W ostatnich dniach miłośnicy lotnictwa wojskowego obserwowali wyjątkowe nasycenie statków powietrznych państw NATO w pobliżu obwodu królewieckiego. Nad Polską operowały samoloty myśliwskie, powietrzne tankowce, maszyny zajmujące się rozpoznaniem i zdolne do prowadzenia wojny elektronicznej, w tym AWACS. Manewry były powiązane z operacjami, które realizowane są na wschodniej flance NATO w ramach operacji Eastern Sentry, gdy rok temu w polską przestrzeń powietrzną wtargnęło ponad dwadzieścia rosyjskich statków bezzałogowych. Odbywały się pod dowództwem USA.
Nie można tej operacji skwitować stwierdzeniem: ot, to kolejna demonstracja siły. Byłoby to zbytnie uproszczenie. Trzeba zwrócić uwagę, że w naszej przestrzeni pojawiły się maszyny zdolne do zakłócania komunikacji, radarów, systemów nawigacji oraz do mapowania środowiska elektromagnetycznego. Działania te nie były publicznie zapowiadane, zatem można założyć, że był to test szybkiej reakcji NATO w przypadku, gdyby Rosja zdecydowała się na ograniczony atak na któreś z państw NATO, o czym od pewnego czasu ostrzegają przedstawiciele wywiadów. W „Rzeczpospolitej” mówił o tym szef Agencji Wywiadu płk. Paweł Szota.
Czytaj więcej
Testowanie NATO na pewno będzie kontynuowane. Rosjanie obserwują nasze reakcje. Wiedzą, że Sojusz reaguje politycznie, a nie militarnie, dlatego pr...
Reakcją byłaby najpewniej pełna izolacja obwodu królewieckiego, następnie zidentyfikowanie celów i ich zniszczenie. Zatem tym razem mogło być to ćwiczenie ofensywne. Taki sygnał popłynął najpewniej też do Rosji.
Co NATO robiło u granic obwodu królewieckiego
W czasie tej operacji NATO dokładnie zmapowało potencjał rosyjskich sił zbrojnych w naszym rejonie Bałtyku – mówiąc kolokwialnie policzyło i wskazało wszystkie pojazdy wojskowe, sprawdziło, czy Rosja buduje instalacje do uderzeń, np. z wykorzystaniem dronów dalekiego zasięgu na Niemcy, Szwecję, Holandię, czy Wielką Brytanię.
Ten spektakl w polskiej przestrzeni powietrznej pokazał też, że mimo retoryki administracji Donalda Trumpa o zmniejszaniu obecności USA w Europie, ciągle są i będą oni u nas obecni. Co więcej, w przypadku naruszenia status quo przez Rosję uderzenie na Królewiec ma zabezpieczyć utrzymanie Przesmyku Suwalskiego do wsparcia sił zbrojnych państw bałtyckich.
W tym kontekście warto odnotować reakcję Białorusi, a w zasadzie jej brak. Jest pewne, że w przypadku nawet ograniczonego uderzenia Rosji na kraj NATO w rejonie Bałtyku Mińsk będzie pełnił rolę zaplecza wojskowego i realizował zadania Putina, co może spowodować odwet NATO. Tymczasem dzisiaj sygnały z administracji Łukaszenki wskazują na tonowanie wojennej retoryki. Dowódcy wojsk białoruskich mówią, że sytuacja przy zachodnich granicach państwa jest stabilna, utrzymane są też kanały łączności. Nie widać, aby w jakikolwiek sposób próbowali zwiększać napięcie. Możemy tylko spekulować, czy jest to z ich strony tylko tzw. maskirowka, czy też świadomość, że wojna w naszym rejonie doprowadzi do likwidacji szczątkowej autonomii tego państwa.
Czytaj więcej
Za wielowarstwową tarczę zapłacimy ponad 200 mld zł, a jej najważniejszym zadaniem będzie ochrona kluczowej infrastruktury, baz wojskowych i wybran...
Celem jest kryzys
Pamiętajmy, że Rosja nie dysponuje potencjałem do pełnoskalowego ataku na państwa NATO, ale już prowadzi działania hybrydowe czy dywersyjne poniżej progu wojny. Analitycy rozważają scenariusz, który zakłada uderzenie na kraj NATO lub prowokację na Bałtyku, aby poprzez eskalację i zagrożenie użycia broni nuklearnej zmusić Zachód do ustępstw i rozmów pokojowych na temat Ukrainy.
Zatem to, co właśnie obserwowaliśmy, można też zinterpretować jako celowe podniesienie poziomu napięcia w rejonie i przejęcie inicjatywy, bo dotychczas to Rosja używała szantażu wobec swoich sąsiadów. Jeżeli chcielibyśmy szukać analogii historycznej, moglibyśmy je porównać do namiastki operacji wojskowej USA w czasie tzw. kryzysu kubańskiego. Sygnał był jasny: nie wycofujemy się, wręcz przeciwnie, jesteśmy gotowi nawet do gorących działań. Interpretujmy to jako wzmacnianie wiarygodności odstraszania.