali już wtedy najnowszą technologią, łącznością satelitarną oraz aplikacjami na telefon. U nas w tym czasie to dopiero raczkowało. Doskonałe było też szkolenie inżynieryjno-saperskie, zupełnie inne niż u nas. Nasz saper/miner głównie zajmuje się torowaniem przejść, podkładaniem min lub neutralizacją min przeciwnika. W wojskach amerykańskich to dodatkowo świetny mechanik, który niemal wszystko potrafi naprawić, zbudować, ma do dyspozycji wiele narzędzi, np. potrafi pracować na tokarce, spawarce, pile, a dodatkowo jest to świetny logistyk. Dlatego to była dla mnie doskonała nauka.
Nauka planowania i dowodzenia misjami to duża wartość dodana do kursu. W siłach specjalnych nawet najmniejsza komórka musi posiadać umiejętności planowania operacji. W tamtym czasie nasze operacje były planowane przez komórki wyższego szczebla, przez osobę, która nie zawsze zna dokładne możliwości i ograniczenia danego teamu. Na kursie zielonych beretów nauczyłem się, jak zaplanować operację na najniższym szczeblu dowodzenia, czyli jak się dowodzi ODA (Operational Detachment Alpha), jaki jest zakres odpowiedzialności poszczególnych członków sekcji ODA, czyli dwunastoosobowej sekcji. Dowódca zna możliwości i ograniczenia swoich ludzi i w oparciu o tę wiedzę i doświadczenie wspólnie planują operację.
To była też pewnie szkoła wyłuskiwania liderów?
W siłach specjalnych na całym świecie nie ma ludzi przypadkowych. Niemal każdy żołnierz wojsk specjalnych ma w sobie pierwiastek samca alfa – bycia liderem.
Ale trzeba ich oszlifować?
Każdy ma w sobie jakiś pierwiastek lidera, jednemu trzeba trochę popuścić, a drugiemu trochę ukrócić kaganiec, gdy są tarcia. Jeden z kolegów powiedział, że żołnierzy wojsk specjalnych można porównać do garści kamieni, które wrzuca się do jednego wiadra i się nimi potrząsa, wtedy one się same oszlifują.
Największe doświadczenie zdobył pan, służąc w jednostce jako JTAC. Na czym polega ta funkcja?
Liderami JTAC w NATO są Amerykanie. Miałem to szczęście, że w 2008 r. byłem jednym z pierwszych Polaków na kursie JTAC w amerykańskiej bazie w Niemczech. JTAC to w tłumaczeniu na język polski – wysunięty nawigator naprowadzania lotnictwa. Koordynuje on i zarządza przestrzenią powietrzną w odległościach bezpośrednio powiązanych z manewrem wojsk własnych. Jednym słowem koordynuje ruch wszystkich statków powietrznych – od tych, które latają najwyżej, czyli ciężkich UAS (Unmanned Aerial System), poprzez samoloty odrzutowe, po śmigłowce zarówno ewakuacji medycznej, jak i szturmowe oraz takie, które dostarczają ludzi i sprzęt. On też koordynuje ogień artylerii z ruchem wojsk, które działają na ziemi.
Chodzi o to, aby wszystkie te działania odbywały się w odpowiednim miejscu, czasie, żeby były efektywne, a przede wszystkim bezpieczne dla wojsk własnych.
W zasadzie na linii styczności z przeciwnikiem?
Niewątpliwie takie działania odbywają się, kiedy przeciwnik jest w bliskiej styczności z wojskami własnymi, a dystans ten nie jest dokładnie zdefiniowany żadnymi jednostkami miar.
Uczestniczył pan w ponad dwustu operacjach specjalnych na misjach zagranicznych. Czy były one realizowane z amerykańskimi partnerami?
Tak, ale w ogromnej większości operacje, w których uczestniczyłem, HRO (Hostage Rescue Operation), HRA (High Risk Arrest), WCR (Weapon Cache Recovery), były wspierane przez NATO. Zarówno w misjach w Afganistanie, jak i w Iraku Siły Powietrzne USA grały wiodącą rolę. To środki US Air Force najczęściej zapewniały wsparcie bezpilotowców, o których wspominałem wcześniej, ale też platformy – samoloty wsparcia operacji specjalnych m.in. AC-130 Gunship. One dawały nam poczucie bezpieczeństwa oraz świadomość sytuacyjną z rejonu operacji. Wiedzieliśmy, że dzięki nim możemy być bardzo precyzyjni i skuteczni. Fakty są takie, że to my uczyliśmy się od Amerykanów działania JTAC-ów. Oni pokazali nam błędy, które popełnili w przeszłości, a my dzięki ich know-how nie traciliśmy czasu na wymyślanie koła na nowo. Kilkanaście lat później na bazie tych doświadczeń byłem jednym z pomysłodawców zrobienia w Centrum Szkolenia WOT w Toruniu kursu CAS (Close Air Support) dla żołnierzy WOT. W ten sposób spłaciłem dług wiedzy, którą nabyłem i dzielę się nią. Dzisiaj szkolimy w tych umiejętnościach żołnierzy WOT, a także z krajów bałtyckich, czyli Litwinów, Łotyszy i Estończyków.
Czytaj więcej
Dlaczego nie możemy namierzyć agentury w służbach specjalnych – wyjaśnia to ppłk dr Marek Świerczek, były oficer ABW zajmujący się rosyjskimi służb...
Jak wielu polskich żołnierzy zaliczyło taki kurs?
Kursy JTAC-ów w Polsce trwają już około 20 lat. Takie zajęcia odbywają się w Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie, która swoją pracą zasłużyła sobie na dobrą renomę. Prowadzone tam kursy są akredytowane przez zespół obserwatorów na poziomie NATO, ale w jego skład wchodzą głównie Amerykanie. Szkoła ma obowiązek szkolić według tych samych standardów, jak szkoły w USA lub w innych krajach NATO.
Podstawowe wartości służby w amerykańskich siłach zbrojnych to: lojalność, obowiązek, szacunek, bezinteresowna służba, honor, uczciwość, odwaga osobista. Czy zostały one zaimplementowane przez Siły Zbrojne RP, a może zawsze były obecne?
Służyłem w Jednostce Wojskowej Komandosów. Wartości takie jak lojalność, uczciwość, szacunek do młodszych kolegów, ale i do starszych, były zawsze obecne. Te pojęcia miały swoją wartość i były zawsze cenione. Oczywiście nie zawsze wszystko się udaje i czasami ktoś sobie powie kilka gorzkich słów, natomiast to nie oznacza braku szacunku. To, że jest braterstwo i koleżeństwo, nie oznacza, że musi to być w kontrze do profesjonalizmu. Trzeba to rozróżnić. Jest czas, kiedy jesteśmy najlepszymi kumplami i możemy sobie pozwolić na wszystko, jest też czas, kiedy jesteśmy w służbie, mamy ważne zadania do zrobienia i trzeba być profesjonalnym, a nie liczyć na to, że mój kolega nie zwróci mi uwagi albo będzie mniej wymagał.
Wydaje mi się, że dla Amerykanów duże znaczenie w armii mają podoficerowie. Na czym polega ich rola?
W połowie lat 90. XX wieku amerykańska komisja przyjechała do Centrum Nauki Języków Obcych w Łodzi. Wtedy okazało się, że na kursach stacjonarnych są wyłącznie oficerowie, bo regulamin nie dopuszczał do nich podoficerów. Amerykanie postanowili, że sfinansują laboratorium językowe i podręczniki tylko po to, żeby stworzyć kursy dla podoficerów. Znalazłem się w pierwszej grupie podoficerów, która uczyła się w tym centrum języka angielskiego, a wtedy nawet nie byliśmy jeszcze w NATO. To nam otworzyło drogę na świat, przyniosło efekty po latach, o których nawet nie marzyliśmy.
Czy podoficerowie to rzeczywisty kręgosłup armii?
Myślę, że tak, bowiem jest wiele funkcji i stanowisk zajmowanych przez podoficerów, którzy są naprawdę wysokiej klasy specjalistami, z ogromnym doświadczeniem. Działanie i funkcjonowanie wielu jednostek bez tych ludzi nie byłoby możliwe. Zdecydowana większość kancelistów, techników, żołnierzy obsług to podoficerowie, bez których nawet najlepsi dowódcy nie są w stanie wykonywać zadań.
Warto przypomnieć, że w Akademii Wojsk Lotniczych w Dęblinie rozpoczęliśmy program przygotowania przyszłych pilotów śmigłowców uderzeniowych AH 64 Apache właśnie dla cywilów po maturze, którzy marzą, aby zasiąść jako podoficerowie za sterami najlepszego śmigłowca bojowego na świecie. Moim zdaniem to jest olbrzymia szansa dla młodych ludzi – pasjonatów lotnictwa. Ja ten program nazywam „w trzy lata od zera do bohatera”.
O rozmówcy
Mirosław Ziarniak, starszy chorąży sztabowy, absolwent Szkoły Podoficerskiej i Młodszych Specjalistów w Lublińcu (1993), International Special Forces Course w Fort Bragg, tzw. kursu zielonych beretów (2007) oraz kursu Wysuniętych Nawigatorów Naprowadzania Lotnictwa (JTAC) w Spangdahlem. Służbę rozpoczął w 1993 r. w 1 Pułku Specjalnym w Lublińcu. Kolejnych 27 lat poświęcił służbie w Jednostce Specjalnej w Lublińcu. Uczestniczył w misji w Iraku (2005 r.) oraz pięciokrotnie w Afganistanie. Od 2021 r. był Starszym Podoficerem Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej. Od 3 listopada 2025 r. tę funkcję pełni w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego