Amerykańska Marynarka Wojenna zapisała się właśnie na kartach historii. W nocy z 8 na 9 czerwca, około godziny 1:30 czasu lokalnego, patrolujący rejon cieśniny Ormuz śmigłowiec szturmowy AH-64 Apache wpadł do wód Zatoki Omańskiej. Prezydent Donald Trump szybko ogłosił, że maszynę zestrzelili Irańczycy i zapowiedział odpowiedź – przez dwie następne noce Amerykanie atakowali cele w Iranie, na co Iran odpowiedział uderzeniami odwetowymi na bazy USA na Bliskim Wschodzie. 

Reklama
Reklama

Cała historia ma jednak drugi wymiar. Według amerykańskiego śledztwa w Apache'a uderzył irański dron typu Shahed. Nie wiadomo jednak, czy zrobił to celowo. Część oficjeli i analityków nie wyklucza zwykłej kolizji w powietrzu, a sam Teheran oskarżeniom zaprzecza. Pierwsze doniesienia nie wykluczały zresztą ani irańskiego ostrzału, ani zwykłej awarii. Dopiero amerykańskie śledztwo wskazało na uderzenie drona.

Pewne jest co innego. Dwuosobową załogę śmigłowca wyłowił z morza inny dron. Bezzałogowa jednostka nawodna Corsair (pol. Korsarz) należąca do Marynarki Wojennej USA. Dron strącił, dron uratował – tak w jednym zdaniu można streścić noc, po której podręczniki operacji morskich trzeba będzie w jakiejś części pisać na nowo.

Operacyjny debiut bezzałogowej łodzi Corsair w Zatoce Omańskiej

Za akcję odpowiadała Task Force 59, stacjonująca w Bahrajnie jednostka amerykańskiej marynarki wojennej (a mówiąc precyzyjnie – hub technologiczny marynarki), powołana w 2021 roku jako pierwsza w amerykańskiej flocie wyspecjalizowana w systemach bezzałogowych i sztucznej inteligencji.

Według CENTCOM (Dowództwo Centralne Stanów Zjednoczonych, odpowiedzialne za dowodzenie wojskami USA na Bliskim Wschodzie) cała operacja zajęła około dwóch godzin. Corsair odnalazł rozbitków, zabrał ich na pokład i przewiózł do punktu odbioru na morzu, gdzie podjął ich już załogowy śmigłowiec. Obaj piloci są dzięki temu cali i zdrowi.

Śmigłowiec Apache

Śmigłowiec Apache

Foto: PAP

Rzecznik CENTCOM przyznał, że taki scenariusz ćwiczono wcześniej na manewrach, ale niezupełnie w takim wydaniu. W akcji ratowniczej liczy się bowiem to, co jest najbliżej i najszybsze. Tej nocy najbliżej była bezzałogowa motorówka.

Sam Corsair to konstrukcja teksańskiej firmy Saronic. Z wyglądu przypomina zwykłą, niespełna ośmiometrową łódź motorową. Rozpędza się do 35 węzłów, ma zasięg ponad 1 000 mil morskich (czyli 1 852 km) i może zabrać około 450 kg ładunku (jak się okazuje, również żywego). Marynarka Wojenna USA zakontraktowała produkcję tych jednostek w wartej 392 mln dolarów umowie, a pierwsze egzemplarze trafiły na Bliski Wschód pod koniec marca. Na operacyjny debiut nie czekały więc nawet trzech miesięcy.

Bezzałogowa flota wchodzi do gry

Dotychczas morskie bezzałogowce wykorzystywano głównie do mniej spektakularnych zadań. Budowały świadomość sytuacyjną, monitorowały szlaki żeglugowe, wspierały zwalczanie zagrożeń asymetrycznych. Misje poszukiwawczo-ratownicze to zupełnie nowy rozdział. I to rozdział otwarty nie na ćwiczeniach, lecz w warunkach realnej wojny, w akwenie, nad którym latają irańskie drony.

Czytaj więcej

USA przeprowadziły atak na Iran w ramach „samoobrony”. Odwet za strącenie śmigłowca

Amerykańscy analitycy już wskazują, że nocna akcja potwierdza koncepcję, nad którą Task Force 59 pracuje od lat. Bezzałogowce mają wchodzić do akcji tam, gdzie dla jednostek załogowych jest zbyt gorąco, podejmować rozbitków i odstawiać ich do bezpieczniejszych stref, gdzie czekają już ludzie. Tanio, szybko i bez ryzykowania kolejnych strat.

Wnioski z wydarzeń w Zatoce Omańskiej płyną zatem dwa. Pierwszy jest gorzki: po raz pierwszy od dawna Amerykanie stracili Apache'a za sprawą przeciwnika, i to prawdopodobnie taniego drona.

Drugi wniosek daje nadzieję, bo skoro bezzałogowiec potrafi już nocą, na wodach objętych wojną, wyłowić z morza dwóch ludzi, to rola takich systemów w amerykańskiej (i nie tylko) flocie może tylko rosnąć. Wojna dronów już dawno przestała być teorią. Teraz drony zabijają na Ukrainie, strącają śmigłowce nad cieśniną Ormuz i wyławiają rozbitków z morza.