Chińczycy budują nowe działa morskie 155 mm i zaczynają się nimi chwalić w internecie. Już jednak wiosną 2025 roku w chińskich mediach społecznościowych pojawiły się pierwsze zdjęcia systemu, który w świecie analityków obronnych wywołał spore poruszenie: „największego, jakie kiedykolwiek zbudowano” chińskiego działa okrętowego kalibru 155 mm. Konstrukcja firmy Norinco (chiński państwowy gigant zbrojeniowy), ważąca niemal 22 tony, na pierwszy rzut oka wygląda jak technologiczna ciekawostka.

Reklama
Reklama

Powrót do artylerii lufowej w epoce pocisków manewrujących i systemów hipersonicznych może wydawać się dziwny. W rzeczywistości jest to sygnał, że Chiny rozwiązują problem, z którym od lat zmagają się planiści operacji desantowych na całym świecie: jak prowadzić długotrwały, intensywny ostrzał wybrzeża w miarę skutecznie i tanio. Różnica w cenie amunicji artyleryjskiej i rakiet jest dziś ogromna.

Podobna koncepcja przyświecała Amerykanom w czasie budowy awangardowych niszczycieli klasy Zumwalt, które miały być uzbrojone w dwa działa 155 mm, mające służyć między innymi wspieraniu amerykańskich operacji desantowych. Ta koncepcja została jednak przez Amerykanów zarzucona.

Dlaczego Chińczycy stawiają na artylerię, skoro są rakiety?

Dlaczego tak się stało? Odpowiedź sprowadza się do prostej arytmetyki. Amerykańskie niszczyciele typu Zumwalt miały korzystać z niestandardowej amunicji do swoich dział 155 mm. Kosztujące około 800 tys. dolarów (niektóre źródła podawały nawet milion) pociski dla tych dział okazały się równie drogie, jak amunicja rakietowa. Amerykanie zwyczajowo starali się być technologiczną awangardą. I to ich zgubiło. Ekonomia kosztów walki jest w tym przypadku nieubłagana.

Chiny poszły w przeciwną stronę, opierając nowy system na sprawdzonej już bazie lądowych haubic samobieżnych SH-15 i PLZ-05, dzięki czemu jest on w pełni kompatybilny z istniejącym arsenałem amunicji 155 mm, którym dysponują wojska lądowe. W tym pociskami kierowanymi i kasetowymi. To właśnie ekonomia prowadzenia ognia jest sednem sprawy. Pojedynczy strzał ze standardowej amunicji burzącej kosztuje tysiące, a nie miliony dolarów. I to jest realny punkt odniesienia, niezależnie od tego, jak dokładnej amunicji kierowanej Pekin może użyć.

Czytaj więcej

USA, Chiny i „pułapka Tukidydesa”. Tak Xi Jinping ostrzegał Donalda Trumpa przed wojną

Dla porównania, ceny chińskich pocisków manewrujących, przeciwokrętowych i balistycznych, szacowane są przez analityków na „od kilku do kilkudziesięciu milionów dolarów za sztukę”. To wielokrotnie, a w przypadku pocisków balistycznych dalekiego zasięgu nawet o kilka rzędów wielkości drożej, niż jeden nabój artyleryjski. Trzeba jednak od razu zastrzec, że konkretne kwoty dla obu stron tego porównania nie są oficjalnie publikowane przez Pekin, a krążące w sieci „dokładne” ceny pojedynczych pocisków warto traktować jako orientacyjne szacunki.

Druga strona tej kalkulacji to rezerwy amunicji i logistyka uzupełniania zapasów. To tu kryją się kolejne realne przewagi artylerii nad rakietami. Magazyn okrętowy mieszczący 100–200 nabojów 155 mm pozwala po prostu porazić więcej celów z użyciem działa przed koniecznością uzupełnienia zapasów, niż ma to miejsce w przypadku 16–32 pocisków w wyrzutniach pionowego startu. 

Czytaj więcej

Humanoidalny żołnierz coraz bliżej. Ten robot ma walczyć na pierwszej linii

Amunicję artyleryjską dużo łatwiej też uzupełnić na morzu niż pociski rakietowe. To dobrze opisany problem floty amerykańskiej. Tradycyjnie okręty z wyrzutniami pionowego startu musiały wracać do portu, by uzupełnić zapas pocisków, ponieważ przeładunek kilkumetrowych, ciężkich kanistrów rakietowych na morzu był przez dekady praktycznie niewykonalny. Dopiero w latach 2024–2025 US Navy zaczęła testować eksperymentalne systemy przeładunku rakiet na morzu, które wciąż pozostają powolne i mocno ograniczone. Nie zakładałbym, że chińska flota radzi sobie z tym problemem lepiej od marynarki USA.

Co potrafi nowy chiński system artyleryjski

Nowe chińskie działo morskie ma charakteryzować się długością lufy 52 kalibrów i szybkostrzelnością rzędu 4-6 strzałów na minutę. To parametry spójne z innymi, dobrze udokumentowanymi systemami 155 mm Norinco (SH-15/PCL-181). Wieża ma kształty obniżające sygnaturę radarową, co sugeruje, że projektanci od początku mieli na uwadze działanie w środowisku nasyconym systemami rozpoznania przeciwnika.

Standardowa chińska amunicja burząca ma zasięg około 20-40 km. Stosowana może też być rodzina pocisków kierowanych – GP155 (naprowadzanie laserowe, zasięg do ok. 20 km) oraz nowszy GP155B (nawigacja satelitarna GPS/BeiDou, zasięg do ok. 35-40 km). To niemal standardowa chińska amunicja z błędem celowania (CEP) rzędu kilkunastu–dwudziestu metrów.

Z dostępnych danych wynika, że najdalej sięgający chiński pocisk 155 mm to ERFB-BB-RA (Extended-Range Full-Bore, Base-Bleed, Rocket-Assisted). To pocisk niekierowany, ale wspomagany rakietowo. Norinco deklaruje dla niego zasięg 50–53 km. Ten sam typ amunicji (czasem z drobnymi różnicami w oznaczeniu) jest używany w całej rodzinie chińskich haubic eksportowych (SH-1, SH-15 i najnowszej SH-16A), która przy użyciu pocisków wspomaganych rakietowo osiąga maksymalny zasięg 53 km.

Chińskie działo wciąż w fazie prób, ale okręty desantowe już na wodzie

Morskie działo 155 mm dopiero zbliża się do prób morskich. Pierwsze nieoficjalne zdjęcia pokazujące transport systemu drogowym ciągnikiem pojawiły się w mediach społecznościowych wiosną 2025 roku. Dopiero jednak na przełomie stycznia i lutego 2026 roku zachodnie serwisy zajmujące się obronnością, w tym The War Zone oraz wydawany w Hongkongu South China Morning Post, opublikowały zdjęcia działa zamontowanego na chińskim okręcie doświadczalnym, interpretując to jako sygnał, że program zbliża się do faktycznych prób ogniowych na morzu. O ile sam fakt istnienia i testowania systemu nie budzi wątpliwości, o tyle precyzyjny harmonogram jego wejścia do służby pozostaje niejasny nawet dla analityków śledzących program na bieżąco. Wcześniejsze doniesienia sugerujące zakończone już próby morskie wiosną 2025 roku nie znajdują jednoznacznego potwierdzenia w najnowszych źródłach.

Niejasny pozostaje też docelowy okręt–nosiciel. Bywa on wiązany z domniemanym następcą obecnych niszczycieli typu 055. Na temat tych jednostek niewiele jednak wiadomo. Należy to zatem czytać raczej jako zapowiedź uzbrojenia przyszłych dużych okrętów chińskiej floty w działo tej klasy.

Nieco inaczej wygląda to w przypadku okrętów desantowych. Chińska marynarka eksploatuje już trzy okręty desantowe typu 075 klasy Yushen. To duże jednostki zdolne do przenoszenia śmigłowców i pojazdów desantowych, będące już częścią floty operacyjnej, których wyporność wynosi około 40 tys. ton.

Tajwan i jego peryferyjne wyspy

Tajwan i jego peryferyjne wyspy

Foto: PAP

Chińczycy budują też większe jednostki typu 076. To okręty wyposażone w katapulty startowe umożliwiające operowanie samolotami i dronami, co czyni go bliższym koncepcyjnie amerykańskim lotniskowcom desantowym niż klasycznym okrętom transportowym. Pierwsza jednostka tego typu, nazwana Syczuan, została zwodowana pod koniec grudnia 2024 roku, w listopadzie 2025 roku zakończyła swój pierwszy rejs próbny, a w kwietniu 2026 roku popłynęła na Morze Południowochińskie na kolejną turę testów. Część komentatorów odczytuje to jako przyspieszenie drogi do wejścia do służby (może nawet jeszcze w 2026 roku). Liczba planowanych jednostek tego typu nie jest oficjalnie znana. Analitycy szacują ją ostrożnie na od dwóch do czterech okrętów.

Co z tego wynika dla osi czasu „superdziała”? Zestawiając oba programy, widać wyraźną asymetrię tempa: zdolność do przenoszenia i wysadzania wojsk (typ 075, typ 076) jest już dziś w dużej mierze osiągnięta (Chiny opierają swoje zdolności desantowe także na licznych mniejszych jednostkach, w tym także cywilnych), podczas gdy system ogniowego wsparcia desantu w postaci działa 155 mm wciąż znajduje się na wcześniejszym, testowym etapie.

Czytaj więcej

Chiny budują tajemnicze oktagony na pustyni. To potężny obiekt nuklearno-wojskowy?

Jeśli oba elementy mają się docelowo uzupełniać, jak sugerują niektórzy analitycy, to właśnie działo – a nie okręty desantowe – jest obecnie ogniwem opóźniającym proces przygotowań chińskiej floty do prowadzenia skutecznych operacji desantowych.

Kontekst, w jakim system jest analizowany przez zachodnich i tajwańskich obserwatorów, jest oczywisty. Chińska doktryna desantu na Tajwan od dawna zakłada konieczność stłumienia umocnionej obrony wybrzeża: baterii rakiet przeciwokrętowych, mobilnej artylerii rakietowej i punktów oporu. Zanim siły desantowe zdołają się wyładować.

Dotychczas takie zadania powierzano głównie precyzyjnym pociskom rakietowym, co przy skali potrzebnego ostrzału oznaczało astronomiczne koszty. Nie bez znaczenia są też ograniczone zapasy. Jak wąskim gardłem może się okazać niedobór rakiet, pokazały doświadczenia ostatniego konfliktu USA z Iranem. Szybkie uzupełnianie zapasów pocisków 155 mm z nowej produkcji jest w tym przypadku z oczywistych powodów dużo łatwiejsze.

Chiny nie mają co liczyć na cudowną superbroń

Warto jednak zachować ostrożność wobec chińskiej narracji o „cudownej broni”. Po pierwsze, system wciąż przechodzi próby morskie. Droga od prototypu na okręcie eksperymentalnym, do w pełni operacyjnego uzbrojenia okrętów bojowych bywa długa i pełna niespodzianek. Po drugie, działo o zasięgu liczonym w dziesiątkach kilometrów wymaga, by okręt–nosiciel znalazł się relatywnie blisko wybrzeża, co naraża go na ogień tajwańskiej mobilnej artylerii rakietowej, dronów i pocisków przeciwokrętowych. Tajwan od lat inwestuje właśnie w tego typu asymetryczne zdolności odstraszania. Zaś odległość 50–60 kilometrów w żadnym wypadku nie może być dziś uznana za bezpieczną. Po trzecie, sama obecność potężnego działa okrętowego nie rozwiązuje fundamentalnych problemów logistycznych każdej operacji desantowej na dużą skalę – transportu setek tysięcy żołnierzy przez wzburzone wody cieśniny, utrzymania linii zaopatrzenia czy reakcji sojuszników Tajwanu.

Czytaj więcej

Tajwan ćwiczył strzelanie do chińskich najeźdźców

Analitycy zachodni są podzieleni co do tego, czy nowy system istotnie zmienia kalkulację ryzyka inwazji, czy jest raczej elementem szerszej, długofalowej modernizacji floty, niezwiązanej z konkretnym horyzontem czasowym działań wobec Tajwanu.

Dlatego prób opracowania nowej dalekosiężnej amunicji 155 mm przez Chiny też nie należy wykluczyć. Na pewno nie byłyby to jednak pociski tanie. Pociski LRLAP (Long Range Land Attack Projectile), zaprojektowane dla dział Zumwaltów miały oficjalnie (i teoretycznie) deklarowany zasięg 83 mil morskich (150 km), a działa szybkostrzelność 10 pocisków na minutę. I były horrendalnie drogie.

Nowe chińskie działo 155 mm to przede wszystkim odpowiedź na bardzo przyziemny problem: jak prowadzić długotrwały ostrzał wybrzeża bez konieczności wydawania fortuny na każdy pocisk. W tym sensie jest to broń „tania”, nie gorsza technologicznie, lecz radykalnie efektywniejsza kosztowo niż alternatywy rakietowe przy zadaniach wymagających dużej liczby trafień. 

Dla Tajwanu i jego sojuszników oznacza to konieczność dalszego inwestowania w mobilność, rozproszenie i przetrwanie systemów obrony wybrzeża. Jest oczywiste, że przeciwnik, który może sobie pozwolić na tysiące, a nie dziesiątki precyzyjnych trafień, zmusza obrońcę do innej kalkulacji ryzyka niż dotychczas.

Uwagi dotyczące źródeł:

Tekst ma charakter analizy opartej na publicznie dostępnych doniesieniach o testach i parametrach systemów. Ocena ich rzeczywistego wpływu na równowagę sił w Cieśninie Tajwańskiej pozostaje przedmiotem dyskusji wśród analityków wojskowych. Dane techniczne dotyczące samego działa 155 mm zweryfikowano w niezależnych źródłach branżowych (The War Zone, South China Morning Post, Janes/Asian Military Review). Część krążących w sieci liczb dotyczących zasięgu, precyzji i kosztów amunicji nie znajduje potwierdzenia w źródłach otwartych i została w tekście odpowiednio oznaczona.