Z tego artykułu dowiesz się:

  • Czym jest koncepcja NATO 3.0 i jaką rewolucję w podejściu do bezpieczeństwa wymusza na Europie.
  • Które państwa członkowskie nie spełniają sojuszniczych zobowiązań i mogą stać się celem krytyki.
  • Jakich kluczowych zdolności wojskowych brakuje Europie, by wypełnić lukę po siłach USA.

We wtorek, 7 lipca, w stolicy Turcji rozpocznie się szczyt liderów 32 państw NATO. W ostatnim czasie takie spotkania zwyczajowo odbywają się co rok. W 2025 r. w Hadze ustalono, że do 2035 r. wszystkie państwa członkowskie będą wydawać na obronność 5 proc. swojego PKB, w tym 3,5 proc. PKB na tzw. twardą obronność czyli np. nowe uzbrojenie czy pensje żołnierzy, a 1,5 proc. na inwestycje z tym związane – np. w infrastrukturę transportową, z której będą mogli korzystać także cywile. To był prawdziwy przełom i realizacja postulatów, o których Amerykanie mówili już od kilkunastu lat, o tym by Europa przestała „jechać na gapę” i wzięła większą odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo.

Tymczasem w ostatnich miesiącach coraz głośniej mówi się o koncepcji NATO 3.0, czyli wprost o tym, że Sojusz musi się dostosować do nowych realiów, czyli w dużym uproszczeniu – europejscy sojusznicy i Kanada muszą robić więcej nie tylko pod kątem wydatków, ale realnych zdolności, ponieważ Stany będą wkrótce zmniejszały swoją obecność w Europie. – Musimy wydawać więcej i lepiej na siły i zdolności, których potrzebujemy, aby bronić każdego centymetra terytorium Sojuszu. Dziś przy stole słyszałem, jak sojusznicy jeden po drugim wyjaśniali, jak zwiększają inwestycje w obronę – mówił sekretarz Sojuszu Mark Rutte, po czwartkowym spotkaniu z ministrami spraw obrony krajów NATO. - Pieniądze są kluczowe, ale nie da się zatrzymać pocisku rakietowego ani czołgu dolarem czy euro. Musimy szybko przekształcić te pieniądze w zdolności bojowe. To nasz wspólny priorytet na Szczyt w Ankarze i na nadchodzące lata – dodawał Holender, który podkreślał znaczenie europejskich sojuszników i Kanady, którzy wesprą amerykańską potęgę i wezmą na siebie większą odpowiedzialność za własną obronę.

Czytaj więcej

Maciej Miłosz: NATO 3.0 jako szansa dla Polski

Na tym spotkaniu Pete Hegseth, sekretarz wojny USA, zapowiedział także przegląd sił USA w Europie. Stany będą zwiększały swoje zaangażowanie tam, gdzie będą widziały zaangażowanie – państwa, które nie ponoszą odpowiednich nakładów nie będą mogły liczyć na wsparcie Waszyngtonu. Zdaniem amerykańskiego polityka NATO 3.0 ma być sojuszem, który dysponuje realną siłą.

Szczyt NATO w Ankarze – dwie możliwe osie sporu

Czego się dokładnie spodziewać w Ankarze? Idąc w duchu NATO 3.0 USA oczekują szybkiego wytworzenia zdolności do Europy przez europejskich sojuszników. Nieco upraszczając, do tej pory było tak, że to Amerykanie odpowiadali za dostarczenia 70 proc. zdolności, a Europejczycy za 30 proc. Wkrótce te proporcje mają się odwrócić. To dotyczy obszaru konwencjonalnego, po przedstawiciele Stanów wciąż zapewniają, że amerykański parasol nuklearny jest niezachwiany. Czego najbardziej brakuje Europejczykom? Zdolności do rażenia w dalekim zasięgu, rozpoznania i transportu lotniczego.

Wydaje się, że wypowiedzi ostatnich miesięcy przekonały nawet największych niedowiarków, że architektura bezpieczeństwa w regionie się zmienia i Amerykanów po prostu będzie mniej, a znacznie większy ciężar spadnie na barki samych Europejczyków. To już jakiś czas temu zrozumiały państwa wschodniej flanki Sojuszu. Polska, państwa bałtyckie, Finlandia czy Szwecja należą do tych krajów, które już wydają więcej i mają plany by w najbliższych latach faktycznie dobić do tych 5 proc. PKB.

Na drugim biegunie są np. Czesi, których premier Andrej Babiš właśnie zapowiedział, że w 2026 r. ten kraj nie wyda 2 proc. na obronność, czyli nie spełni celu wyznaczonego już w… 2014 r. Tradycyjnie mało wydają także państwa południowego zachodu – Hiszpania i Portugalia i to oni mogą stanąć w ogniu amerykańskiej krytyki w Ankarze. Ale najpewniej większość sojuszników będzie starała się pokazać w Turcji, jak te wydatki na obronność zwiększa.

Problem jednak w tym, że na razie nie ma spójnego i jasnego planu jak te zdolności amerykańskie zastąpić. Mimo że Niemcy czy Polska mówią o tworzeniu najsilniejszej konwencjonalnej armii lądowej w Europie, to jednak droga do tego jest daleka i zajmie lata. Dla przypomnienia: nasi zachodni sąsiedzi od ponad trzech lat tworzą brygadę na Litwie i ta jednostka wciąż nie jest gotowa. Z kolei my od co najmniej 10 lat chcemy kupić latające cysterny, a nasz rząd za sukces uznaje to, że pod koniec roku zakontraktujemy 2 (słownie: dwa) takie samoloty.

Czytaj więcej

Maciej Miłosz: Fort Trump 2.0 szansą na koniec wojny polsko-polskiej

Drugim punktem zapalnym w Ankarze mogę być ostatnie nieporozumienia wokół amerykańsko – izraelskiego ataku na Iran. Sojusznicy europejscy nie zostali o nim wcześniej poinformowani, a z drugiej strony Hiszpania czy Włochy odmówiły możliwości korzystania np. ze przestrzeni powietrznej samolotom biorącym udział w wojnie, co u prezydenta Donalda Trumpa wywołało furię. Było to widać na ostatnim szczycie G7, gdy prezydent Stanów obraził premier Włoch Giorgię Meloni, a w rezultacie swoją wizytę w Stanach odwołała włoski minister spraw zagranicznych Antonio Tajani.

Zapewne próbą zasypania tego podziału, będą deklaracje dotyczące cieśniny Ormuz. – Wielu sojuszników już teraz deklaruje chęć przystąpienia do rozminowywania tego akwenu., uzależnia ją jednak od mandatu i zgody m.in. Iranu na takie działania – stwierdza Justyna Gotkowska, wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich.

Czas zdolności, nie tylko nakładów

Co będzie istotne z polskiego punktu widzenia? W ostatnich tygodniach zarówno przedstawiciele rządu jak i ośrodek prezydencki prowadzą intensywny lobbing by w Polsce powstała stała baza amerykańska, a sekretarz Pete Hegseth zadeklarował, że Amerykanie są na to otwarci. Sojusz z USA, oprócz budowy naszych własnych zdolności, powinien być podstawą naszego bezpieczeństwa. W Ankarze warto to Amerykanom przypominać.

Jednak warto też pamiętać, że w ramach NATO możliwe są też tzw. koalicje chętnych i zacieśnianie współpracy z poszczególnymi członkami. Z naszego punktu widzenia kluczowe powinno być zacieśnianie kooperacji z Finlandią i Szwecją, które podzielają nasze perspektywy zagrożenia.

Szczyt w Ankarze najpewniej znów pokaże, że Sojusz Północnoatlantycki jest w fazie dużej zmiany. Widząc szklankę do połowy pełną, warto odnotować, że dziś mało kto mówi o tym, że jest „przestarzały” albo doznał „śmierci mózgowej”, za to debata przeszła na konkretne cele i działania. Kluczowe jest pytanie, czy i którzy sojusznicy potraktują formułę NATO 3.0, czyli postawią na realne tworzenie zdolności, a nie tylko formalne czy deklaratywne zwiększanie nakładów, które czasem księgowane są bardzo kreatywnie. Widząc ją w połowie pustą, trudno przeoczyć, że Sojusz trzeszczy w szwach, jego spójność polityczna jest znacznie słabsza niż jeszcze kilka lat temu i nie ma jasnego plany jak wypełnić pustkę, którą zostawią po sobie Amerykanie.