Mike Rogers, republikański szef komisji obrony Kongresu USA, przedstawił projekt corocznej ustawy obronnej (NDAA) na rok 2027. To ponad pięćset stron przepisów, które ograniczają możliwość wycofywania amerykańskich żołnierzy ze Starego Kontynentu. 

Reklama
Reklama

Projekt nakazuje Pentagonowi przy każdej decyzji o wycofywaniu wojsk USA z państwa Europy sprawdzać, czy nie da się przemieścić tych sił na wschodnią flankę NATO, w tym do Polski. Ustawa promuje też stałą obecność dwóch amerykańskich brygad pancernych w Polsce i utrzymuje ustalony rok temu prawny próg obecności sił USA w Europie na poziomie co najmniej 76 tysięcy żołnierzy.

Amerykańscy żołnierze w Polsce

Amerykańscy żołnierze w Polsce

Foto: PAP

To bardzo ważna informacja. Przychodzi po tygodniach niepokoju, jaki wywołały decyzje administracji Donalda Trumpa o redukcji brygad amerykańskich w Europie i o wstrzymaniu rozmieszczenia w Polsce 2. Brygady Pancernej 1. Dywizji Kawalerii z Teksasu. Choć wpis Donalda Trumpa o 5 tysiącach żołnierzy USA, którzy mają zostać rozmieszczeni w Polsce wskazywałby, że z tej ostatniej decyzji USA się wycofały. 

Kongres chce przesuwać ciężar obecności wojskowej USA w Europie w stronę flanki wschodniej

Nowa ustawa pokazuje, że w amerykańskim Kongresie istnieje silna grupa polityków obu partii, którzy chcą utrzymać obecność wojskową USA w Europie. Chcą też przesuwać jej ciężar w stronę wschodniej flanki NATO, ze szczególnym uwzględnieniem Polski.

Czytaj więcej

Polska może być narzędziem w ręku Trumpa. Jesteśmy w pułapce między Europą a USA

Taka postawa wynika nie tylko z politycznej sympatii do naszego kraju – to zachowanie ma głębsze, strukturalne uzasadnienie. Wpisuje się bowiem w logikę najpoważniejszej od dekad reformy amerykańskich sił zbrojnych. Reforma ta zaczęła się jeszcze za prezydentury Joe Bidena w w 2021 roku i toczy się niezależnie od politycznych zwrotów w Białym Domu. To właśnie ona, a nie polityka Trumpa, wyjaśnia, dlaczego z Europy znikają (i będą znikać) dotychczasowe Brygadowe Zespoły Bojowe. I dlaczego Polska zyskuje w nowym modelu coraz większe znaczenie. Amerykanie przechodzą bowiem z ery wojen interwencyjnych do epoki przygotowań do wojen pełnoskalowych.

Trudno uwierzyć, że nikt z polityków w Europie tego procesu nie zauważył ani nie analizuje. Tym bardziej, że przedstawiciele europejskich sił zbrojnych, także polskich, o zmianach w strukturze wojsk lądowych USA wielokrotnie mówili i pisali.

Wojska lądowe USA wracają do ciężkich dywizji

O co zatem chodzi z reformą US Army? W dużym skrócie to odejście od koncepcji zarządzania jednostkami poprzez Brygadowe Zespoły Bojowe (BCT) i powrót do struktur dywizyjnych. Towarzyszy temu przypisanie poszczególnych amerykańskich dywizji do określonych teatrów działań. A zatem, w dużym uproszczeniu, w składzie wojsk lądowych USA inna dywizja będzie przygotowana do działań w Europie, inna do operacji w Azji, a jeszcze inna na Bliskim Wschodzie.

Warto od razu zaznaczyć, że same brygady nigdzie nie znikają. Pozostają trzonem amerykańskich sił lądowych i wciąż będą głównymi formacjami taktycznymi prowadzącymi działania w polu. Zmienia się natomiast ich rola strategiczna. Brygady przestają być samodzielnymi „minidywizjami”, przerzucanymi po świecie, działającymi niezależnie i teoretycznie samowystarczalnymi. Stają się integralnymi komponentami pełnych dywizji. Chociaż niektóre samodzielne Brygadowe Zespoły Bojowe nadal pozostaną.

Reforma to trzy równolegle prowadzone procesy. Po pierwsze, sztaby dywizyjne odzyskują znaczenie, którego nie miały przez ostatnie dwie dekady. Odgrywały wtedy rolę bardziej administracyjną niż dowódczą. Po drugie, część zdolności, które dotąd miała każda brygada (artyleria dalekiego zasięgu, rozpoznanie, obrona przeciwlotnicza, saperzy), przenoszona jest „w górę” struktury, czyli na poziom dywizji. Po trzecie, brygady stają się lżejsze i ściśle wyspecjalizowane.

Zmienia się też sposób generowania sił. Wcześniej brygady działały w cyklu: pół roku do dziewięciu miesięcy za granicą, potem powrót do USA, odpoczynek, wymiana personelu, pobranie nowego sprzętu i okres zgrywania. Po tym następowało kolejne wysłanie. Teraz Amerykanie zmieniają tę logikę. Dywizje przypisane do konkretnych teatrów mają być utrzymywane w stałej, ciągłej gotowości. Etaty w nich mają być wypełniane na poziomie 105–110 proc., by w każdej chwili dywizje mogły być wysłane na swój teatr przeznaczenia.

Warto przy tym pamiętać, że w obecnej hierarchii priorytetów Pentagonu Europa znajduje się dopiero na trzecim miejscu. Na pierwszym jest obrona zachodniej półkuli, czyli kontynentu amerykańskiego (w tym granicy z Meksykiem i Kanału Panamskiego). Na drugim rejon Indo-Pacyfiku. Potem są jeszcze Bliski Wschód i Afryka. Europa nie jest dla Waszyngtonu teatrem numer jeden, nie jest jednak też pierwszym kandydatem do całkowitego porzucenia.

W armii USA będą trzy typy dywizji

Reforma prowadzi do powstania w USA trzech typów dywizji o różnym charakterze i przeznaczeniu. Dywizje lekkie, mobilne i powietrznodesantowe są przeznaczone do operacji w regionie Indo-Pacyfiku, gdzie liczy się szybkość przerzutu między wyspami i archipelagami. Dywizje ciężkie, pancerne są przygotowane do walki na otwartym terenie europejskim, z przeciwnikiem porównywalnym co do siły ognia. Wreszcie dywizje powietrznodesantowe i ekspedycyjne mają stanowić globalną rezerwę szybkiego reagowania.

Zmienia się też struktura niektórych brygad. Dotychczasowe Brygadowe Zespoły Bojowe piechoty (Infantry Brigade Combat Teams) są przekształcane w nowe Mobilne Brygadowe Zespoły Bojowe (określane też jako MBCT, czyli Mobile Brigade Combat Teams). To formacje o blisko połowę mniejsze liczebnie od dotychczasowych. Są wyposażone w setki lekkich pojazdów (Infantry Squad Vehicle), własne drony rozpoznawcze i uderzeniowe oraz amunicję krążącą.

Czytaj więcej

Sondaż „Rzeczpospolitej”: To nie liczba amerykańskich żołnierzy poprawia bezpieczeństwo Polski

Również niektóre brygady oparte na transporterach Stryker przechodzą obecnie konwersję w stronę lżejszej struktury. Pozbywają się swoich ośmiokołowych wozów bojowych na rzecz lżejszych pojazdów. Brygady tracą w ten sposób część dotychczasowych zdolności. Zyskują jednak mobilność i odporność na ogień przeciwnika. Mają być trudniejsze do wykrycia i trudniejsze do zniszczenia.

Brygadowe Zespoły Bojowe to rozwiązanie na czas prowadzenia ograniczonych wojen

Czym są obecne Brygadowe Zespoły Bojowe rozumiane jako system zarządzania siłami amerykańskiej armii? To zdecydowanie coś więcej niż brygada złożona z kilku bojowych batalionów i kompanii wsparcia oraz logistycznych, jak w przypadku brygad europejskich. To zgrupowanie zdolne do samodzielnego funkcjonowania na danym teatrze działań, bez konieczności sięgania po wsparcie innych jednostek.

Dlatego poza „bojowymi” batalionami ma też własne jednostki wsparcia. Są to m.in. własna artyleria dalekiego zasięgu, własne wsparcie lotnicze oraz jednostki rozpoznania. O ile zatem typowa brygada europejska wymaga wsparcia z poziomu dywizji, o tyle amerykańskie Brygadowe Zespoły Bojowe to formacje zdolne do samodzielnego działania.

Takie brygadowe zespoły Amerykanie zaczęli tworzyć w w 2003 roku. Decyzję o reformie ogłosił ówczesny szef sztabu wojsk lądowych USA gen. Peter Schoomaker. W kolejnych latach trend ten wzmocniły doświadczenia z wojen w Iraku i Afganistanie.

Zaczął się wtedy okres, w którym siły zbrojne USA dostosowywano do prowadzenia interwencji w konfliktach o małej intensywności oraz działań antyterrorystycznych. Chociaż dywizje jako struktura formalnie nigdy nie zniknęły i nadal istniały jako jednostki administracyjne, to przestały być głównymi jednostkami wysyłanymi w różne regiony świata. Ich rolę przejęły właśnie Brygadowe Zespoły Bojowe. To one stały się głównym amerykańskim „komponentem wojskowym” przerzucanym między teatrami działań.

Struktura ta dobrze sprawdzała się w operacjach przeciwpartyzanckich. Sprawdzała się też przy obsłudze rotacyjnej obecności w różnych rejonach świata, zwłaszcza na obszarze odpowiedzialności Dowództwa Centralnego USA (CENTCOM), obejmującego Bliski Wschód i Azję Środkową.

Amerykanie wracają do dywizji, by przygotować się na potencjalną wojnę z Rosją i Chinami

Teraz zachodzi proces odwrotny i ponownie tworzone są dywizje. Amerykańscy planiści doszli bowiem do wniosku, że oparte na Brygadowych Zespołach Bojowych struktury nie sprawdzą się w przypadku pełnoskalowej wojny z Rosją i Chinami. To powrót do koncepcji LSCO, czyli Large-Scale Combat Operations (Pełnoskalowych Operacji Bojowych). Wojna na Ukrainie to potwierdziła. Okazało się, że brygady są strukturą za małą do prowadzenia skoordynowanych działań na długich odcinkach frontu.

Przeniesienie części zdolności na poziom dywizji oznacza, że brygada nie będzie już np. miała „dużej” własnej artylerii. W razie potrzeby będzie musiała skorzystać z tej, którą ma dywizja. Artyleria dywizji w zależności od potrzeb będzie wspierała nie tylko tę brygadę, ale także każdą inną w składzie dywizji. Podobnie działać będą inne jednostki wsparcia oraz wsparcie lotnicze.

Czytaj więcej

NATO szykuje się na starcie z Rosją. Powstaje nowa struktura obrony

Tak działa to też np. w polskich dywizjach. Polskie brygady mają w składzie dywizjon artylerii. Ale prawdziwe wsparcie zapewniać ma im brygada artylerii działająca na poziomie dywizji, do której należą. Podobnie jest ze wsparciem lotniczym.

Warto podkreślić, że proces zmian w armii USA zaczął się jeszcze przed wybuchem wojny na Ukrainie. To dowodzi, że amerykańscy planiści zaczęli wyciągać wnioski wcześniej niż większość europejskich sojuszników.

Co z tego wszystkiego wynika? Po pierwsze: redukcja amerykańskiej obecności w Europie nie jest aktem politycznej zemsty Donalda Trumpa. Nie jest też efektem chwilowego konfliktu między Waszyngtonem a Berlinem. Jest naturalnym skutkiem opisanej wyżej reformy. Skoro Amerykanie tworzą dywizje sprofilowane pod konkretne teatry działań, a głównym teatrem dla Pentagonu jest Indo-Pacyfik, to z prostej matematyki wynika, że w Europie zostanie mniej amerykańskich żołnierzy.

Po drugie, zmienia się model obecności amerykańskiej w Europie. Dotychczas, od od 2014 roku, czyli od rosyjskiej aneksji Krymu, Amerykanie kierowali do Europy w ramach operacji Atlantic Resolve cztery rodzaje rotacji o dziewięciomiesięcznym cyklu: pancerną, lotniczą, logistyczną oraz rotację sztabu dywizji. Każda rotacja oznaczała przybycie kolejnej brygady z innej macierzystej dywizji w Stanach. W ciągu ostatniej dekady przez polskie poligony przewinęło się w ten sposób kilka różnych amerykańskich brygad pancernych.

Brygady pancerne US Army w Polsce

W ramach operacji Atlantic Resolve, prowadzonej od kwietnia 2014 roku, przez polskie poligony przewinęły się m.in.:

• Brygada Pancerna 4. Dywizji Piechoty (Fort Carson, Kolorado) 

• Brygada Pancerna 1. Dywizji Piechoty (Fort Riley, Kansas) 

• Brygada Pancerna 1. Dywizji Kawalerii (Fort Cavazos, Texas) 

• Brygada Pancerna 3. Dywizji Piechoty (Fort Stewart, Georgia) 

• Brygada Pancerna 1. Dywizji Pancernej (Fort Bliss, Texas)

Każda z tych brygad liczyła około 3500–4000 żołnierzy. Przerzucała do Europy pełen zestaw ciężkiego sprzętu: czołgi M1 Abrams, bojowe wozy piechoty M2 Bradley, samobieżną artylerię. Brygady stacjonowały głównie w okolicach Żagania-Świętoszowa. Operowały też na poligonach w Drawsku Pomorskim, Bemowie Piskim i Nowej Dębie, a także w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej i krajach bałtyckich.

Jak zmieni się rotacja wojsk USA do Europy?

W modelu zarządzania opartym na dywizjach, do którego Amerykanie obecnie wracają, to się zmieni. Ostatecznych decyzji jeszcze nie ma, reforma trwa. Ale logika nowego systemu prowadzi w kierunku przypisania konkretnych amerykańskich dywizji do konkretnych teatrów na stałe.

Dotyczy to także Europy. Naturalnymi kandydatkami są przede wszystkim ciężkie dywizje pancerne i zmechanizowane wojsk lądowych USA. Jest ich w sumie pięć. To właśnie spośród tych formacji będą najprawdopodobniej rotowane brygady do Polski w nowym modelu.

W ramach rotacji, jeśli ta zostanie utrzymana, do Europy i Polski wciąż będą trafiały brygady, ale już nie jako samodzielne, ciężkie Brygadowe Zespoły Bojowe. Będą to lżejsze brygady ze składu przypisanych Europie dywizji, bez tej części zdolności, które wracają na poziom dywizyjny.

Nadal byłoby tak, że brygady jednej dywizji „europejskiej” rotowały się w Polsce. Kiedy jedna brygada wracałaby do macierzy, jej miejsce zajmowałaby inna, najpewniej z tej samej dywizji. W ten sposób zachowano by ciągłą obecność na jednym teatrze, ale przy mniejszym obciążeniu całej armii. Możliwy jest też scenariusz alternatywny. Zamiast rotacji brygad ze Stanów, Pentagon może zdecydować się na stałe rozmieszczenie konkretnej brygady w Polsce, przerzucając ją z innej europejskiej lokalizacji.

„Wall Street Journal” już wcześniej informował, że jedną z rozważanych opcji jest przeniesienie 2. Pułku Kawalerii z niemieckiego Vilseck bezpośrednio do Polski. Byłby to ruch zgodny z logiką reformy. I ideą która przyświeca ustawie pilotowanej przez Mike'a Rogersa. Ostateczna forma obecności amerykańskiej w Polsce, czy będzie to rotacja brygad z dywizji „europejskich”, stałe stacjonowanie konkretnej brygady, czy kombinacja obu, pozostaje na razie otwarta.

Dywizje kandydatki dla teatru europejskiego

Amerykańskie siły lądowe mają obecnie pięć ciężkich dywizji zdolnych do prowadzenia działań w terenie europejskim. Wszystkie stacjonują na terenie kontynentalnych Stanów Zjednoczonych:

• Dywizja Piechoty, Fort Riley, Kansas 

• Dywizja Piechoty, Fort Stewart, Georgia 

• Dywizja Pancerna, Fort Bliss, Teksas 

• Dywizja Kawalerii, Fort Cavazos,Teksas 

• Dywizja Piechoty, Fort Carson, Kolorado 

W ramach reformy wojsk lądowych cztery z nich (1. Dywizja Pancerna, 1. Dywizja Kawalerii, 1. Dywizja Piechoty i 3. Dywizja Piechoty) mają zostać przeformowane w dywizje w pełni pancerne. Każda z nich będzie miała trzy brygady pancerne. Dodatkowo w strukturach wojsk lądowych USA działają jeszcze dwie samodzielne brygady pancerne: 3. Pułk Kawalerii oraz 11. Pułk Kawalerii Pancernej.

System magazynowania amerykańskiego sprzętu

W tym modelu „dywizyjnym” na co dzień obecność amerykańska byłaby dużo mniejsza. W razie kryzysu i konieczności ewentualnego wzmocnienia do Europy nie przybywałaby jednak, jak dotąd, pojedyncza brygada z własnym sztabem. Przybywałaby cała dywizja z trzema brygadami, własną artylerią dywizyjną, brygadą lotniczą, batalionem rozpoznania i pełną strukturą dowodzenia.

Czytaj więcej

Marek Kozubal: Polska nie jest gotowa na obietnicę Donalda Trumpa

Dywizja taka byłaby cięższa i silniejsza niż dzisiejszy rotacyjny zespół brygadowy. Ale jej przerzut przez Atlantyk potrwałby też znacznie dłużej. Na amerykańską pomoc w razie wojny trzeba by było zatem dłużej czekać. By ten czas był mimo wszystko akceptowalny, Amerykanie stworzyli system Army Prepositioned Stocks (APS), czyli magazynów ciężkiego sprzętu rozmieszczonych w Europie. Polska odgrywa w tym systemie coraz ważniejszą rolę.

W ramach systemu APS magazyny z amerykańskim sprzętem rozmieszczane są w kluczowych regionach świata. W magazynach przechowywany jest sprzęt ciężki: czołgi, bojowe wozy piechoty, artyleria, pojazdy wsparcia. Pozwala on w razie kryzysu przerzucić do regionu pełną brygadę w ciągu kilku dni zamiast tygodni czy miesięcy. Dzięki APS, w razie potrzeby, sprzęt jest już na miejscu. Trzeba tylko przerzucić obsługujących go żołnierzy, którzy przylatują z USA samolotami i pobierają sprzęt z magazynu.

APS w Polsce. Magazyny dla amerykańskich brygad pancernych

W Polsce działa obecnie jeden magazyn ciężkiego sprzętu, APS-2 w Powidzu, oficjalnie uruchomiony niedawno po kilku latach budowy. Przechowywany jest tam pełen zestaw sprzętu dla brygady pancernej (ABCT), w tym ponad 80 czołgów M1A2SEPv3 oraz wozy bojowe i pojazdy wsparcia.

Polska prowadzi obecnie zaawansowane rozmowy z USA o utworzeniu drugiego magazynu APS, w rejonie Wrocławia, również ze sprzętem dla pełnej brygady pancernej. Informację tę ujawnił w rozmowie z „Rzeczpospolitą” gen. broni rez. Dariusz Łukowski. Jeśli porozumienie dojdzie do skutku, Polska będzie miała na swoim terytorium wyposażenie dla aż dwóch brygad pancernych wojsk lądowych USA. 

Jak ocenia gen. broni rez. Jarosław Gromadziński, były dowódca 18. Dywizji Zmechanizowanej oraz Eurokorpusu, w takim modelu sam przerzut żołnierzy można wykonać w ciągu 24 godzin, maksymalnie kilku dni.

Wojna na Pacyfiku odciągnie USA z Europy

Trzeba jednak być świadomym, że sami Amerykanie w ramach cyklu planowania obronnego NATO sygnalizują europejskim sojusznikom, iż w przyszłości nie zagwarantują tak dużych sił wsparcia jak robili to dotychczas. I nie chodzi tu o fizyczną obecność w czasie pokoju. Chodzi o zdolność do wzmocnienia Europy w razie poważnego kryzysu czy konfliktu. Powód jest prosty. W razie równoczesnej wojny w Europie i na Pacyfiku Stany Zjednoczone nie są w stanie prowadzić obu kampanii jednocześnie z pełnym zaangażowaniem.

Bazy wojskowe USA w Europie

Bazy wojskowe USA w Europie

Foto: PAP

Priorytet zyska w takiej sytuacji teatr azjatycki. Dla państw europejskich, w tym Polski, oznacza to konieczność stopniowego przejmowania zdolności, które do tej pory zapewniały siły zbrojne USA, od ciężkich dywizji po systemy wsparcia logistycznego i transportu strategicznego.

W tym kontekście wspomniana na wstępie inicjatywa szefa komisji obrony Kongresu USA Mike'a Rogersa jest sygnałem szczególnie cennym. Pokazuje bowiem, że amerykański Kongres, inaczej niż Pentagon podejmujący doraźne decyzje, myśli już dziś w kategoriach strategicznych. Widzi w Polsce naturalnego adresata przesuwającej się amerykańskiej obecności na kontynencie.

Niezależnie od ostatecznego losu zapisów NDAA 2027, pokazują one, że proces nie idzie w kierunku scenariusza „Amerykanie opuszczają Europę”, lecz w stronę rozwiązania: „Amerykanie przesuwają się ze starej Europy Zachodniej na wschodnią flankę”. A to dla Polski jest informacja bardzo dobra. Ważniejsza od podatnych na częste zmiany deklaracji Donalda Trumpa.