Z danych, które kilka dni temu zebrał i opisał mój redakcyjny kolega Jerzy Haszczyński wynika, że zeszły rok okazał się ponownie rekordowy dla izraelskiego przemysłu obronnego. W 2025 r. Izrael sprzedał za granicę broń o wartości 20 mld dol., co oznacza wzrost o 30 proc. wobec 2024 r. To plasuje państwo żydowskie na szóstym lub siódmym (w zależności od metodologii liczenia) miejscu na świecie, jeśli chodzi o eksport uzbrojenia.
Czytaj więcej
Bezzałogowce do Kanady i Rumunii, system antydronowy San do Norwegii, okręt Ratownik do Szwecji czy przeciwlotnicze Pioruny – w kolejnych miesiącac...
Izrael zbudował swój przemysł zbrojeniowy od zera, w ciągu kilkudziesięciu lat
A wszystko dzieje się w czasie, gdy Izrael ma słabą prasę zarówno w wielu krajach zachodnich demokracji, jak i licznych państwach arabskich. Ostatnio manifestanci zablokowali warszawski hotel Presidential, ponieważ odbywała się tam konferencja z udziałem izraelskich wojskowych i przedstawicieli przemysłu obronnego. Manifestanci stosowali zasadę odpowiedzialności moralnej i szantażu moralnego, twierdząc, że każdy, kto weźmie udział w konferencji, winien będzie „normalizacji ludobójstwa”. Ale słysząc tak radykalne postulaty, uświadamiamy sobie, jaki rozdźwięk jest między oceną jakiegoś kraju przez opinię publiczną a kontraktami zbrojeniowymi.
Przy tym wszystkim warto pamiętać, że izraelski sektor obronny jest relatywnie świeży, to kwestia ostatnich kilku dekad. Początkowo omijano embarga nakładane w latach czterdziestych i pięćdziesiątych przez Związek Sowiecki i Stany Zjednoczone, skupywano stare samoloty, używane czołgi i transportery opancerzone, by później dopiero tworzyć własne prototypy, które dziś uchodzą za jedne z najlepszych na świecie. Niektóre zaś z powodu finansowych kryzysów były zarzucane – jak np. program myśliwców. Historię budowania od zera przemysłu obronnego, łącznie z atomowym projektem Dimona, opisał w autobiografii jeden z pionierów tego państwa Szymon Peres.
Czy polski przemysł obronny może powtórzyć sukces izraelskiego?
Czy Polska ma szansę na podobny sukces? Rządzący przekonują, że unijny program SAFE ma się przełożyć w ciągu następnych kilku lat nawet na 250 tys. nowych miejsc pracy. Tyle potrzeba będzie siły roboczej do wyprodukowania zamówionych właśnie baobabów, krabów, rosomaków itp. Z jednej więc strony rzeczywiście na lata się zadłużamy, ale z drugiej robimy olbrzymie i pilne zakupy dla polskiej armii. W dodatku jeszcze stawiamy ogromną szansę przed polską gospodarką.
Beneficjenci programu SAFE w Polsce
Pytanie, czy te wszystkie szanse będziemy potrafili wykorzystać. Czy będziemy wystarczająco elastyczni, by potrafić tak zbroić naszą armię, by nie okazało się, że za parę lat magazyny będą pełne przestarzałego sprzętu. Czy nauczymy się – wzorem ukraińskiego przemysłu dronowego – wykorzystywania prototypów przez wojsko, eksperymentowania, nieustannego modyfikowania zarówno metod walki, jak i linii produkcyjnych? Czy będziemy wreszcie potrafili przekuć wielką szansę stojącą przed polskim sektorem zbrojeniowym na stworzenie regionalnej, a może i światowej potęgi eksportowej, która sprawi, że pieniądze z SAFE zostaną nie tyle wydane na jednorazowe zakupy, co zainwestowane w moce produkcyjne? Czy będziemy wyłącznie montownią technologii importowanych z innych krajów, czy też stworzymy własne pomysły, wykorzystamy legendarną polską innowacyjność z legendarną polską przedsiębiorczością.
Czytaj więcej
Rząd z opozycją spiera się dziś o to, kto lepiej przysłużył się obronności Polski. Kto lepiej wydaje pieniądze podatników. I kto kupił więcej słusz...
To w istocie pytanie, czy potraktujemy miliardy z SAFE jako wielki garb, który weźmiemy na plecy własne i przyszłych pokoleń, czy też będziemy potrafili przekuć go w wielką szansę.
My, jako redakcja „Rzeczpospolitej”, będziemy się temu procesowi uważnie przyglądać. Zarówno od strony biznesowej, jak i szeroko rozumianego potencjału bezpieczeństwa naszego państwa. Historyczną szansę wykorzystamy tylko wtedy, gdy media będą patrzeć rządzącym (kimkolwiek oni są, bez względu na to, kto rządzi dziś, za pięć, dziesięć czy piętnaście lat) na ręce.
Temu służy właśnie projekt „Radar”, którego papierowe wydanie właśnie inaugurujemy i składamy w ręce czytelników. Będziemy patrzeć, czy nauczymy się od najlepszych, czy nauczymy się tego, co dobre od Ukrainy, Izraela, Francji czy Stanów Zjednoczonych. Czy też powtórzymy błędy tych, którzy ciągną się gdzieś w ogonie.