We wtorek rozpoczyna się szczyt NATO w Ankarze. Rok temu na takim spotkaniu w Hadze doszło do przełomowych deklaracji i zobowiązania sojuszników do zwiększenia wydatków na obronność do 5 proc. PKB do 2035 roku. Czego spodziewać się tym razem?
Ten szczyt będzie przede wszystkim bardzo krótki i deklaracja po nim będzie także krótka, a tematy są trzy. Pierwszym jest właśnie realizacja zobowiązań dotyczących wydatków obronnych i zdolności wojskowych, czyli sprawdzenie, czy i jak poszczególne państwa realizowały zobowiązania do wzrostu wydatków w kierunku 3,5 proc. PKB na obronność i 1,5 proc. na cele okołowojskowe. Zostanie najprawdopodobniej przedstawiony raport Sekretarza Generalnego, który pokaże postępy w zakresie zwiększania budżetów obronnych. Państwa członkowskie będą starały się pokazać, że nawet jeśli nie zwiększają wydatków wystarczająco, to jednak wkładają w Sojusz zdolności wojskowe.
Ze strony Amerykanów spodziewam się jednak sporej presji, która już została zapowiedziana przez sekretarza wojny Pete’a Hegsetha, na spotkaniu ministrów obrony NATO 18 czerwca. W swoim przemówieniu polityk pogroził państwom, które nie będą spełniać tych wymagań i zapowiedział, że amerykańska obecność wojskowa w tych krajach może być dopasowana, czyli zredukowana. Dodatkowo, jeśli europejscy członkowie Sojuszu nie będą wydawać tyle, ile obiecali, to amerykański wkład w NATO proporcjonalnie się zmniejszy.
Czytaj więcej
Choć na szczycie NATO w Hadze wszystko kręciło się wokół prezydenta USA Donalda Trumpa, to strategicznym zwycięzcą zostali jednak Europejczycy.
Jaki jest ten drugi główny temat, o którym będą rozmawiać liderzy polityczni krajów członkowskich NATO?
To rozbudowa potencjału przemysłu obronnego. Poruszane będzie to, jak przyspieszyć produkcję oraz umożliwić wspólne zakupy i współpracę przemysłową. Będziemy też mieli ogłoszenie kilku dużych kontraktów zbrojeniowych, by europejscy sojusznicy mogli pokazać prezydentowi Trumpowi, że wydają środki na obronność. Chodzi m.in. o zakup samolotów rozpoznania od szwedzkiego Saaba – to jest wspólny zakup sojuszniczy.
Podkreślę, że NATO samo w sobie przemysłem zbrojeniowym się nie zajmuje, więc to nie jest taki oczywisty temat dla Sojuszu. Jednak został wybrany dlatego, by pokazać Amerykanom, przede wszystkim prezydentowi Trumpowi, postępy sojuszników na drodze do zbrojenia Europy.
Kilka dni temu tą kartą grał sekretarz generalny Mark Rutte, gdy podkreślał, jak wiele miejsc pracy jest utrzymywanych w amerykańskim przemyśle zbrojeniowym dzięki zamówieniom Europejczyków. Czy to znaczy, że ta retoryka, żeby zatrzymać i obłaskawić Amerykanów, będzie szła bardziej w stronę korzyści przemysłowych?
Sekretarz Rutte wykorzystuje wszelkie możliwe, dostępne mu instrumenty i środki, pokazując znaczenie Europy dla Stanów Zjednoczonych w obszarze bezpieczeństwa. Widzieliśmy jego wizytę w Białym Domu, gdzie prezentował, jak duży wzrost wydatków na obronność nastąpił od inauguracji drugiej kadencji Trumpa. Takie wyliczenie, pokazanie na liczbach jest tym, co prezydent Trump lubi i co może sprawić, że nie zrobi wielkiej afery na szczycie, ale przekona się, że Europejczycy faktycznie inwestują w swoją obronność.
Jaki jest ten trzeci główny punkt spotkania w Ankarze?
Trzeci punkt to Ukraina i jej wsparcie. Chodzi o zobowiązanie się państw NATO do długoterminowej polityki wojskowo-finansowej dla Ukrainy i to też nie jest taki oczywisty temat. On pojawił się dlatego, że chcemy przekonać Amerykanów, że Europa bierze większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo, w tym za finansowanie pomocy wojskowej dla Ukrainy. To temat, który pokazuje też prezydentowi Trumpowi, jak dużo Europejczycy robią, jak w ramach inicjatywy PURL kupują uzbrojenie dla Ukrainy w Stanach Zjednoczonych.
Wszystkie trzy tematy zostały ustawione pod prezydenta Trumpa po to, żeby ten szczyt w Ankarze okazał się sukcesem, żeby zbytnio nie irytować prezydenta USA i żeby pokazać jego sprawczość i wpływ na Europę w kwestii zwiększenia wydatków zbrojeniowych. Bo pierwotnie ta agenda miała być nieco inna.
Czyli jaka?
Od szczytu w Hadze NATO przygotowywało nową strategię bardziej proaktywnej obrony i odstraszania wobec Rosji, chodzi o przekalibrowanie, które miało być wysłaniem silnego sygnału wobec Moskwy. To miał być jeden z głównych tematów, ale ze względu na administrację Trumpa, która nie do końca jest chętna do takich komunikatów, a także, zdaje się, przez Turcję, która nie chciała, żeby w Ankarze wybrzmiały zbyt ofensywne wobec Rosji tony, zagadnienie to nie będzie poruszane.
W jakim punkcie są teraz relacje transatlantyckie i spójność Sojuszu?
Ta spójność będzie właśnie pilnie obserwowana na tym szczycie. Miejmy nadzieję, że prezydent Trump zostanie obłaskawiony działaniami Europejczyków i nie zrobi dużej awantury pokazującej niezadowolenie najważniejszego sojusznika. Dobrze, że ten szczyt dzieje się w Ankarze. Prezydent Erdogan osobiście będzie odpowiedzialny za wynik, Turcy traktują to bardzo ambicjonalnie, więc mimo różnic i ostrej retoryki amerykańskiej wobec Europy, spójność NATO powinna zostać zachowana. Jak będzie, zobaczymy.
Spotkanie ministrów obrony z 18 czerwca doskonale pokazało, gdzie jest Sojusz. Amerykanie chcą narzucić i narzucają nowy model swojego zaangażowania, czyli NATO 3.0.
Czytaj więcej
Próba namówienia Amerykanów na budowę stałej bazy w Polsce stwarza szansę na powrót do ponadpartyjnego konsensusu politycznego dotyczącego obronnoś...
Jak on ma wyglądać?
Europa w dużej mierze przejmuje obronę konwencjonalną, a Amerykanie są odpowiedzialni za odstraszanie nuklearne. Ten model ma dwie nogi. Pierwsza jest taka, że Amerykanie wycofują dużo swoich zdolności do potencjalnej obrony zbiorowej w NATO. To sprawia, że pojawiają się pewne dziury, braki w zdolnościach, które Europa musi szybko wypełnić. Pierwotnie ustalono, że Amerykanie od 2035 r. będą odpowiedzialni za 30 proc. zdolności w Europie, reszta sojuszników za 70 proc. Ale to ma przyspieszyć. Chodzi przede wszystkim o zasoby marynarki wojennej, sił powietrznych, okręty nawodne, podwodne, lotnictwo taktyczne, bombowce, rozpoznanie oraz w mniejszym stopniu wojska lądowe. Nie do końca wiemy, czego Amerykanie nie dadzą, ale jednak popłoch w NATO jest dosyć duży. I te amerykańskie redukcje będą spore, dużo szybsze niż planowano w Hadze i postawią nas przed sporymi dylematami, jak w szybki sposób wypełniać te braki.
Ten proces ma na celu mocne potrząśnięcie Europą, żeby bardziej zwiększała wydatki na obronność, rozwijała zdolności i rozruszała swój przemysł. Ten proces oznacza zwiększenie współpracy europejskiej i europejskiego wkładu w planowanie obronne NATO.
Jaka jest ta druga noga?
Ona została ogłoszona w połowie czerwca przez sekretarza Hegsetha, to jest dostosowanie amerykańskiej obecności w Europie, czyli de facto dalsze redukcje. Mieliśmy już redukcję o dwie rotacyjne brygady, to dotyczyło m.in. Polski. Teraz negocjujemy ze Stanami Zjednoczonymi, ale Amerykanie zapowiadają dalsze zmniejszenie obecności, m.in. biorąc pod uwagę postawę sojuszników podczas wojny z Iranem, kiedy to niektóre państwa zabroniły USA wykorzystywania europejskich baz do prowadzenia amerykańskiej operacji. Część zasobów z tych państw może zostać przeniesiona do innych, a niektóre zostaną wycofane do Stanów Zjednoczonych.
W tym procesie zyskają sojusznicy, którzy wydają najwięcej na obronność. Mieliśmy w czerwcu takie spotkanie w Norwegii, gdy Hegseth spotkał się z grupą sojuszników, którzy wydają najwięcej i były tam Polska i państwa nordyckie, m.in. Szwecja, Finlandia, Norwegia, Holandia oraz Niemcy. Ewentualne przekierowanie, czyli zmiana stacjonowania niektórych amerykańskich sił, być może w kierunku naszego regionu, może przynajmniej częściowo zrównoważyć amerykańskie redukcje, które obniżą odstraszanie.
A na ile realne jest powstanie w najbliższym czasie w Polsce „stałej” bazy amerykańskiej?
Po raz pierwszy naprawdę mamy szansę na stałą obecność i są prowadzone na ten temat rozmowy. Redukcja amerykańskiego zaangażowania w NATO jest dla nas niekorzystna, ale jednocześnie jest dobrym argumentem dla wysunięcia pewnych zasobów wojskowych na wschodnią flankę. Możemy mówić Amerykanom, że jeśli zmniejszacie odstraszanie na całym kontynencie, to przynajmniej tutaj, regionalnie je wzmocnijcie, żeby jednak nie dawać Rosji fałszywego obrazu NATO.
Na koniec chciałem zapytać o gospodarza. Jeszcze 10 lat temu Ankara kupowała rosyjskie systemy przeciwrakietowe S-400, a USA zablokowały jej sprzedaż samolotów. Jakim sojusznikiem jest dzisiaj Turcja?
Turcja staje się coraz ważniejszym sojusznikiem, co też pokazuje fakt, że nie rozmawiamy o stanie demokracji i praworządności w tym kraju. To państwo zyskuje na znaczeniu w związku z tym, co się dzieje na Bliskim Wschodzie, posiada silne siły zbrojne, ale przede wszystkim przemysł zbrojeniowy, z którym państwa europejskie w coraz większym stopniu wchodzą w kooperację i który może stać się istotnym dostawcą sprzętu do państw NATO. I Turcja prezentuje się w tej chwili jako bardziej odpowiedzialny sojusznik, miała zrównoważone, mało eskalujące stanowisko, jeżeli chodzi o to, co się działo w konflikcie z Iranem. Na jej terytorium leciały irańskie rakiety, ale jednak Turcy bardzo ostrożnie i w stonowany sposób się w tych kwestiach wypowiadali.
Dla Turków NATO jest bardzo ważne, jest fundamentem bezpieczeństwa, ale Turcy prowadzą w Sojuszu bardzo asertywną politykę. Generalnie ta turecka polityka jest wielowymiarowa i nie jest oparta tylko na Sojuszu, ale też równoważeniu polityki wobec Rosji i polityki wobec Chin, współpracy z formatami takimi jak BRICS. Turcja też jest bardzo aktywnym państwem na Bliskim Wschodzie i w Afryce, więc NATO jest dla Turcji fundamentem bezpieczeństwa, dającym możliwości prowadzenia wielowektorowej polityki, ale nie jest organizacją, która definiuje ich politykę bezpieczeństwa.